środa, 4 lutego 2015

Rozdział III

                Wróciłem do domu Lily około godziny siedemnastej. Ta oczywiście sprawiła mi kazanie za to, że nie zadzwoniłem. Z poczuciem winy przeprosiłem ją i udałem się do "swojego" pokoju, rozpakować rzeczy. Byłem więcej niż pewny, że przynajmniej przez cały sierpień będę mieszkać tutaj. Nie widziałem siebie w domu, pod jednym dachem z człowiekiem, który mnie nie akceptuje i z matką, która nigdy mu się nie sprzeciwi. Przygnębiało mnie to, a na dodatek ten okropny chłopak z lasu zabrał mi moją żyletkę.
- Teo, chcesz pogadać? - zapytała, gdy już mniej więcej ogarnąłem pomieszczenie i swoje ciuchy.
- Chyba tak - mruknąłem i opowiedziałem jej całą historię, pięknie wymijając fragment z Nikodemem i małym, metalowym przedmiotem. Czułem się źle zatajając całą prawdę, ale wiem, że skończyłbym marnie, przyznając się do moich myśli samobójczych. Gdy skończyłem, Lily nadal patrzyła na mnie zszokowana:
- Twój ojciec jest psychiczny - stwierdziła.
- Wiem to - westchnąłem. I w tym momencie, jak nigdy, naszła mnie ochota, by być w domu, siedzieć wraz z rodzicami przed telewizorem i być znowu rodziną. Ale nie odwrócę tego, do czego się przyznałem.  
- Przynajmniej idziesz do tej samej szkoły co Nat. - Uśmiechnęła się do mnie.
- Pocieszające - pomyślałem, ale nie wypowiedziałem tych słów na głos, aby nie urazić mojej przyjaciółki.
- Ale na inny profil. Nigdy nie zrozumiem was, humanistów. - Przewróciłem oczami, a potem zaśmialiśmy się. Jakoś było mi lżej i czułem się lepiej po wszystkim, mimo, że to wszystko zaczęło się od piekła.

