wtorek, 7 lutego 2017

Rozdział XXXV / epilog

                – Chcesz coś do picia? – zapytałem.
                – Nie, dzięki – odparł Edwin, ściągając buty.
                Spojrzałem na niego i od razu uśmiechnąłem się szeroko, widząc jego naburmuszoną minę.
                – No tak, tragedia. Edwin Felton piątkowe popołudnie musi poświęcić na projekt z matematyki – powiedziałem zgryźliwie. Szatyn prychnął, patrząc na mnie z odrazą.
                – To ty mnie w ten projekt wpakowałeś – odpyskował, idąc za mną do mojego pokoju.
                Spojrzałem przez ramię na Edwina i uniosłem brew.
                – A to ty chcesz wyjść na trzy z matmy, więc siedź cicho – burknąłem, patrząc na niego z dezaprobatą. Po chwili jednak obydwoje zaczęliśmy się cicho śmiać, a ja pokręciłem głową z niedowierzaniem: – Dobra, nie marudźmy, zrobimy to i będziemy mieć jeden problem z głowy.
                W towarzystwie tego chłopaka czułem się naprawdę swobodnie. Właściwie Felton był całkiem miłą niespodzianką, jeśli chodzi o reakcje po moim powrocie. Nie było go dwa tygodnie, ponieważ najzwyczajniej w świecie był chory. Ale gdy już przyszedł to po prostu uśmiechnął się do mnie (jak się okazało w międzyczasie ściągnął aparat na zęby i tym samym poraził mnie swoim hollywoodzkim uśmiechem) i usiadł, tak, jakby temat mojej orientacji w ogóle nie istniał. I chyba takie zachowania lubiłem najbardziej, bo miałem wtedy wrażenie, że wszystko jest normalne i na swoim miejscu.
                I tak minęły mi prawie dwa miesiące chodzenia do szkoły, a w tym czasie Felton starał się wyjść na trzy z matematyki. Przez swoją nieobecność jego oceny drastycznie się obniżyły, więc jako dobry kumpel podsunąłem pani profesor temat projektu i tym właśnie sposobem znaleźliśmy się w moim domu, robiąc ten projekt. I chociaż Edwin marudził to wiedziałem, że miał nadzieję dzięki tej pracy wyciągnąć się o ocenę wyżej, a ja… Cóż, starałem mu się w tym pomóc, a przy okazji nie śmiać się z niego, gdy gubił się w zapisywaniu wyników zadań, które mieliśmy podać klasie jako przykłady.
                Uwielbiałem tę normalność. I chociaż to słowo nagminnie pojawiało się w mojej głowie, ale było dla mnie takie miłe oraz kojące, że nawet nie chciałem go wyrzucać. Nie mogłem przestać się cieszyć z tego, że wracam zmęczony po szkole, mam dużo lekcji, pogodziłem tego dnia dwie koleżanki – to wszystko mogłem zebrać do teczki podpisanej „codzienność” i jak głupi radować się z niej, chociaż przecież to nie było nic wielkiego. Zwykłe, nudne życie. A mi sprawiało taką ogromną radość, bo wcześniej zapomniałem i nie potrafiłem go doceniać. I dopiero teraz, gdy to zauważyłem, czułem, że mogę dążyć do tego, aby to życie było szczęśliwe.

***

                Usiadłem na drewnianej belce, zapewne specjalnie zamocowanej dla wędkarzy, i spojrzałem na szybko płynący nurt rzeki. Po drugiej stronie zakwitły drzewa, a słońce nad nimi raziło mnie oraz miło grzało w twarz. Było naprawdę ciepło i czułem już lato, choć tak naprawdę kalendarz wskazywał połowę maja.
                Otworzyłem książkę, którą przywlokłem ze sobą, aby móc w ciszy czytać, odrywając się myślami od codziennego biegu.
                Ale nie mogłem tak po prostu czytać – teraz, gdy w szkole zabrakło trzeciej klasy, czułem się melancholijnie. Gabriel zaraz po egzaminach wyjechał i nawet nie wspomniał o terminie powrotnym, a cała ich grupa rozpierzchła się. To nie oni stanowili główną ekipę moich znajomych, ale bez nich w szkole czułem pewną pustkę.
                Wiedziałem, że nie jestem jeszcze gotowy na rozmowę z Nikodemem, a mimo wszystko przez jego brak na szkolnych korytarzach odkryłem, że tak naprawdę przez ostatni czas wodziłem za nim wzrokiem. To zawsze jego złotej czupryny szukałem w tłumie, wypatrywałem go wśród klasy i czekałem, aby móc go zobaczyć, wiedząc, że ma lekcje obok mnie. Coraz częściej pojawiał się w moich myślach i nie budził już we mnie niepokoju oraz dziwnego uczucia, które nazwałbym zaprzeczeniem poczucia bezpieczeństwa. I powoli przyzwyczajałem się do myśli, żeby się do niego odezwać.
                Ale miałem czas. Jeśli on na mnie czekał – a miałem taką nadzieję – to miałem jeszcze czas, aby dojrzeć do tej decyzji i w końcu stanąć z nim oko w oko, pogodzić się oraz zaufać.
                Spojrzałem na stronę książki, którą przez myśli plączące się w głowie, nie za bardzo zrozumiałem. Wróciłem wzrokiem do samej góry i zacząłem ponownie czytać pierwszy akapit, licząc na to, że nic mnie nie rozproszy i uda mi się dokończyć tę powieść zanim zrobi mi się za ciepło od siedzenia na pełnym słońcu.

***

                Drzwi trzasnęły za mną, a ja skrzywiłem się na huk, który sam stworzyłem.
                – Od razu słychać, kto przyszedł! – Krzyknęła do mnie ciocia Irma, ale nie mogłem zidentyfikować, gdzie się znajduje. Prawdopodobnie pichciła w kuchni kolejne ciasto, ponieważ dom wypełniony był przyjemnym zapachem świeżo pieczonego placka.
                – Dzień dobry i przepraszam! – odparłem.
                – Mój pokój! – Usłyszałem i przewróciłem oczami. Lily nawet nie chciało się wyjść mnie przywitać.
                Wszedłem do jej pokoju i uniosłem do góry brwi, widząc ją, Laurę i Natana siedzących na ziemi i grających w grę, której nie znałem.
                – Hej – powiedziałem, dłużej zatrzymując wzrok na Daviesie. Następnie spojrzałem pytająco na Lily, ale ta tylko wskazała mi miejsce obok.
                – No cześć. Zagrasz? – zagadała do mnie młodsza z Hopkinsów.
                Zerknąłem jeszcze raz na Nata, z którym nie miałem żadnego kontaktu od momentu bójki w szkole. Chłopak ewidentnie mnie unikał, a ja nie kwapiłem się do rozmowy z nim.
                – Mhm – mruknąłem. – A na czym to polega?
                – Gra nazywa się Ego. Jedna osoba czyta pytanie odnośnie siebie lub swojego zdania na jakiś temat i trzy odpowiedzi, reszta odpowiada oraz obstawia żetony od jednego do trzech, zależy jak bardzo jest się pewnym odpowiedzi. Kumasz? – zapytała, a przytaknąłem.
                – Masz, twoje żetony i krążki, aby obstawiać odpowiedzi. – Lils podała mi te rzeczy, a ja obejrzałem je i wzruszyłem ramionami.
                – Zaczniesz, Teo? – spytał Natan, tym samym odzywając się pierwszy raz od mojego przyjścia. Uniosłem na niego wzrok i uśmiechnąłem lekko, a on odwzajemnił uśmiech.
                – Jasne – odparłem, chwytając przypadkową kartę. Uniosłem jedną brew, czytając pytanie: – Który język brzmi najdziwniej? Czeski, chiński czy arabski?
                Już po chwili siostry dyskutowały, która tak naprawdę ma rację, a ja z Natanem tylko obserwowaliśmy je z rozbawieniem, co jakiś czas wtrącając parę słów.  Musieliśmy jednak przyznać, że sióstr Hopkins nie dało się przegadać.
                – Co tam u ciebie? – Usłyszałem, gdy dziewczyny wdały się w kolejną dyskusję, nie zwracając na nas uwagi.
                – Lepiej. – Odchrząknąłem. – Tak normalnie. A u ciebie?
                – Dobrze. Tylko nie gadaliśmy jeszcze… – urwał, a ja kątem oka zauważyłem jak Lily szturcha swoją siostrę.
                – Pójdziemy po picie i ciasto – zaoferowała Lils, a ja podążyłem za nimi wzrokiem, gdy te szybko czmychnęły z pokoju.
                – Chciałbym przeprosić za to, że przeze mnie wszyscy trzymali to w tajemnicy. Zdecydowanie muszę zacząć zwalczać swój egoizm – zaśmiał się gorzko.
                – Wiesz co? – zapytałem, a chłopak mruknął pytająco, unosząc na mnie spojrzenie. – W sumie to ciebie najbardziej rozumiałem. I od początku mój żal do ciebie był jakby mniejszy niżeli do Nikodema czy Lily, co było w sumie absurdalne. Ale tak było. – Westchnąłem. – To wszystko jest za mną, Natan. I może nie będę w stanie wam wszystkim tak szybko zaufać, bo czasami dalej mam chwile zawahania, ale chcę, aby wszystko było ułożone. Nie mam zamiaru do końca życia chować do ciebie urazy, więc możesz przestać mnie unikać – zakończyłem swoją wypowiedź, uśmiechając się cwaniacko. Davies wyraźnie zakłopotał się moimi słowami, otworzył usta i je zamknął, nie wiedząc jak to skomentować.
                – No ej, Teo. Ja tu poważnie – resztę zdania dokończył machaniem dłońmi, a ja zaśmiałem się z jego nieporadności znalezienia słów.
                – Już, dobra. Zawołam je, że ta poważna rozmowa się zakończyła – burknąłem, przewracając oczami.
                Wstałem i mozolnym krokiem ruszyłem do kuchni, gdzie zastałem dziewczyny gadające na temat jakiegoś piosenkarza.
                – Dajcie ten placek i chodźcie – powiedziałem.
                Jeszcze przed powrotem do pokoju, złapałem kontakt wzrokowy z moją przyjaciółką i uśmiechnąłem się do niej, dając znak, że wszystko w porządku. Bo dokładnie tak było – w porządku.

***

                Dziewiętnasty dzień czerwca wypadał w środę. Rok szkolny zmierzał ku końcowi, a słońce dawało się każdemu we znaki, przypominając o nadchodzących wakacjach. Naprawdę przyjemnie się spacerowało, szczególnie, że lekcje nie były już tak męczące, a nauczyciele skupiali się na zapięciu ocen na ostatni guzik.
                – …i wtedy ona stwierdziła, że w sumie jej to nie przeszkadza. Teo? – Usłyszałem, wychodząc ze stanu zamyślenia.
                – Ech, przepraszam, Edwin, nie słuchałem cię – powiedziałem, zerkając na szczęśliwego chłopaka.
                – Opowiadałem o… Z resztą nieważne. – Machnął ręką. – Myślisz jeszcze więcej niż zazwyczaj. Czyżbyś odpłynął przez swojego ego, jakim wspaniałym kolegą jesteś, pomagając mi wyjść na trzy z matmy? – zapytał, szczerząc się. Wywróciłem oczami, ale mimo to uśmiechnąłem się lekko.
                – Tak, właśnie to jest powodem mojego zamyślenia – odparłem ironicznie. – Serio tak bardzo cieszysz się tą oceną?
                – No jasne – przytaknął od razu. – To nie ciebie mama odcięłaby od kieszonkowego w wakacje, gdybyś skończył z dwóją.
                – Dobra, ale nie skończyłeś.
                – I dlatego się cieszę, więc idziemy na pizzę – tymi słowami zakończył temat.
                Szliśmy przez chwilę w ciszy, którą przerwało pogwizdywanie Feltona.
                – Staram się zagłuszyć te twoje myśli, ale one naprawdę dudnią – skomentował, a ja prychnąłem.
                – Możesz prosto z mostu zapytać, co się dzieje, wiesz? – spytałem, patrząc na niego nieco krytycznie, ale lekki uśmiech nie pozwalał mi być do końca poważnym. – Po prostu dzisiaj są urodziny Nikodema.
                – I?
                – Powinienem się do niego odezwać? – ni to spytałem, ni stwierdziłem. Mój ton jednak zabrzmiał bardziej jako pytanie, ponieważ Edwin odparł:
                – Skoro nad tym tyle myślisz, to zaryzykuj.
                – Mhm – mruknąłem nieprzekonany. – To gdzie idziemy na tę pizzę?

***

                Po wyjściu z pizzerii teoretycznie miałem iść prosto do domu, ale w praktyce postanowiłem powłóczyć się po mieście. Zanim się zorientowałem, kierowałem się w stronę domu Nikodema. Nie miałem zielonego pojęcia, czy zastanę go w domu i co mam mu powiedzieć. Dla uspokojenia wmawiałem sobie, że na pewno pojechał ze znajomymi świętować i gdy się głębiej zastanowiłem to nie chciałem, aby to okazało się prawdą. Nareszcie odważyłem się z nim spotkać i w końcu poczułem, że ta przeszłość nie ma już znaczenia.
                Nacisnąłem guzik i czekałem zniecierpliwiony aż ktoś otworzy drzwi. A w tej sekundzie, gdy się uchyliły, moje serce podeszło do gardła. Stałem przed Nikodemem, który patrzył zdziwiony na mnie, tak jakby zobaczył ducha.
                – Hej – zacząłem nieporadnie. Kompletnie zapomniałem, co miałem mówić, ale starałem się przyprowadzić siebie do porządku i trzeźwego myślenia. – Nie wiedziałem, czy będziesz… W każdym razie wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Dużo zdrowia, spełnienia marzeń… – zaciąłem się, czując się bacznie obserwowanym. – Po prostu wszystkiego dobrego, Nik.
                – Dziękuję – wydukał, a na chwilę zapanowała między nami cisza. – Wejdziesz do środka? – zapytał, a ja bez wahania kiwnąłem potakująco głową. – Do mojego pokoju – polecił, a ja ponownie przytaknąłem.
                Przez ten czas nic się nie zmieniło w wystroju jego domu, a pokój także pozostał taki sam. Ogarnąłem wzrokiem całe pomieszczenie, a gdy mój wzrok zatrzymał się na ramce z naszym zdjęciem i misiu, które zajmowały honorowe miejsce na biurku. Podszedłem do nich i dotknąłem pluszaka, którego futerko było niesamowicie miękkie.
                – Dużo się zmieniło od tamtych Walentynek, hm? – mruknąłem, nie odwracając się do Nikodema.
                – Dużo – zgodził się ze mną. Był wyraźnie zestresowany i chyba to dodawało mi jeszcze większej odwagi, którą nie wiadomo skąd byłem w stanie wykrzesać.
                – Wyciągałeś te zdjęcie z ramki? – spytałem.
                – Nie. Dlaczego pytasz?
                – Na odwrocie zdjęcia napisałem, że cię kocham – powiedziałem, odwracając się do niego. W końcu byłem w stanie spojrzeć mu w oczy. – Nie byłem pewien, czy będę ci to w stanie powiedzieć.
                – Ale powiedziałeś.
                – Moje słowa są dalej aktualne. A co z twoimi?
                Nik wziął głęboki oddech, tak jakby przez cały ten czas nie miał odwagi oddychać. Możliwe, że podzielił się nią ze mną, bo nie spodziewałem się, że tak szybko i prosto powiem to, co czuję. Niezauważalny moment zajęło mu przemierzenie odległości, która nas dzieliła i przytulił mnie. Dzięki temu mogłem poczuć, że jego serce bije równie mocno jak moje oraz jak bardzo tęskniłem za nim.
                – Kocham cię – zapewnił mnie, gdybym przypadkiem się nie domyślił. Zaśmiałem się z tego, ale i tak przytuliłem się do niego jeszcze mocniej. – Strasznie mi ciebie brakowało.
                – Mi ciebie też – odpowiedziałem, a gdy już uścisk zelżał, dodałem: – Ale musiałem to wszystko sobie poukładać i się z tym pogodzić.
                – Wiem, rozumiem. Nie musisz tłumaczyć się z niczego – powiedział, a ja odsunąłem się od niego, aby spojrzeć mu w twarz.
                – Teraz najważniejsze jest, abyśmy dużo rozmawiali.
                – Pytaj o co chcesz – powiedział, rozkładając na boki ręce.
                Zaśmiałem się pod nosem, ale wzrokiem dalej śledziłem jego twarz. Także się uśmiechał, a oczy Nikodema błyszczały. Nie wyparłby się tego, że w tej chwili jest szczęśliwy. I ja też się taki poczułem – ostatni brakujący fragment wrócił na swoje miejsce.
                Stanąłem na palcach i nareszcie, po czterech miesiącach, pocałowałem go. A kiedy on przytrzymał mnie w pasie, schylił się do mnie i oddał pocałunek, a ja mogłem wpleść dłoń w jego włosy, cieszyłem się jak głupi, że odważyłem się pójść do Nika. Może to były jego urodziny, ale to ja czułem się tak, jakbym dostał najlepszy prezent, bo w końcu miałem przy swoim boku osobę, którą kochałem. Tą rozłąką przestałem nas ranić i to było najbardziej kojące uczucie, jakiego kiedykolwiek doznałem. I wierzyłem, że odbudujemy nasz związek, bo już nic nie stało nam na przeszkodzie.

***

                – Wziąłeś ręcznik? – zapytała mama, a ja przytaknąłem. – Okulary? Pieniądze?
                – Mamo, jadę tam tylko na parę godzin – zamarudziłem, ale rodzicielka od razu spojrzała na mnie srogo. – Mam wszystko – odparłem.
                – No mam nadzieję, że niczego nie zapomniałeś. Nie chcę słyszeć, że spaliłeś się na słońcu – powiedziała, a ja wywróciłem oczami.
                Chwyciłem torbę i wyszedłem z domu, kierując się prosto do samochodu, w którym siedziała trójka moich przyjaciół oraz Nikodem za kierownicą.
                – Hejka – przywitałem się, wrzucając torbę do bagażnika. – Sorki, że tak długo, ale mama mnie przepytywała.
                – Przecież jedziemy tylko nad jezioro – zanegowała Lily, a ja spojrzałem na nią z bólem w oczach.
                – Pięćdziesiąt kilometrów stąd, a za kółkiem siedzi młody kierowca! – krzyknąłem dramatycznie, a Nat, Laura i Lils zaśmiali się. Nik jedynie uśmiechnął się pobłażliwie i cmoknął mnie w policzek, gdy usiadłem na miejscu obok niego.
                – Jestem świetnym kierowcą – powiedział, a ja tylko mruknąłem potakująco i podkręciłem głośność radia, w którym leciała jedna z lubianych przeze mnie piosenek. 
                Najzwyczajniej w świecie jechałem z bliskimi mi osobami nad wodę, aby dobrze spędzić kolejny dzień wakacji. I takie chwile napawały mnie spokojem. Śpiewająca Lily, Laura krzycząca, że mam nie wpuszczać ciepła przez otwarte okno, ponieważ działa klimatyzacja, Natan pytający, czy jest coś do jedzenia, Nikodem skupiony na drodze i co jakiś czas trącający moje kolano – wszystko było takie zwyczajne, a mi sprawiało radość.
                I wiedziałem już, że życie jest dobre. Ono ma sens i nawet jeśli jeszcze go nie widzimy to powinniśmy w nie brnąć, aby ten sens odnaleźć. Miłość, przyjaźń, radość, smutek, ból – wszystko składa się na nasze życie i nas kształtuje, ale my nie możemy się poddawać. Nie należy też żałować tego, co było kiedyś i choć patrząc na moje blizny myślałem o tym jaki byłem głupi – to było moje załamanie, ale przeżyłem je i dało mi ono nowe doświadczenie. Bycie krok od śmierci nauczyło mnie lepiej zwracać uwagę na drobiazgi i całkiem zwykłe chwile, które wiedziałem, że trzeba doceniać oraz zapamiętywać.
                A Bóg? Po próbie nie wiedziałem jak pokazać się przed Jego obliczem, ale skoro On jest wszędzie to nie wątpiłem, że mną przez ten czas się zainteresował. Przestałem martwić się tym, że według religii nie trafię do Nieba. Skoro nie mogę w nim być sobą – nie chcę go. Jednakże wierzę, że Niebo istnieje i Bóg przyjmie mnie takim, jakim jestem. W końcu to On mnie stworzył i wystawił na próbę, czy dam radę.
                Dałem radę. I nie wiedziałem, czy interpretować to jako znak, ale skoro żyłem to powinienem żyć dalej, póki mogę i póki mam na to siłę.
Sądzę, że po takich problemach, które miałem, to, że idę z Nikodemem za rękę świadczy o jednym – udało mi się. I jak bardzo nie byłbym pięknie złamany, jak bardzo nie musiałbym walczyć, to dam radę. W końcu mam po co żyć, prawda?



***

Hejka!
Nie będę ukrywać, że naprawdę trudno było mi pisać to zakończenie. Gdy podsumowałam dwa lata swojego pisania, poleciały mi łzy, choć tak naprawdę nie jestem specjalnie wrażliwą osobą. Ale to właśnie jest koniec "Pięknie złamanego" i może trochę posłodziłam, ale stwierdziłam, że teraz mogę. 
Mam także pomysł na dodatek do opowiadania, ale czy on kiedykolwiek powstanie - zobaczę, dotyczyłyby Gabriela i jego wyjazdu, o którym wspomniałam w tym rozdziale. 
Czy będę coś pisać? Przede wszystkim chciałabym wrócić na bloga o Harrym Potterze i to będzie teraz mój priorytet, ale mam masę pomysłów na opowiadania yaoi i yuri. Jednak abym zaczęła coś publikować, muszę napisać przynajmniej połowę tego, aby nie powtórzyć tych żenująco długich przerw. Także jakbym nagle wyskoczyła z nowym blogiem - zawsze znajdziecie tutaj informację o tym.
W planach mam także poprawienie opowiadania i zmienienie imion oraz nazwisk na polskie.
Chciałabym z całego serca podziękować wszystkim, którzy to czytają! A już szczególnie tym cudownym osóbkom od komentarzy, bo to mnie naprawdę motywowało. Dziękuję!
Pamiętajcie, że nie gryzę, więc śmiało możecie pisać do mnie na maila, bo zawsze chętnie odpisuję :D
Jeszcze raz dziękuję, 
Malina

sobota, 31 grudnia 2016

Rozdział XXXIV

                W czwartek nie potrafiłem już znaleźć wymówki, aby ponownie uciec przed odpowiedzialnością obowiązku szkolnego, do którego musiałem wrócić. Wiedziałem, że to się stanie – rozmawiałem o tym już w szpitalu i prawdopodobnie przerobiłem większość możliwych scen, które mogłyby się odegrać po moim powrocie. Dlatego też matka kategorycznie zabroniła mi pozostania w domu i tego poranka wręcz wypchnęła do szkoły. Co prawda mogłem pójść na wagary i szwendać się po mieście, ale rozumiałem, że nie miało to najmniejszego sensu. Prędzej czy później musiałem stawić temu czoła, a choć tamten moment zaliczałem do „prędzej” to zostało mi tylko pogodzenie się z tym i po prostu przetrwanie lekcji.
                Nie spodziewałem się, że będę aż tak zestresowany. Czy się bałem? Ja byłem totalnie przerażony, naciskając klamkę i pociągając do siebie olbrzymie drzwi liceum, które zaskrzypiały cicho. Przekroczyłem próg szkoły jak jakiś skazaniec i miałem wrażenie, że zaraz ktoś rzuci się na mnie, próbując mi coś zrobić. Moja wyobraźnia płatała mi figle, bo tak naprawdę nic się nie zdarzyło. Najzwyczajniej w świecie dwadzieścia minut przed dzwonkiem szkoła zionęła pustką. Po lewej stronie dalej wisiała gablotka ze zmianami planu oraz ogłoszeniami. Zerknąłem na nią, a następnie żwawym krokiem ruszyłem w stronę pracowni chemicznej.
To było takie… zwyczajne. I choć minąłem parę osób, a niektóre z nich taksowały mnie wzrokiem, a potem odwracały się do siebie i szeptały to byłem na to przygotowany. Przecież sam też tak robiłem, gdy pojawiała się jakaś sensacja! Nie dało się całkowicie olewać tematu, którym zapewne żyła cała szkoła – a teraz tą sensacją byłem ja.
Usiadłem na podłodze i założyłem słuchawki, odcinając się od świata zewnętrznego. Zupełnie odpłynąłem i dopiero szturchnięcie w ramię przywróciło mnie na ziemię.
Spojrzałem na dziewczynę siedzącą obok mnie i uśmiechnąłem się do niej. Wzrok Glorii na chwilę utkwił w ściąganych przeze mnie słuchawkach, ale szybko spojrzała ponownie na mnie, witając się ze mną.
– Cześć. Dobrze cię widzieć, Teo – rzuciła, a ja czułem, że naprawdę tak myśli.
Odpowiedziałem jej podobną formułką i jakby nigdy nic zacząłem rozmawiać o chemii.
Odetchnąłem z ulgą, bo pierwsze spotkanie miałem za sobą, a kolejne też nie były takie złe. Sara rzuciła mi się w ramiona, a Nina odciągnęła ją, zanim blondynka zadusiłaby mnie tym przytulasem. Reszta mojej klasy wydawała się zainteresowana moim przybyciem, a część nawet całkiem obojętna w stosunku do mnie, co mi zupełnie nie przeszkadzało. Zwyczajnie cieszyłem się, że na samym początku nie usłyszałem żadnych nieprzychylnych słów i wykiełkowała we mnie nadzieja, że może już nic takiego mnie nie spotka. Niestety, ale kwestią czasu okazało się wyprowadzenie mnie z tej złudnej nadziei.

***

                – Ostatnio przerobiliśmy bardzo ważne tematy – zaczęła pani Morgan, moja wychowawczyni i nauczycielka chemii w jednym. Przesunęła wzrokiem po klasie i miałem wrażenie, że to na mnie jej spojrzenie zatrzymało się chwilę dłużej: – Rozwiążemy jeszcze parę zadań i za tydzień będzie z tego kartkówka – dodała.
                Klasa jęknęła zgodnym chórem, lecz nikt nie śmiał narzekać na zapowiedzianą pracę. Przecież zawsze mogło być gorzej i mogliśmy pisać ją w tej chwili.
                Co chwilę patrzyłem na zegarek, a gdy czas lekcji zbliżał się ku końcowi i padło rozwiązanie zadania dziewiątego, nauczycielka powiedziała:
                – Koniec, możecie się spakować i wyjść. Teodorze, zostań na chwilkę.
                Kiwnąłem głową i schowałem rzeczy do plecaka, czekając aż reszta klasy opuści salę.
                – Tak, pani profesor? – zapytałem.
                – Wiesz, że twoja mama kontaktowała się z nami, tak? – zaczęła, a ja przytaknąłem ruchem głowy, chociaż tak naprawdę matka nic o tym nie wspominała. – Teodorze, wszyscy nauczyciele zostali poinformowani o twojej sytuacji i oczywiście masz czas, aby nadrobić materiał.
                – Mhm – mruknąłem. Nauczycielka kontynuowała:
– Nie chciałam cię stawiać dzisiaj przed krępującą sytuacją, abyś siedział cicho, podczas gdy inni pisaliby kartkówkę. Rozumiesz, większość uczniów pewnie zaczęłaby myśleć o powodzie twojej nieobecności. Jak będziesz gotowy pisać zaległe prace to przyjdź na jakiejkolwiek lekcji, dobrze? Jakbyś nie był w stanie nauczyć się na następny tydzień tego materiału to dam ci do napisania w tym czasie coś zaległego… – zaproponowała, a ja uśmiechnąłem się lekko.
                – Będę gotowy z bieżącego materiału, pani profesor. I oczywiście w najbliższym czasie będę się zgłaszał do napisania zaległych prac, większość materiału już nadrobiłem – odpowiedziałem.
                – Dobrze. – Kiwnęła głową i odwzajemniła uśmiech, który rozpogodził jej naturalnie dość ponurą minę. – Pani dyrektor kazała też przekazać, że jakbyś spotkał się z jakimkolwiek przejawem nietolerancji czy to ze strony ucznia, czy nauczyciela możesz przyjść od razu do niej.
                – Będę pamiętał – zapewniłem, chociaż wcale nie miałem zamiaru biegać do gabinetu dyrektorskiego i skarżyć się. – Dziękuję. – W tej chwili rozbrzmiał dzwonek informujący o tym, że minęła połowa przerwy.
                – Możesz iść, Teodorze.
                – Do widzenia – rzuciłem i chwyciłem za plecak, wychodząc z sali.

***

                Trzy pierwsze lekcje minęły mi bez większych trudności. Od nowa przyzwyczajałem się do codzienności szkolnej, od której miałem całkiem długą przerwę i chyba szło mi całkiem nieźle. Uważnie słuchałem nauczycieli i starałem się trzymać moje myśli w ryzach, aby nie odpływać – nie każda lekcja mnie interesowała, ale byłem świadomy, że przy mojej nieobecności wszelkie informacje są na wagę złota.
                Wyszedłem z klasy na samej górze i mozolnym krokiem, idąc za tłumem, schodziłem na pierwsze piętro w stronę sali geograficznej. Na drugim piętrze skręciłem w prawo, aby ułatwić sobie drogę do klasy i wtedy właśnie, przechodząc obok jakiejś grupki, poczułem jak lecę przed siebie po zahaczeniu nogą o czyjś but. Jęknąłem tylko i upadłem z głośnym hukiem, którzy przez szkolny gwar został zatuszowany. Skrzywiłem się, gdy zabolały mnie kolana i zapiekły dłonie, którymi przejechałem po podłodze.  
                Grupka obok mnie zarechotała i wśród ich śmiechów ktoś krzyknął do tego chłopaka, który podstawił mi nogę:
                – Należy się pedałowi!
                W momencie, gdy się podnosiłem, starając się ignorować sytuację, pojawił się Natan.
                Ostatni raz, gdy go słyszałem, była to jego kłótnia z Nikodemem. I poczułem się źle, a wszystkie wspomnienia uderzyły we mnie ogromną falą, że nie zarejestrowałem faktu jak Davies uderza z pięści prosto w twarz bruneta, który podstawił mi nogę. Starał się też kopnąć tego drugiego, który chwilę wcześniej krzyknął, że mi się należało, ale jeden z nich przytrzymał. Uderzony chłopak oddał Natanowi, a ja czułem się tak nierealnie. Z opóźnieniem dochodziła do mnie ta sytuacja. Ludzie otoczyli grupę w kółku, niektórzy coś krzyczeli, inni patrzyli zaskoczeni na rozwój sytuacji. Nie wiedziałem, co robić, bo przecież byłem bezradny.
                – Kurwa, zostawcie go! – ktoś warknął i przepchnął mnie, aby dostać się do Natana.
I wtedy czas w ogóle inaczej zaczął płynąć. Nikodem próbował odczepić od Daviesa chłopaka, który starał się go przytrzymać i wtedy na horyzoncie pojawiły się dwie nauczycielki.
A ja miałem dosyć. Słyszałem wszystkie te krzyki, widziałem Natana i Nikodema, widziałem krew lejącą się z łuku brwiowego mojego (byłego?) przyjaciela, a gdy się odwróciłem, napotkałem wzrok Fabiana, który uśmiechał się półgębkiem, jakby był zadowolony z całej tej sytuacji.
Spojrzałem jeszcze na całą tę akcję, którą próbowało uspokoić coraz większe grono pedagogiczne. Nie miałem siły się w to mieszać i chociaż byłem pewien, że Nik spojrzał na mnie to ja nie złapałem z nim kontaktu wzrokowego. Odwróciłem się i zacząłem szybkim krokiem, z mocno bijącym sercem, uciekać.
Ten budynek mnie dusił. Czułem się stłamszony na tak małej przestrzeni z ludźmi, którzy wiedzieli. Z ludźmi, którzy mnie zranili. Z ludźmi, którzy mnie nienawidzili.
                Byłem blisko drzwi i miałem chwytać klamkę, gdy usłyszałem swoje imię. Natan stał za mną, cały zdyszany i dopiero wtedy uświadomiłem sobie jak szybko biegłem.
                – Nie daj im wygrać, Teo – powiedział.
                Przygryzłem wargę, a Nat poprawił zgniecione chusteczki, które trzymał przy rozwalonym łuku brwiowym.
                – Muszę stąd wyjść – wymamrotałem.
                – To wszystko minie, jeśli zostaniesz i wytrwasz – zapewnił mnie, a ja skrzywiłem się na jego słowa.
                – I mam ci zaufać, bo co? Jakoś nie wydaje mi się, abym kiedyś przestał być ich ulubionym obiektem do wyśmiewania – rzuciłem, patrząc na niego butnie.
                – Jeśli zobaczą, że dajesz sobie z tym radę to przestaną tak się zachowywać – próbował mnie dalej przekonać.
                – Tylko, że ja sobie nie daję rady – odparłem.
                W sumie byłem egoistą. Skupiałem się wtedy tak bardzo na sobie, nie myśląc, że nie jestem jedyny w tej sytuacji. Nie przyszło mi do głowy, że Nikodem po tym wszystkim także wrócił do szkoły. Nie wiedziałem nic odnośnie tego, jak wobec niego zachowywali się ludzie i czy on daje sobie radę. Czy też miał takie sytuacje? Czy go to bolało? Do tych wszystkich uczuć doszła w tym momencie złość, bo nie pomyślałem o tym, że wcale nie jestem taki wyjątkowy. Owszem, przyszedłem do szkoły jako wyoutowany człowiek, ale Nikodem też to przeżył. I może był po drugiej stronie barykady, bo ludzie wiedzieli, że to ja po tym wszystkim próbowałem się zabić, ale i tak wszystko wywodziło się z jednego, prostego punktu zaczepienia – homoseksualizmu.
                Nikodem został w tej szkole, ale ja nie miałem na to sił i nie chciałem tego. Więc nie zważając na dalsze słowa Natana, otworzyłem drzwi i wyszedłem. Nawet nie rzuciłem prostego „dziękuję” w jego kierunku. Wcale nie musiał się rzucać na tych chłopaków, skoro nie miał szansy im podskoczyć. Nie zrobiliby mi nic więcej oprócz publicznego ośmieszania mojej osoby. Zresztą niezbyt mnie to interesowało – zdecydowałem, że chcę się przenieść do jakiejś szkoły w większym mieście, które znajdowało się paręnaście kilometrów od tego miasteczka.
                Wyszedłem na dwór i odetchnąłem świeżym, wiosennym powietrzem. Czułem potrzebę rozmowy, ale nie chciałem widzieć się z żadnym z lekarzy. Zadzwoniłem więc do pani Evans i już po chwili kierowałem się w stronę jej gabinetu.

***

                Otworzyła drzwi i bez słowa wpuściła mnie do środka. Dopiero gdy usiadłem, zapytała:
                – Ktoś wie, że tu jesteś?
                Skrzywiłem się, uświadamiając sobie jaką głupotę w tej chwili zrobiłem. Zaprzeczyłem ruchem głowy, a kobieta ściągnęła swoje brwi i spojrzała na mnie nieco zła.
                – Muszę zadzwonić do twojej mamy – poinformowała mnie. – Pewnie cię szukają. Wiesz dobrze, że nie możesz teraz tak znikać.
                Poczekałem aż pani Evans powie matce, że jestem bezpieczny i dopiero wtedy podjąłem temat:
– Ile jeszcze będę musiał czekać aż mi zaufacie?
– Nie wszystko wróciło jeszcze do normy, Teo. Dopiero wchodzisz ponownie w codzienność i wnioskuję, że pierwszy dzień powrotu nie był dla ciebie najlepszy, hm? – zapytała i szybko dodała: – Chcesz herbaty?
– Poproszę – mruknąłem i westchnąłem, przez chwilę rozkoszując się ciszą.
Gdy stanął przede mną kubek z ciepłą, parującą herbatą, zacząłem opowiadać. A pani Evans siedziała i słuchała, co jakiś czas dopytywała. To ona najlepiej mnie rozumiała i nie wiedziałem czy powodem był po prostu jej zawód, czy cokolwiek innego. Ale przyjemnie było mieć poczucie, że przede mną jest osoba, która przeżywa mój problem i chętnie mi z nim pomoże. Tak było od samego początku, gdy zawiązaliśmy współpracę, i tak było w tamtej chwili, gdy skończyłem mówić, a kobieta profesjonalnie starała się mi wszystko wytłumaczyć. I właśnie dzięki takim rozmowom rozumiałem coraz więcej.
Patrząc tak na moją panią psycholog i kiwając co jakiś czas głową, poczułem niezmierną wdzięczność, że ona tak naprawdę sama z siebie angażuje się w to wszystko. Wcale nie musiała zgadzać się na prośbę matki, gdy ojciec jeszcze żył i wcale nie musiała poświęcać mi czasu. A jednak to robiła i po raz milionowy wytłumaczyła mi kolejny drobiazg. A ja zbierałem każdą drobnostkę i starałem się je poukładać w mojej głowie.
Jak wyszedłem z gabinetu, wiedziałem, że dzisiejszy dzień jest odpowiedni na spotkanie rodziny Hopkinsów.

***

Kolejny raz tego dnia zostałem mocno przytulony. Wtuliłem nos w ramię cioci i usłyszałem pociągnięcie nosem – nie byłem pewien czy to wina kataru, czy wzruszenia, ale siła uścisku przekonywała mnie o tej drugiej opcji.
– Cieszę się, że w końcu do nas przyszedłeś – powiedziała, puszczając mnie.
Spojrzałem na ciocię, która patrzyła na mnie mokrymi oczami, a jej wzrok był taki łagodny i pogodny, że zrobiło mi się głupio, a przy okazji ciepło na sercu.
Stałem skrępowany, a Irma otrzepała moje ramiona z niewidzialnego kurzu, przedłużając ciszę pomiędzy nami.
– Rozmawialiśmy z twoimi lekarzami i panią Evans, a oni polecili nam, abyśmy czekali na twój pierwszy ruch – poinformowała mnie, a ja spojrzałem na nią zdziwiony.
– Naprawdę? – dopytałem, nie dowierzając. – Ja nie wiedziałem…
– Och, oczywiście, Teo. – Uśmiechnęła się szeroko. – Nie miałeś jak wiedzieć. Pierwsze spotkanie miało wyjść neutralnie, z twojej inicjatywy. Ściągnij buty i chodź do salonu. Chcesz ciasta? Upiekłam wczoraj – zaczęła paplać, a ja nieco odpłynąłem myślami.
– Nie, dziękuję – odparłem automatycznie.
– Lily wróci za niedługo, Laura nieco później, bo ma trening. Chcesz mi pomóc w gotowaniu obiadu czy wolisz oglądać telewizję? – zapytała, a ja uśmiechnąłem się lekko.
– To co gotujemy?
Dawno nie widziałem cioci tak bardzo szczęśliwej i nie spodziewałem się, że ja mogę być tego powodem.

***

                – Cześć, mamuś! – Usłyszeliśmy okrzyk Lily, po tym jak mocno trzasnęła drzwiami.
                Ciocia przemyła dłonie i wyszła do przedpokoju. Rozejrzałem się po kuchni, zdejmując ubrudzony sosem pomidorowym fartuch. Westchnąłem cicho, słysząc szepty Irmy i jej córki. Wiedziałem, o czym mówią i znów poczułem się jak uczeń przed swoim pierwszym dniem szkoły. Taki cały zestresowany, niepewny tego, co wydarzy się za chwilę.
                Gdy chciałem się ruszyć z miejsca, w progu pomieszczenia pojawiła się Lily. Otaksowała mnie swoimi oliwkowymi oczami i skinęła głową, witając się ze mną.
                – Cześć, Lily – zacząłem, przeczesując niesforne kosmyki wchodzące mi do oczu. – Możemy pogadać?
                – Musimy – odpowiedziała. – Chodź do mojego pokoju.
                Odwróciła się, ale i tak w ostatnim momencie zauważyłem jak na jej ustach pojawił się uśmiech. 
                Musieliśmy sobie wiele wyjaśnić i jeszcze więcej wybaczyć, ale oboje wiedzieliśmy, że ta rozmowa będzie dobrym, nowym początkiem naszej przyjaźni.

***

                Zacisnąłem powieki i szybko zasłoniłem je ręką, gdy światło błysnęło mi po oczach.
                – Mamo, mówiłem, że już więcej się nie pokażę w tej szkole – warknąłem, dalej oślepiony jasnością panującą w moim pokoju.
                – Pierdolisz. – Usłyszałem.
                Zamrugałem szybciej i usiadłem, próbując zlokalizować oraz ujrzeć osobę stojącą przy moich drzwiach. Słuch mnie jednak nie mylił, bo byłem pewien, że w jednym pomieszczeniu znalazłem się z Gabrielem.
                – Co ty tu robisz?! – krzyknąłem.
                – Twoja mama poprosiła, abym przekonał cię, że jednak nie warto zmieniać szkołę – oznajmił.
                – I że niby jak chcesz tego dowieść? – sarknąłem.
                – Teo, uciekanie nie ma sensu. W nowej szkole znajdzie się osoba, która ma znajomego w twojej starej budzie i co wtedy? To będzie się ciągnęło za tobą, a oderwanie się od tego nie zapewni ci nawet przeniesienie na drugi koniec kraju – powiedział stanowczo i nigdy nie spodziewałem się po nim takiego zdecydowania.
                Przez chwilę ciszy stoczyliśmy bitwę na spojrzenia, którą przegrałem. Odwróciłem wzrok na zmierzwioną kołdrę i pogładziłem ją, zastanawiając się nad słowami Gabriela.
                – W nowej szkole byłoby łatwiej… – zacząłem.
                – Wierzysz, że będzie ci łatwiej bez nikogo znajomego wokół siebie?
                – To wszystko jest dalej popierdolone – oznajmiłem, wracając do pozycji leżącej. Poduszka wydała szeleszczący odgłos, gdy się na nią rzuciłem. – Samemu w nowej szkole byłoby źle, ale równie niedobrze jest w momencie, gdy widzę was na korytarzach.
                – Mimo wszystko jesteśmy po twojej stronie, Teo – odpowiedział. – Jak bardzo byś nas nie chciał odepchnąć po tym, czego się dowiedziałeś to dla nas zostaniesz przyjacielem.
                – Dlaczego ty nic nie powiedziałeś? Nikodem, Lily, Natan… Ich wytłumaczenie znam bądź domyślam się. A ty? Co z tobą, Gab?
                – Ja czasami za bardzo jestem wpatrzony w Fabiana – odparł, a ja nie wiedziałem jak zinterpretować jego słowa. – Tak naprawdę poznałem go dopiero po tej zdradzie, gdy zalał się w trupa. I jakoś tak się stało, że go polubiłem, a potem trafiłem do jednej klasy z Nikodemem. Tak staliśmy się dziwną ekipą i ciężko było mi pogodzić rolę przyjaciela Nika oraz Fabiana, a potem dołączyłeś ty. Trochę się pogubiłem, zważając na to, że to Fabiana polubiłem nieco bardziej.
                – On o tym wie?
                – Coś ty – zaśmiał się. Nie brzmiało to jednak radośnie. – On dalej myśli o Nikodemie. Dlatego też wyszła ta akcja ze zdjęciami.
                – Za dużo informacji jak na jeden poranek – oznajmiłem, zamykając oczy. Poczułem jak blondyn dźga mnie pod żebra i syknąłem, łapiąc się za bolący bok. – Oszalałeś?
                – Wstawaj – powiedział.
                – W ogóle nie powinieneś czekać aż się do ciebie odezwę? – zapytałem, starając się odciągnąć go od głównego tematu.
                – Powinienem, ale beze mnie nie miałby kto cię zaprowadzić przed drzwi naszej cudownej szkoły.
                – Kto powiedział, że zmieniłem zdanie?
                – Teo, Teo – mruknął jak nauczyciel karcący niesfornego ucznia. – Łaskawie rusz się i przestań próbować szukać skrótów. Jeśli dzisiaj będzie źle to odczepię się, dobra? – zapytał przymilnie, ale równocześnie ściągnął ze mnie kołdrę.
                – Gabriel! – warknąłem.
                Blondyn stał przede mną z oczekującą miną, trzymając moją pierzynę. Ścisnąłem usta w wąską kreskę i ostatecznie zwlokłem się z łóżka, odkrywając, że jest dopiero siódma. Chłopak musiał idealnie wykalkulować ile zajmie mu przekonywanie mnie do wstania i w sumie dziękowałem mu za to w myślach, wracając do domu. Ten dzień był zwyczajny i nic odbiegającego od normy nie miało miejsca, a jeśli ludzie mnie wyzywali to tylko za moimi plecami, po cichu, więc nie reagowałem na to.
                Dopiero wtedy, krocząc dobrze mi znaną drogą w stronę budynku, który ponownie mogłem nazywać domem, odczułem, że moje życie się normuje. Wszystko przybiera codzienny blask i przestaje odbiegać od normy, którą znakowałoby się zwykłe życie nastolatka.
                Uśmiechnąłem się lekko, musząc zatrzymać przed przejściem dla pieszych i czekając aż cały rząd aut przejedzie. Analizowałem to wszystko i nie mogłem uwierzyć, że tak przyziemna chwila może wywołać u mnie radość oraz dziwne ciepłe uczucie na sercu, ale tak było. Bo w końcu poczułem spokój – wiedziałem wszystko i zamknął się za mną rozdział, który punkt kulminacyjny miał piętnastego lutego. Spokój, którego pragnąłem od niemalże roku. Ten zakrywający wszelką nadzieję, której już nie potrzebowałem – nie liczyłem na lepsze jutro, bo to jutro nadeszło.
                A najzabawniejsze było to, że zrozumiałem to, przechodząc przez pasy na drugą stronę ulicy. Tak istotną rzecz zauważyłem dopiero w jednej z bardziej trywialnych czynności, które wykonuje niemalże każdy człowiek paręnaście razy dziennie. Ale liczyło się to, że w końcu to poczułem, zauważyłem i to nadało nowy rytm mojemu życiu.
                Nie musiałem już powtarzać, że ma być dobrze. W tej chwili czułem, że już jest dobrze.



***

Szczęśliwego Nowego Roku! Mam nadzieję, że spełnicie w nim swoje marzenia, będziecie zdrowi i szczęśliwi. Aby nadchodzący rok był lepszy od swojego poprzednika :)
Mam dla Was także informację - na mojej liście odnośnie fabuły zostało bardzo mało punktów, które muszę wpleść do tekstu, więc następny post będzie albo ostatnim rozdziałem+epilog, albo po prostu epilogiem. I to będzie na tyle, jeśli chodzi o "Pięknie złamanego"... 
Jeszcze raz wszystkiego dobrego! Mam nadzieję, że ten rozdział umili choć jednej osobie ostatni wieczór tego roku :)
Malina

sobota, 29 października 2016

Rozdział XXXIII

                Tygodnie mijały w zastraszająco szybkim tempie, a ja dalej musiałem siedzieć, wałkować temat mojej psychiki i leczyć się w szpitalu. Jasne ściany budynku zaczęły mnie przytłaczać i ucieszyłem się, gdy w końcu terapeuta stwierdził, że następnego dnia mogę opuścić to miejsce. To tak jakbym dostał zezwolenie, aby w końcu zamknąć pewną część rozdziału za sobą i powoli zacząć tworzyć podwaliny nowego etapu życia, bo nareszcie mogłem wrócić do domu.
                Świat wcale nie czekał na mój powrót i nawet jeśli wcześniej wydawało mi się, że dalej na dworze będzie panowała zima to wcale tak nie było. Ciepłe wiosenne powietrze miło owiewało moją twarz, a promienie słońca muskały skórę, rażąc w oczy. Rozejrzałem się dookoła, gdzie roślinność zaczęła budzić się do życia i miałem wrażenie, że przeniosłem się w czasie tak jakby te tygodnie w szpitalu były jednym dniem. A jednak nie, to były prawdziwe tygodnie.
                Wszedłem za matką do domu, w którym panowała przerażająca cisza. Pachniało kwiatami, które rodzicielka poustawiała do wszelkich wazonów stojących na szafkach czy komodach. Dzięki nim budynek nabrał wiosennych barw, ale dalej czułem się nieswojo. Minąłem salon, w którym znajdowały się pudła. Dojrzałem na nich drukowane litery napisane markerem: ubrania, buty, na strych. Rzeczy mojego ojca gotowe były do przeniesienia w inne miejsce bądź wydania, a ja przystanąłem, patrząc na nie. Właśnie to zostało po moim ojcu – parę kartonów wypełnionych przedmiotami i okropne wspomnienia.
                Matka chyba wyczuła, że nie zmierzam za nią do swojego pokoju i przystanęła przed schodami, obracając się do mnie.
                – Nie zdążyłam ich jeszcze wydać – powiedziała.
                – Możemy je jutro gdzieś zanieść – odparłem, wzruszając ramionami. Było mi to obojętne, gdzie te rzeczy powędrują, byle znajdowały się z dala ode mnie.
                Mój pokój nie zmienił się ani trochę. Dalej panował w nim lekki nieporządek i tylko pościel została zmieniona oraz równo ułożona. Podszedłem do okna, otwierając je. Widziałem z niego podwórko sąsiadów jak i nasz ogród, w którym przeważała trawa, bo nikt w tym roku nie zadbał o to, aby posadzić warzywa. Wiśnia powoli zamieniała się w piękne, kwieciste drzewo, a jakiś ptak usiadł na jej gałęzi i zaczął pośpiewywać.
                Osobliwie czułem się wracając do domu. Domu, w którym nie ma już ojca, a jest za to matka, która powoli próbuje się ze mną porozumieć. Psychiatra mówił mi, że reszta zależy ode mnie i moja kolej na poukładanie wszystkiego. W sumie chciałem mu wierzyć, bo fajnie brzmiało to, że wreszcie coś jest zależne ode mnie.
                – Zjesz obiad? – Usłyszałem za sobą. Matka stała oparta biodrem o framugę drzwi i jej wyraz twarzy był zupełnie łagodny, mógłbym stwierdzić, że malował się na nim lekki uśmiech.
                Kiwnąłem głową, a jej kąciki drgnęły jeszcze bardziej i teraz nie miałem wątpliwości, że naprawdę się uśmiechała.

***

                W nocy spałem niewiele. Od pewnego czasu miałem problemy ze snem, ponieważ towarzyszyły mi koszmary. Tym razem także obudziłem się zlany potem. Zegar wskazywał paręnaście minut po czwartej, a ja nie miałem co ze sobą zrobić.
                Postawiłem stopy na podłodze, a następnie jak najciszej ubrałem się i zabierając ze sobą telefon, udałem się do drzwi wyjściowych.
                Zacząłem szukać klucza, lecz nigdzie go nie zauważyłem. Nie znajdował się w zamku, nie leżał na szafce ani nie było go w kuchni.
                I wtedy zapaliło się światło, a ja zmrużyłem oczy, zakrywając je dłońmi.
                – Teo? Co ty robisz? – zapytała, a w jej głosie pobrzmiewało zdenerwowanie.
                Co ja robiłem? W sumie sam nie wiedziałem. Chciałem po prostu wyjść, nieograniczony niczym i przez myśl przemknął mi pomysł udania się na grób ojca.
                – Chciałem iść na spacer – oznajmiłem jakby to było jasne jak słońce.
                Matka westchnęła, a ja dopiero po tej chwili przyzwyczaiłem się do światła i spojrzałem na nią. Była zrezygnowana, zła i niewyspana.
                – Czy ty… – zaczęła i zawahała się. Widać było, że nie wie jak to ubrać w słowa.
                – Co ja? – dopytałem, chcąc usłyszeć, co chodzi jej po głowie.
                – Czy właśnie chciałeś ponownie iść i… – urwała, patrząc uparcie na kafelki. Widać było jak ta myśl ją boli i przybija.
                – Co? Nie! – zaprzeczyłem szybko, mrugając zaskoczony. – Nie! Ja tylko nie mogłem spać i chciałem iść na spacer! Naprawdę – dodałem, starając się, aby moje słowa brzmiały szczerze. Sam w nie do końca nie wierzyłem, bo nie wiedziałem, co wpadłoby mi do głowy podczas spaceru po odwiedzinach u tatusia. Przez ostatnie tygodnie pojąłem, że nie do końca sam siebie rozumiem i potrafię przewidzieć reakcję mojej psychiki na różne bodźce.
                – Nie masz klucza. Co więc zrobiłbyś w tej sytuacji, nie mogąc wyjść przez drzwi? – zapytała całkiem ostro, ale ton jej głosu wynikał po prostu ze zdenerwowania sytuacją. Rozumiałem ją, sam pewnie też bym tak się zachowywał na jej miejscu.
                – Wyszedłbym przez okno, – przełknąłem głośniej ślinę, po wypowiedzeniu swoich myśli na głos – ale ja chciałem iść na cmentarz.
                Matka spojrzała na mnie przenikliwie, a następnie skinęła głową.
                – Dobrze, więc pójdźmy na spacer – powiedziała. – Daj mi tylko chwilkę – poprosiła i wyszła z pokoju w stronę swojej sypialni.
                Dopiero wtedy dotarło do mnie, że moje dłonie są całe spocone, a ja zestresowany stałem na środku kuchni, nie wiedząc co więcej powiedzieć, więc po prostu usiadłem na krześle i poczekałem aż matka przebierze się, abyśmy mogli iść na spacer oraz odwiedzić grób mojego ojca, a jej męża.

***

                Słońce powoli wschodziło, gdy dotarliśmy na miejsce. Rozejrzałem się dookoła, patrząc na nieznane nazwiska wyżłobione w bardziej lub mniej drogich kamieniach. Nagrobek ojca był skromny i nie wyróżniałby się niczym od pozostałych, gdyby nie całkiem spora ilość kwiatów, która jeszcze została po pogrzebie.
                Skupiłem się na zniczach, które rozświetlały cmentarz i stały nie tylko przy grobie ojca. Było ich całkiem sporo i po nich można było stwierdzić, które groby są częściej odwiedzane.
                – Dużo osób było na pogrzebie?  – zapytałem cicho. Nie poruszaliśmy tego tematu, a przez całą drogę to pytanie ciekawiło mnie i chciałem znać na nie odpowiedź.
                – Niedużo – odparła matka. – Ten dzień był deszczowy, chłodny i ponury.
                Skinąłem głową, choć nie byłem pewien czy matka patrzyła na mnie, czy tak jak ja utkwiła wzrok w imieniu oraz nazwisku ojca, jego dacie urodzenia i śmierci oraz krótkim napisie pożegnalnym.
                On naprawdę nie żył. Leżał pod ziemią i możliwe, że jego dusza tkwiła teraz w piekle. I nie miałem do tego człowieka ani grama współczucia, nie czułem potrzeby, aby spróbować mu wybaczyć, a już tym bardziej nie zamierzałem się za niego modlić. Zobaczyłem jego grób i byłem pewien, że już tam nie wrócę. Zamierzałem z czasem zapomnieć o tym jak wyglądał jego nagrobek i chciałem sprawić, aby fakt, że miałem ojca stał się dla mnie niejasną rzeczywistością taką, jaka dotyka człowieka po obudzeniu się z bardzo realistycznego snu.
                To było moje pierwsze zderzenie z przeszłością – to najłatwiejsze, bo martwy ojciec nie mógł mnie już zranić. Dlatego też wracając do domu wraz z matką rozmawiałem o banalnych sprawach, choć w podświadomości wiedziałem, że teraz czas na rozprawienie się z resztą żywych osób, z którymi już tak prosto nie będzie. Ich słowa będą mogły ranić, a ja wiedziałem o tym i bałem się tego, ale w końcu na coś miała zdać się ta cała terapia i musiałem w końcu skończyć to wszystko, co miało miejsce przed szpitalem. I to, że musiałem sprawiało, że bałem się jak diabli.
                Ale musiałem dać sobie radę, przecież innego wyjścia nie miałem.

***

                Chciałem po prostu zjeść śniadanie. Zrobić zwyczajne kanapki, na których rozsmarowałbym Nutellę, którą przyuważyłem w jednej szafce. Jednak nigdzie nie znalazłem noży, a jedna z półek miała wmontowany zamek.
                Walnąłem ręką w blat i poczułem jak ból rozprzestrzenia się w niej, ale mimo to uderzyłem ponownie. I pewnie ten huk zwołał moją matkę, która stanęła przy wejściu i spojrzała na mnie zdziwiona.
                – Czy ty myślisz, że ja dalej chcę się zabić?! Ja pierdole! – wrzasnąłem.
                – Teo, uspokój się… – powiedziała spokojnie. – Terapeuta zalecił, abyś w domu nie miał pod ręką żadnych ostrych narzędzi.
                – Nie jestem wariatem, rozumiesz?! – syknąłem. – Jestem normalny! Jestem w domu i mogę użyć noża, aby zrobić sobie pierdolone kanapki bez twojej zgody! Maszynkę do golenia i temperówkę też mi zabierzesz?! Nie mogę wyjść na spacer, nie mogę użyć noża!
                – Teodor! – krzyknęła, chcąc mnie uciszyć. – Nie przeklinaj i uspokój się! Terapeuta…
                – …jest popierdolony! – warknąłem. – Przecież jestem zdrowy!
                – Teo, ja wiem… – zaczęła spokojnie, podchodząc do mnie, ale ja odsunąłem się.
                – Wyciągnij te noże – warknąłem i ruszyłem żwawym krokiem do pokoju, uważając aby nie potracić przy okazji matki.
                Byłem wściekły o to, że terapeuta polecił takie rzeczy, a do tego moja matka myślała, że ja dalej chcę spróbować. Przecież jakbym chciał się zabić to już dawno zrobiłbym ponownie, nawet w szpitalu. Ale starałem się to zwalczyć i zapłacono mi za to totalnym brakiem zaufania. Skoro mnie wypuścili to nie mogłem być wariatem.
                Jednak najgorsze było to, że po godzinie, słysząc, że matka jest u siebie w pokoju, wyszedłem do kuchni. I z ciekawości sprawdziłem, czy noże znajdują się na swoim miejscu. I owszem, matka włożyła je ponownie do tej szafki, a ja chwyciłem najmniejszy z nich i dotknąłem jego koniec koniuszkiem palca, naciskając. Pociągnąłem trochę to nacięcie, myśląc o tym jak mało krwi wypływa teraz w porównaniu z tamtą próbą, gdzie byłem w niej skąpany.
                I cholera jasna ten popierdolony terapeuta miał najwidoczniej rację. Otrząsnąłem się z odrętwienia i umyłem szybko nóż, odkładając go na miejsce. Krew powoli krzepła, a rana dalej piekła, więc odpuściłem myśl robienia śniadania i poszedłem przemyć nacięcie, dalej wracając wspomnieniami do tamtego zimowego dnia, gdy upust czerwonego płynu był dla mnie tak zbawienny.

***

                Czytałem podręcznik od chemii, robiąc skrupulatne notatki. Miałem sporo materiału do nadrabiania, ale nie było tak źle, ponieważ podczas leczenia też miałem czas na naukę. Jednak dalej pozostawałem w tyle, a nie mogłem sobie na to pozwolić.
                Pukanie do drzwi przerwało mi w połowie zdania. Odłożyłem długopis i mruknąłem „Proszę”, a do środka weszła moja matka.
                – Teo, ktoś do ciebie – powiedziała.
                Przez myśl przebrnęły mi wszystkie znajome twarze i nie miałem zielonego pojęcia, kto odważył się przyjść.
                – Nikogo nie zapraszałem – mruknąłem.
                – Wiem, ale chyba już czas, abyście porozmawiali, hm? Teo, minął już tydzień, a twoi przyjaciele chcą się z tobą widzieć – powiedziała, patrząc na mnie nieco zatroskana.
                – Po tym wszystkim mam opory nazywać ich przyjaciółmi, ale niech będzie – westchnąłem.
                Mama wyszła, a ja ułożyłem książki, notatki i przybory, a następnie zwróciłem się ku drzwiom, czekając aż ktoś przez nie wejdzie.
                Spodziewałem się Lily, więc gdy kroki były coraz głośniejsze, a do pokoju wszedł Nikodem, zrobiłem niemądrą minę wyrażającą szok, zupełnie nieprzygotowanie na rozmowę z nim i złość, że pozwoliłem, aby on przyszedł.
                – Mogę? – zapytał, a ja miałem ochotę westchnąć, gdy usłyszałem jego głos. To nie tak, że już go nie kochałem. Oczywiście, darzyłem go jakimś uczuciem, ale w tamtej chwili zamknąłem się w swojej skorupie, która miała mnie chronić przed ponownym zranieniem.
                – Siadaj – odparłem, przyglądając mu się. Jak zwykle był schludnie ubrany, a jego włosy były znacznie dłuższe niż normalnie nosił.
                – Chciałbym ci wszystko wytłumaczyć – zaczął i spojrzał na mnie, a ja nie odwróciłem wzroku. Złapałem z nim kontakt wzrokowy i nie wątpiłem, że nasze spojrzenia to ogień i lód – on patrzył na mnie łagodnie, z nadzieją, a ja przeszywałem go chłodnym wzrokiem, nie chcąc ukazywać zanadto uczuć.
                – Myślisz, że jest co tłumaczyć? – zapytałem.
                – Ostatni raz, gdy cię widziałem, byłeś cały we krwi… Teo, nie chcę, aby to kończyło się takimi wspomnieniami i żebyś oddzielił się od nas wszystkich przez to, co usłyszałeś.
                To było oczywiste, że to on mnie znalazł, bo nikt więcej nie wiedział o tym miejscu. I zastanawiało mnie to, kto znalazł Nikodema w takiej samej sytuacji oraz gdzie on to zrobił. Z drugiej strony nie chciałem słuchać jego historii, ale chyba w tamtym momencie nie miałem już nic więcej do stracenia.
                – To, co usłyszałem, doprowadziło mnie do szpitala. I nie chcesz, aby to kończyło się na niedopowiedzeniu wyjaśnienia tajemnicy, więc okej, możesz powiedzieć więcej, ale zastanów się nad sensem tego, co mówisz – odparłem, a mój głos nie drgnął w żadnym momencie, z czego byłem dumny.
                – Wszystko, co wiesz po tamtej wymianie zdań z Natanem to prawda. I zdrada, o której poinformował mnie Davies, trafiła na nieciekawy okres czasu. Tak jak teraz wydaje ci się, że jestem popularny i większość chce się ze mną kolegować, tak wcześniej byłem całkiem nijaki i znalazła się grupka, która skutecznie uprzykrzała mi życie. Dodatkowo miałem nieciekawe relacje z rodziną i nie dogadywałem się z siostrą, co mnie dobijało. Wiem, że brzmi to dość głupio, ale wtedy oparciem był dla mnie Fabian, który też wystawił mnie na lodzie i potem zdarzyło się to, co się zdarzyło i tyle – mówił, a ja miałem wrażenie, że oboje mieliśmy bardzo podobny powód do chęci stracenia życia.
                – Kto cię znalazł i gdzie to zrobiłeś? – wypowiedziałem pytanie, które chodziło mi po głowie.
                – Siostra, w łazience. – Uśmiechnął się smutno. – W sumie ona znacznie więcej się potem leczyła niżeli ja.
                – Dlaczego nikt mi tego wcześniej nie powiedział? Ty, Natan i Lily milczeliście jak zaklęci, choć nie wątpię, że chodziło wam to po głowie – wytknąłem mu, chcąc, aby jakoś to usprawiedliwił.
                – Davies chciał, aby nikt się więcej o tym nie dowiedział. Pewnie wstydził się po prostu tego, że jako totalny gówniarz dał dupy, a ta mała teraz z nim i tak jest. Nie jest to też aspekt mojego życia, gdzie powiedziałbym ci to między słowami, co robiłem wczoraj, a co będę robić jutro.
                Uśmiechnąłem się szeroko, choć nie było mi do śmiechu.
                – Nie wierzę, że tak bardzo to zlewasz i że nie chciałeś nawet spróbować otworzyć się przede mną – mruknąłem, kręcąc z niedowierzaniem głową.
                – To wcale nie jest takie łatwe, Teo – stwierdził.
                – No jasne, łatwiej było mi mówić, że mnie kochasz i ignorować całą swoją przeszłość – parsknąłem cicho niewesołym śmiechem.
                – Kocham cię, Teo – powiedział, a ja poczułem ukłucie w sercu.
                – Ale ja ciebie nie umiem kochać – odparłem, patrząc na niego i widząc grymas, który pojawił się na jego twarzy.
                – W tak krótkim czasie stałeś się dla mnie kimś najważniejszym… Wiem, że powinienem ci był to powiedzieć szybciej niż tamtego dnia, wiem! – krzyknął, zrywając się z łóżka i przechodząc parę kroków w stronę okna. Przeczesał dłońmi włosy i chwycił się za kark, stojąc tyłem do mnie. – Nie tylko Davies się wstydzi tego, co miało miejsce. Żenująca jest dla mnie moja głupota i fakt, że wakacji zeszłego roku Fabian potrafił mną manipulować. To jest skomplikowane, bo wiem, że on mnie kocha i nienawidzi jednocześnie, a ja dopiero po poznaniu ciebie zerwałem to ostatecznie. I to jest takie głupie, że mimo wszystko chciałem jego bliskości, choć byłem ciągle zraniony.
                – Nikodem, twoje wyjaśnienie nie zmieni moich uczuć do ciebie. Nie chciałem cię nawet widzieć, więc jak sobie wyobrażasz to, że mielibyśmy stworzyć jakikolwiek związek? – zapytałem, odwracając wzrok.
                Nie chciałem widzieć emocji, które zdominowały po moich słowach twarz, a przede wszystkim oczy, Nikodema. Byłem pewien, że to go boli, ale ja także czułem gulę w gardle, a moje serce biło niespokojnie. Mnie też w pewnym sensie bolało to, ale wiedziałem, że na daną chwilę to jest najlepsze. Nie wyobrażałem sobie być z nim, tulić się do niego czy całować go, choć tych wszystkich rzeczy pragnąłem. Przecież nie zapomniałem jak moje serce mocno łomotało w klatce piersiowej na jego widok i dalej pamiętałem smak miłości, ale to wszystko było dla mnie zbyt gorzkie do przełknięcia, więc zmazywało mi jej smak. Potrzebowałem czasu, aby wylizać się z ran, które spowodowała ta tajemnica.
                Czułem na sobie jego wzrok i słyszałem kroki, którymi zbliżył się do mnie.
                – Naprawdę nie mam możliwości na drugą szansę, Teo? – szepnął błagalnie.
                Pokręciłem przecząco głową, dalej nie podnosząc wzroku. Nie miałem takiej odwagi, aby powiedzieć mu to, patrząc prosto w jego oczy.
                – Na pewno nie teraz.
                Kiedy zamknął za sobą drzwi, łzy stanęły mi w oczach i następnie popłynęły po policzkach. Nie wiedziałem, czy zrozumiał i na mnie poczeka, ale skoro sam nie wiedziałem ile czasu potrzebuję to jak mogłem wymagać od niego, abym za parę miesięcy dalej dla niego tyle znaczył? Dlatego lepiej było puścić go wolno i żeby sam zdecydował jak ważny dla niego byłem.
                Liczyłem, że jeszcze kiedyś zaznam miłości. Jeśli nie ze strony Nikodema, to od nowej osoby, która zaakceptuje moją historię i będzie dla mnie oparciem. Lecz takie myślenie wydawało mi się odległe w czasie, bo ostatnie zranienie było natomiast zbyt bliskie. Jeszcze nie do końca przystosowałem się do nowej sytuacji. Nie przyzwyczaiłem się do tego, że leżę w swoim łóżku i we własną poduszkę wsiąkają moje łzy. Posiadałem w sobie tyle sprzecznych uczuć, że nie wiedziałem jak je uporządkować. I tak jak terapeuta mówił – zależało to ode mnie jak je posegreguję i którą opcję wybiorę. Dlatego chciałem odetchnąć, porozmawiać z resztą niegdyś ważnych dla mnie osób i dać sobie czas na decyzje oraz działanie.
                Wyciągnąłem plik zdjęć, zrobionych – jak mi się wydawało – dawno temu. A minęło tylko parę miesięcy od tamtego czasu, a zmieniło się całkiem wiele. Patrząc jak z Nikodemem pozowaliśmy w kierunku obiektywu i nie byliśmy świadomi, że będziemy parą, poczułem jeszcze większy smutek. Miałem świadomość, że teoretycznie nasz związek dobiegł końca, jednak czułem, że na tę chwilę była to słuszna decyzja.
                Wytarłem łzy i schowałem zdjęcia. Spojrzałem na podręczniki i postanowiłem wrócić do bardziej przyziemnych spraw oraz oderwać się od tych myśli, które huczały mi w głowie, zastępując je chemią, biologią czy innymi przedmiotami. Była to całkiem desperacka próba odciągnięcia siebie od Nikodema i tęsknoty, która zaczęła się wkradać do mojego serca, gdy coraz bardziej uświadamiałem sobie, że to koniec.




***

Cóż, chyba nadszedł czas, abym poinformowała Was o tym, że do końca tego opowiadania zostały dwa lub trzy rozdziały + epilog. Wstępnie to, co chcę jeszcze napisać, rozdzielam na dwa rozdziały, ale może wyjść tego za dużo, więc zawsze może powstać jeszcze jeden fragment. Dziwnie czuję się z świadomością, że to opowiadanie jest już niemalże na końcówce... Ale nie będę się teraz nad tym rozklejała, w końcu jeszcze troszeczkę przed nami.
Chcę też poinformować, że marzy mi się zakończenie opowiadania do stycznia 2017, czyli do jego drugich urodzin, ale nie jestem pewna czy mi się to uda.  
I mam nadzieję, że teraz zauważacie rozciągnięcie w czasie, które nie było zauważalne w poprzednim rozdziale, przez co myśli Teo wydawały się zbyt radosne.
A na gifie Ed Sheeran z wersem z "Give me love". 
To tyle, więc do następnego, 
Malina

niedziela, 9 października 2016

Rozdział XXXII

                Moje powieki ciążyły mi i zanim zdążyłem cokolwiek zobaczyć to obraz przed moimi oczami rozmazywał się, a ja przysypiałem. Czułem się otumaniony lekami, które niewątpliwie mi podano. Nie od razu rozpoznałem miejsce, w którym się znajdowałem, ale nie dało się nie odczuć specyficznego zapachu szpitala.
                Słyszałem szmery, kroki ludzi wchodzących do pokoju, polecenia lekarza i jego słowa skierowane do mnie, które zlepiały się w jedność, więc nie dane było mi zrozumieć, co on do mnie mówi.
                Po pewnym czasie ciągłego bycia pomiędzy stanem snu a jawy ostatecznie poczułem siłę, aby się obudzić, otworzyć oczy i z przerażeniem odkryć, że dalej żyję. Moje pierwsze trzeźwe myśli oplatała gorycz niezadowolenia, bo nawet samobójstwo mi się nie udało. Zezłościłem się na siebie, że wybrałem ten sposób. Jakbym skoczył do lodowatej toni to nikt nie miałby dodatkowych minut na to, aby mnie znaleźć i uratować, więc spokojnie mógłbym utonąć. Ale mimo wszystko wybrałem ten sposób, który nie był wystarczający, bo ktoś, do diabła, znalazł mnie w tym pieprzonym lesie.
                Słyszałem pikanie maszyny, do której byłem podpięty i to wprawiało mnie w jeszcze większy szał. Ten jednostajny dźwięk świadczył, że moje serce działa tak jak należy… Parsknąłem niezbyt przyjemnym śmiechem, który zrodził się tylko w mojej głowie, bo tak naprawdę z mojego gardła wydobyło się ciche charczenie. Po co mi było bijące serce, kiedy te duchowe, które ma o wiele większą wartość, zostało wyrwane, rozerwane na kawałki i zostałem pusty w środku, bez żadnych pozytywnych uczuć? Bez przyjaźni, miłości, rodziny, a miejsce tego zastąpiły kłamstwa, obłuda i psychiczny ból, z którym nie wiedziałem jak mam sobie poradzić.
                Drzwi otworzyły się i przez nie wszedł starszy mężczyzna w lekarskim fartuchy.
                – Dzień dobry, Teodorze. Jestem twoim lekarzem, nazywam się… – zaczął, ale ja postanowiłem mu przerwać.
                – Nie musi pan nic mówić, bo mnie to nie obchodzi – wycharczałem cicho, a z każdym kolejnym słowem mój głos zaczynał pobrzmiewać normalniej.
                Mężczyzna spojrzał na mnie uważniej. Skupił na mnie swój wzrok, a ja poruszyłem się niespokojnie, choć moje ciało było jeszcze nieco niekompatybilne z moim umysłem, a dodatkowo byłem osłabiony i czułem zmęczenie.
                – Jednak muszę przeprowadzić podstawowe badania, sprawdzić czy wszystko jest dobrze…
                – Myśli pan, że jakby było dobrze to leżałbym w lesie z poprzecinanymi żyłami? – prychnąłem, patrząc na niego z nieszczerym rozbawieniem. Miałem paskudną ochotę na kłótnię, aby mężczyzna stracił panowanie nad sobą i żeby wrzeszczał, a wtedy ja nie zostałbym uznany za wariata i też mógłbym wrzeszczeć ile sił w płucach, krzyczeć na niego i w końcu rozpłakać się pod pretekstem, że lekarz był dla mnie zbyt niemiły. Chciałem wyładować to, co czułem i co ściskało mnie w środku, chcąc wydostać się na zewnątrz.
                – Ja zajmuję się twoją fizyczną częścią, psychiczną zajmą się inni specjaliści – odparł spokojnie, a następnie zaczął mnie wypytywać, badać i sprawdzać wszelkie parametry, zapisując je na jakiejś stercie kartek.
                – Niech tu nikt nie wchodzi – burknąłem, gdy mężczyzna odwrócił się ku wyjściu.
                – Obawiam się, że prędzej czy później będziesz musiał porozmawiać ze swoją mamą i przyjaciółmi. Aktualnie znajdują się na korytarzu i muszę poinformować ich o twoim stanie – powiedział, znów uważnie mnie obserwując.
                – Ale niech pan ich tu nie wpuszcza – poprosiłem, starając się, aby mój głos brzmiał pewnie.
                – Dobrze – westchnął. – Najpierw porozmawiasz z psychiatrą. Ale Teodorze… – zagadnął, a ja uniosłem na niego spojrzenie.
                – Tak?
                – Nie uciekaj już, chłopcze – powiedział, a zanim odpowiedziałem, mężczyzna wyszedł z pomieszczenia.
                Jasne, że uciekałem. Miałem dość goniącego mnie życia, które gdy tylko mnie dopadało, dawało mi popalić. Zamiast dalej stawić czoła problemom, po prostu wybrałem prostszą drogę.
                Ale jakim prawem ten lekarz polecał mi, co mam robić? Skąd ta pewność, że to słuszna droga, aby zostać tu i dawać się gnoić życiu. Miałem nadstawiać policzek i mieć nadzieję, że nikt w niego nie uderzy? Przecież wystarczająco długo byłem marionetką przerzucaną, wyzywaną, a nawet bitą. A wszystko, co mnie otaczało, w dzień mojej próby samobójczej okazało się obłudą. Nawet nie miałem zielonego pojęcia ile tajemnic kryje się wokół mnie, jak wiele nie wiem o ludziach, których darzyłem zaufaniem i miłością. I to zraniło mnie doszczętnie, więc nie było już sensu, abym drążył dalej to wszystko, łatwiej było się zabić. A teraz mam znów żyć? Jak? Z kim u boku?
                Wychodzi na to, że teraz musiałem podjąć jeszcze cięższą walkę, a nikt inny nie mógł mi pomóc. Moim zadaniem okazało się udowodnienie sobie samemu w zupełnej samotności, że warto żyć. Nie byłem pewien czy uda mi się wzbudzić w sobie to pragnienie, ale skoro dostałem kolejną szansę, postanowiłem ją wykorzystać. Choć na myśl o tym wszystkim, co miało miejsce, kuło mnie w sercu, to i tak miałem nadzieję, że jakoś uda mi się zechcieć żyć.

***

                Poczułem głaskanie po włosach, a delikatne palce przerzucały moje loki w różne strony. Podniosłem powieki i z zdezorientowaniem spojrzałem na kobietę, która siedziała obok mojego łóżka na stołku.
                – Co ty tu robisz?! – krzyknąłem, odsuwając się od niej. Pani psycholog patrzyła na mnie, a jej wzrok był miękki i ciepły, że poczułem się głupio ze swoimi słowami. Spuściłem wzrok i przygładziłem dłonią kołdrę, czekając na odpowiedź.
                – Twoja mama chciała wejść jako pierwsza, ale w końcu obie stwierdziłyśmy, że lepiej będzie jak to ja z tobą porozmawiam – oznajmiła spokojnym głosem.
                – Jak to moja matka? O czym niby mamy rozmawiać? – burknąłem, podnosząc wzrok.
                – Pamiętasz jak stwierdziliśmy, że jestem twoim sojusznikiem? – spytała.
                – Pamiętam, ale co to ma… – zacząłem, ale kobieta już mi przerwała.
                – Twoja mama też jest twoim sojusznikiem, Teo – powiedziała, a ja parsknąłem śmiechem. Śmiałem się chłodno, aż rozbolał mnie brzuch, a w oczach pojawiły się łzy rozbawienia.
                – Ten żart jest lepszy od mojego życia – mruknąłem chamsko, ale pani Lucy siedziała niezrażona moim zachowaniem i dalej patrzyła na mnie tak potulnie, czekając, aż będzie mogła kontynuować.
                – Wiem, że tego nie odczuwasz i mam świadomość, że tego nie zauważyłeś. Anna ma świadomość, że nigdy nie była dobrą matką. Szczególnie, że twój ojciec raz zachowywał się jak idealny mąż, a za drugim razem potrafił twoją mamę uderzyć. Ona nigdy nie chciała ci tego pokazać i nie chciała abyś cierpiał – zapewniała mnie, a ja nie mogłem jej uwierzyć. Nie znałbym własnej matki? Nie zauważyłbym tego, że mój ojciec już wcześniej był tyranem?
                – Co?
                – Nie bił jej często, a ona go za bardzo kochała, aby odejść. Chciała, abyś wychowywał się w pełnej rodzinie i żebyś miał wszystko, czego potrzebujesz.
                – Jakoś miłością mnie nie uraczyła – burknąłem, ale czekałem na dalszą część historii. Jeszcze nie w głowie było mi zastanawianie się nad tym, ile było w niej prawdy.
                – Moja mama jej mówiła, że powinna od Roberta odejść. Irma też jej doradzała, ale twoja mama za bardzo wierzyła w męża. A potem wszystko się pogorszyło, a ona nie wiedziała co robić. Anna ma świadomość, że pewnie nie będziesz w stanie jej wybaczyć tego, że tak długo wybierała trwanie u boku kogoś takiego i nie potrafiła zawalczyć, aby tobie nie działa się krzywda. Dopiero niedawno zdecydowała się na pozew rozwodowy, ale to aktualnie jest nieważne – powiedziała.
                – Kolejne osoby, które wiedziały i nic z tym nie robiły? I jak to się niby miało dziać, że ja niczego nie zauważałem? – zapytałem słabo, czując nacisk coraz to nowszych wiadomości, które znowu mnie stłamsiły.
                – Wtedy zazwyczaj zajmowała się tobą Irma, a Robert nigdy nie pobił twojej mamy tak… – urwała, patrząc na mnie sugestywnie.
                – Tak jak mnie – dokończyłem, wzdychając. – Dlaczego pozew rozwodowy teraz jest nieważny? – rzuciłem, patrząc usilnie na panią Lucy i czekając, aż ta cokolwiek odpowie. Chciałem mieć całkowitą pewność, że w tej sprawie nie kłamie, bo nie rozumiałem tych słów. Skoro matka zdecydowała się odejść od tego człowieka, to niby jak mogło to nie być ważne. W końcu ona uwolniłaby się od niego i o ile to, co powiedziała pani Lucy, było prawdą, możliwe, że w końcu zachowywałaby się jak matka. Miałaby okazję okazać mi prawdziwą, rodzicielską miłość i spróbować się ze mną dogadać, aby stare rany poszły w niepamięć.
                – Twój ojciec nie żyje.
                To było specyficzne uczucie. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem czegoś takiego. Moje serce na chwilę zamarło, aby zacząć bić ze zdwojoną siłą, jakby ze szczęścia. Miałem wrażenie, że niewidzialne więzy puściły i w końcu byłem wolny. Człowiek, który więził moją psychikę i którego głos nienawiści prześladował mnie, w końcu zniknął. Po prostu nie żył i nie obchodziło mnie, że to okrutne cieszyć się ze śmierci swojego rodzica. Spotkało go to, na co zasługiwał i przynajmniej miałem pewność, że on nie zawadzi mi w dochodzeniu do siebie i w nowym życiu.
                Chciałem zacząć nowe życie, a brak w nim jednego z najbardziej raniących elementów był dobrym początkiem.

***

                – To prawda? – spytałem, patrząc na matkę. Jej wzrok natomiast uciekał w lewą stronę, ku szafce nocnej, na której położyła siatkę z różnorodnymi owocami.
                Przytaknęła krótkim, słabo zauważalnym ruchem głowy. Pogładziła swoje włosy, poprawiając je nerwowym ruchem.
                – Dlaczego tyle czasu kłamałaś? – W moim głosie pobrzmiewał zarzut. Mogliśmy przejść przez to razem znacznie szybciej niżeli doprowadzać do tego, co miało miejsce.
                – Nie chciałam, abyś oskarżał mnie o niezapewnienie ci odpowiednich środków, gdybyśmy odeszli. Przecież wtedy byłoby ciężko, moja pensja nie starczyłaby na mnie i dorastającego chłopaka… A do tego musiałabym opłacić sprawy rozwodowe i nowe mieszkanie. Mimo wszystko kochałam twojego ojca, a on zawsze przepraszał. To nie zdarzało się często i nie odczuwałam tego jako czegoś złego – dodała, a ja pokręciłem głową w niedowierzaniu.
                – Chodziło ci o pieniądze? Naprawdę? Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak głupio brzmi twoje tłumaczenie – fuknąłem, ale po chwili zacząłem się śmiać. Wtedy dopiero moja matka spojrzała na mnie i zmarszczyła brwi, nie wiedząc o co mi chodzi.
                – Dlaczego się śmiejesz? – zapytała.
                – Cała rodzinka potrzebująca psychiatry. Cudownie – parsknąłem, podciągając kołdrę wyżej i zakrywając się nią.
                Na chwilę nastała cisza przerywana przez dźwięk aparatury. Wsłuchałem się w nią, starając uspokoić myśli, które znowu wywoływały sztorm w moim umyśle. A ja byłem tylko małą łódką pośrodku wielkiego oceanu tych myśli i nie wiedziałem jak się ratować, aby ponownie nie zacząć się topić. W tamtej chwili nie widziałem nikogo, kto by mógł mi pomóc, bo wszyscy dookoła okazali się kłamcami, a cała moja rzeczywistość wcale nie była rzeczywistością. A ten nowy świat, w którym przyszło mi żyć, przerażał mnie – to było niezwykłe jak parę tajemnic, oszczerstw i łgarstw zmieniło moje uczucia i punkt patrzenia na moje własne życie.
                Czy to nie tak, że to my jesteśmy panami swego losu? Czy to nie ja powinienem decydować o tym, co się dzieje u mnie?
                Cholera jasna, kolejne kłamstwo! Bujda wciskana nam od dziecka, bo wcale nikt nie ma władzy nad swoim życiem. Kontrolujemy je w połowie, a resztę dopowiada świat, który odkrywa często zupełnie nie te karty, które byśmy chcieli. I tak właśnie pięćdziesiąt procent niezależne ode mnie spowodowało, że leżałem w szpitalu po próbie samobójczej i nadzorowało mnie paru lekarzy, aby doprowadzić moją skorupę do funkcjonowania oraz spowodować, aby dusza jeszcze jakoś została zebrana w zgrabną kupkę.
                – Czy kiedyś mi wybaczysz? – Usłyszałem cichy szept matki, a jej głos załamał się przy ostatnim słowie. Byłem pewien, że ma łzy w oczach, a może nawet spłynęły już one po jej policzkach, a ona zmazała je dłonią.
                A co ja miałem jej odpowiedzieć?
                – Kiedyś – mruknąłem, przełykając gulę w gardle.
                Dziwna wydała mi się myśl, że obok mojego łóżka stoi moja matka, która właśnie próbuje być matką, a nie nosić tylko taki tytuł. W sumie całkiem dobrze poczułem się z takim odczuciem. To było nawet przyjemne.

***

                – Zacznijmy od początku? – ni to zapytał, ni stwierdził lekarz, zdejmując swoje okulary i odkładając je na notesik, w którym na początku sesji zakreślił moje imię oraz nazwisko.
                – Nie – odparłem szczerze.
                Mężczyzna spojrzał na mnie zaskoczony.
                – Nie? – powtórzył.
                – Po co mam cofać się do tyłu i żyć wspomnieniami? Czy nie jest pan po to, abym zaczął żyć do przodu? – zadałem proste pytania.
                Lekarz skinął głową, przyjmując mój tok rozumowania.
                – To jak wyobrażasz sobie swoją przyszłość?
                Uśmiechnąłem się lekko i zacząłem opowiadać o tym, co mogłoby się wydarzyć.
                Byłem świadomy, że czeka na mnie jeszcze milion trudnych rozmów, godziny płaczu i dalsze uczucie bezsilności. Ale rozumiałem, że muszę coś z tym zrobić i walczyć o siebie. Czy się boję? – to było jedno z pytań psychiatry i równie szczerze odparłem, że tak. Byłem przerażony na myśl o tym, że muszę wytłumaczyć sobie wszystko z Nikodemem, Natanem, Lily, a nawet wypadałoby porozmawiać z państwem Hopkins. Musiałem nadrobić zaległości w szkole, aby dążyć do wymarzonej kariery, którą sobie obrałem i którą próbował mi odebrać nieżyjący już ojciec.
                Ma być dobrze – powtarzałem sobie, gdy tylko nachodziły mnie kolejne wątpliwości, szczególnie wtedy, gdy dotykałem bandaży na rękach. Wtedy najczęściej mój mózg bez mojej woli podsycał się myślami, że może lepiej ze sobą skończyć, bo życie jest za trudne, a ja za słaby, ale te trzy słowa mówiłem na głos jak mantrę, starając sam sobie uwierzyć.
                Powoli, małymi krokami zaczynałem wracać do pełni sił. Grupa lekarzy, która poświęcała mi swój czas okazała się całkiem pomocna, a także odwiedziny pani Evans oraz matki napawały mnie uczuciem, że to się dzieje naprawdę, że teraz ma być dobrze.
                Im bliżej byłem do wyjścia ze szpitala, tym bardziej przerażało mnie to, co zobaczę na zewnątrz. Bo przecież ten cholerny świat nie zmienił się z powodu mojej próby samobójczej. Byłem świadomy, że śnieg dalej będzie zalegał na ulicach, a szarzy ludzie będą przemierzać ulice, chcąc jak najszybciej uciec z mrozu. Na zewnątrz wszystko będzie takie samo, a szczegół tkwił w tym, co ja miałem wewnątrz – ogromną nadzieję, na lepsze życie i na brak takich problemów, jakich dotychczas byłem uraczony.
                Matka przekazała mi informację, że mój (były?) chłopak chce ze mną się spotkać i tak samo grupa przyjaciół. Jednak ja nie chciałem widzieć ich w murach szpitala, bo to było dla mnie zbyt żenujące. Mieliby mnie odwiedzić w miejscu, w którym wylądowałem, bo sami się przyczynili? Oprócz podstawowej, ważnej rozmowy miałem im opowiadać o moich lekach, depresji, lękach i lekarzach? Ten świat należał tylko dla mnie i nie miałem po co dzielić się z nimi tymi odczuciami. Nie miałem zamiaru dać się zranić, nie chciałem tych ludzi widzieć na oczy i słyszeć ich jąkania, kiedy wyjaśnialiby te wszystkie tajemnice.
                A przede wszystkim nie chciałem, aby przypadkiem któreś z nich powiedziało mi, że mnie kocha. To byłoby dla mnie już szczególnie poniżające, że ktoś, kto dobił mnie psychicznie, darzyłby mnie najpiękniejszym uczuciem jakie istnieje na świecie. I nie chciałem zmierzyć się z tym, że ja nie potrafiłbym im na to wyznanie odpowiedzieć, bo na tę chwilę dopiero uczyłem się na nowo pozytywnych uczuć. Tak jak dzieci poznają smaki, ja starałem się uwierzyć w miłość, przyjaźń, szczerość i wszystko to, czego mi zabrakło wcześniej. A oni byli złymi wspomnieniami, z którymi zmierzyć się miałem po wyjściu ze szpitala.
                Ale w tamtej chwili musiałem odpoczywać, dużo rozmawiać z obcymi ludźmi jak i z matką oraz Lucy. To było moim priorytetem, więc nie zawracałem sobie głowy tym, że gdzieś tam jest chociażby Nikodem, w którym, jeśli zechcę, to będę musiał zakochać się na nowo i poznać go ponownie, bez tajemnic, które istniały wcześniej.
                Głęboki wdech, spojrzenie w lustro, prosto w swoje oczy, które otaczała kurtyna ciemnych rzęs.
                – Ma być dobrze – powiedziałem i uśmiechnąłem się lekko. Coraz lepiej mi szło.


***

Jak widać - żyję.
Miło mi, że są osoby, które czekają na kolejne rozdziały :) 
Pozdrawiam i do następnego, 
Malina

Obserwatorzy