***

                Dni w towarzystwie Natana i Lily mijały mi za szybko. Gdyby nie patrzeć na wydarzenia przed zamieszkaniem u mojej przyjaciółki, mógłbym rzec, że te wakacje, a dokładniej fragment ich, upłynął mi wyjątkowo dobrze. Lils nie pozwoliła mi się nudzić i nawet wtedy, gdy nie chciałem wyjść z domu do kina lub pójść nad sztuczne jezioro, które jest w okolicy, znajdowała nam jakieś zajęcie. Graliśmy w przeróżne gry i planszowe, i komputerowe, nawet ułożyliśmy jedne z trudniejszych puzzli jej taty, którego hobby jest łączenie tych elementów. Moim zdaniem jest to nudne, oczywiście nie wtedy, gdy obok mnie siedzi ta dwójka. I w ten oto sposób dożyłem piątego sierpnia.
                Obudziłem się tego dnia z przekonaniem, że nie będzie dobrze. Już nie oszukiwałem siebie tą złudną nadzieją. Nie jest i nie będzie. Idę do jednej z gorszych szkół. Nawet Lily wybrała naukę kilkanaście kilometrów od domu, aby nie iść do pobliskiego liceum. Jednak ja muszę. Pewnie moje papiery już tam są, a jakaś baba wpisuje moje nazwisko do przeróżnych dokumentów. Sama myśl o tym, że pójdę tam i spotkam większość ludzi z gimnazjum napawała mnie smutkiem. Liczyłem na nowe towarzystwo i na to, że będę mógł od nowa zaaklimatyzować się w nowym miejscu. No cóż, przeliczyłem się.
- Halo? Żyjesz? Jedz te kanapki, patyku. – Z moich rozmyślań wyrwał mnie głos Lily i podsunięty pod nos talerz. Muszę przyznać, że nawet tak prosta rzecz jak najzwyklejsze kanapki, z rąk Lily wychodziły lepsze niż jakiekolwiek inne jadane przeze mnie w moim krótkim życiu. Łapczywie złapałem jedną i po kęsie stwierdziłem, że trafiła mi się ta z dżemem truskawkowym. Zjadłem ją dość szybko i wypiłem herbatę, bo musiałem się spieszyć, jeśli chciałem zdążyć na piętnastą. W końcu ten gabinet pani Evans mieści się na drugim końcu miasta, a ja postanowiłem dotrzeć tam pieszo. Samotne spacery to moje jedne z ulubionych zajęć, a ponieważ często oddaje się wtedy zamyśleniu to mogę zatracić się w czasie. W końcu cztery godziny to dość mało, jeśli zacznę analizować wszystko i gdybać o spotkaniu z panią Lucy. Jakoś nie miałem dobrych przeczuć co do niej, bo w końcu to mój ojciec załatwił mi tą całą sesję z nią. Byłem święcie przekonany, że kobieta spróbuje mnie nawracać „na właściwą drogę”. Po wymianie paru zdań z Lils, ubrałem buty i ze słuchawkami na uszach oraz telefonem w kieszeni, ruszyłem spacerem na spotkanie z panią doktor Lucy Evans.
                Ku mojemu zdziwieniu nie trafiłem do żadnej ponurej przychodni tylko do małego domku jednorodzinnego. Zadzwoniłem domofonem i po chwili usłyszałem dźwięk oznajmiający, że mogę popchnąć drzwi i wejść. Znalazłem się w holu, którego ściany miały ciepły, brzoskwiniowy kolor. Wiszący tam zegar wskazywał, że za dziesięć minut będzie godzina piętnasta. Pod dłuższą ścianą stała jasna kanapa, a obok szklany stoliczek pod którym znajdowały się czasopisma. Na krótszej ścianie była dość spora półka, na której stały schludnie ułożone książki. Od razu podszedłem do nich i dotykając grzbietów, czytałem tytuły. W zasięgu wzroku miałem poradniki psychologiczne i książki naukowe, a potem coraz niżej różnorodną literaturę przygodową, fantasty, historyczną i na końcu, książki młodzieżowe. Większość lektur z dolnej półki tytułami brzmiały jak romansidła, ale w końcu moje oczy wyłapały cała serię Rowling o Harry’m Potterze. Przejechałem jeszcze raz wzrokiem po książkach, które chyba miały coś wspólnego z II wojną światową i moją uwagę przykuła dość gruba, oprawiona w beżową okładkę książka o tytule „Złodziejka książek” Markusa Zusaka. Nie miałem szczęścia wziąć jej do ręki, bo usłyszałem kroki i u końca korytarza pojawiła się jakaś kobieta. Wyglądała na trochę ponad trzydzieści lat. Brązowe włosy upięła w koka, a na nosie miała okulary. Ubrana była w ołówkową, czarną spódniczkę i różową koszulę. Wyglądała całkiem, całkiem i moja mina zrzedła. Pewnie dlatego ojciec ją wybrał.
- Teodor Nelson? – zapytała, a ja potakująco skinąłem głową. – Chodź za mną. – Uśmiechnęła się, odwróciła i ruszyła przed siebie.
                Dotarliśmy do gabinetu, na którego środku stało biurko, a po jego obu stronach krzesła. Usiadłem, a kobieta zajęła miejsce naprzeciwko mnie.
- Jestem Lucy Evans.
- I to pani ma zamiar mnie leczyć z czegoś, czego nie da się wyleczyć – wymsknęło mi się, zanim ugryzłem się w język. Przewróciłem oczami i złożyłem dłonie na piersi.
- Jakbyś był chory to może mogłabym cię leczyć, Teodorze. Jednak dobrze wiemy, że nie jesteś – powiedziała i ściągnęła okulary. Bez nich wyglądała mniej sztywno i profesjonalnie. 
- To dlaczego zgodziła się pani na tą szopkę mojego ojca? – zapytałem. Naprawdę mnie to ciekawiło.
- Twój tata był dość… raptowny w swoim zachowaniu. Przeraził mnie sposób w jaki o tobie mówił. A ja mam pewne doświadczenie w takich sprawach. Raz odmówiłam w takim przypadku i nie wynikło z tego nic dobrego. Wiem, że to trudne, ale musisz mi zaufać. – Uśmiechnęła się do nie pokrzepiająco.
- To tak jakby… jest pani moim sojusznikiem? – Zmarszczyłem brwi, oczekując odpowiedzi.
- Dokładnie – powiedziała i klasnęła w dłonie. – Możesz mi nawet mówić na „ty” jeśli będzie ci tak łatwiej się do mnie zwracać.
-Okey.
- Znam wersję twojego taty i jego nastawienie. Może teraz ty mi opowiesz o sobie i o całym problemie? – Ponownie kiwnąłem głową na znak zgody. – Zamieniam się w słuch – powiedziała, a ja zacząłem opowiadać. O tym jak to w sobie tłumiłem, o wyznaniu, reakcji rodziców, moich uczuciach i emocjach. Pojawiły się też niechciane łzy, które szybko odgoniłem wrzeszcząc w umyśle:
- Spadajcie! To nie czas na płacz!
               Muszę przyznać, że czasami człowiek musi się wygadać. I nie przeszkadzało mi nawet to, że zaufanie nabyte do Lucy jest nowe i jeszcze nie zbadane. Po prostu wyjawiłem jej większość rzeczy tak, jakbym był otwartym człowiekiem i rozmawiał o pogodzie. Byłem z siebie dumny, że nie zamknąłem się w sobie i nie milczałem. Jak na mnie to całkiem spory krok. Jeden z wielu, które będę musiał postawić w najbliższym czasie.


12 komentarzy:

  1. Cudne opowiadanie.
    Cudny rozdział.
    I dlaczego tu nie ma komentarzy?!
    To co tutaj piszesz jest takie prawdziwe, że prawie płakałam, ale jak na razie się trzymam ♥
    Mam nadzieję, że doprowadzisz tę historię do końca :)

    Pozdrawiam
    Ru By ♦
    ferro-igni-dramione.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo! ;3 Cieszę się, że są ludzie, którzy jednak to czytają. c;
      Oczywiście, nie wyobrażam sobie zostawić historię Teo niedokończoną. :)

      Usuń
  2. Fajny, lekki rozdział, tylko jak na mnie za mało akcji.
    Liczę na to, że w następnym się coś zadzieje ;)
    I ŻE BĘDZIE DŁUŻSZY :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na swoją obronę powiem tylko tyle, że to jest dopiero trzeci rozdział i staram się najpierw wszystko ukazać i rozpocząć dość spokojnie. Myślę, że nie jest dobrym pomysłem wrzucenie wszystkiego do jednego worka, bo wtedy zrobię za duży mętlik. A pochwalę się, że każdy rozdział jest coraz to dłuższy. :P
      Dziękuję bardzo za komentarz. ;)

      Usuń
  3. Już się martwiłam, że ta baba naprawdę będzie chciała go "wyleczyć" *uf*
    Świetne! Nienawidzę takich ludzi jak jego ojciec -_-
    Niestety z takim muszę mieszkać...
    Nie mogę doczekać się dalszych rozdziałów!
    Bardzo podoba mi się twój styl i tak się zastanawiam...
    Ten gif na końcu taki przypadkowy czy jednak coś wyrażał?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem taki mały sekrecik, że Teo może i ma orientację w terenie, ale przeczucie i gej-radar u niego nie działa. :P
      Bardzo dobrze rozumiem o co Ci chodzi. Ja też ich nie lubię, ale niestety wśród takich ludzi muszę żyć. :/
      Co do gifu... Może to i głupie, ale przyznam, że szukanie tych ruchomych obrazków zajmuje mi więcej niż pisanie rozdziału! A ten możemy interpretować według uznania. Miałam go wstawić kiedy indziej, ale sądzę, że spadająca postać może równie dobrze symbolizować psychikę głównego bohatera i jego wpadanie w tą dziurę, która tworzy się przez wyznanie prawdy o byciu gejem. Takie moje rozmyślania. :P

      Usuń
  4. Znalazłam tego bloga przez przypadek podczas jazdy do szkoły. Genialny pomysł na tego typu opowiadanie. Zastanowił mnie Nikodem. Od razu mnie zainteresował swoją tajemniczością. Nie zawsze będę komentowała za co od razu przepraszam. Ale wiedz, że to czytam.
    ~ Benefactor.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo! :)
      Co do Nikodema, taaak, za nim kryje się pewna sprawa, ale wyjdzie to dopiero w punkcie kulminacyjnym opowiadania. :D
      Cieszę się, że mam nową czytelniczkę - to bardzo miłe. I nawet jak nie będziesz komentowała to mam świadomość, że jesteś i to podnosi na duchu. ;) Jeszcze raz dziękuję!

      Usuń
  5. Hej,
    czyli pani psycholog jest jednak po stronie Theo, bardzo się z tego cieszę, ech gdyby nie powiedział o sobie rodzicom teraz to uczułby się w tym lepszym liceum...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  6. Hej,
    cieszę się bardzo, że nasza pani psycholog jest jednak po stronie Theodora... z jednej strony mi szkoda, bo fdyby nic nie mówił o tym rodzicom uczył by się w tym lepszym liceum, ale z drugiej...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń
  7. Hej,
    rozdizał fantastyczny, trochę mi szkoda, bo gdyby nic nie mówił to by się uczył w tym liceum, którym chciał... cieszę się z faktu, że pani psycholog jest po stronie Theodora...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Iza

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy