poniedziałek, 16 marca 2015

Rozdział VII

                - Gdzieś ty był? – Usłyszałem od progu wołanie Lily.
                Zagryzłem wargę i myślałem usilnie nad tym, co robić, aby nikt z domowników nie zobaczył mnie w takim stanie. Nic nie wymyśliłem, a na domiar złego, Laura wyszła mi na powitanie.
- O mój Boże, Teo! – krzyknęła. – Co ci się stało?
                Nie odpowiedziałem. Zdjąłem buty i ruszyłem z miną pokutnika do salonu, gdzie na wielkiej kanapie przed telewizorem siedziała Irma, Lily, Adam i Natan. Wszyscy byli równie zszokowani co Laura. No cóż, gdy ja otrzymałem ten cios też byłem zdziwiony.
- O kurwa! – krzyknął Nat. – Zabiję Cartera! – wrzasnął.
- Co? – odpowiedzieliśmy równocześnie, ja i Lils. Natan spojrzał na nas zdezorientowany.
- Nie Carter ci to nabił? – zapytał, a ja odpowiedziałem przeczącym ruchem głowy. – To kto?
                Pięć par oczu spoczęło na mnie jak na obiekcie muzealnym. Czułem się tak, jakbym siedział na sali przesłuchań na komisariacie, a przede mną policjanci, którzy oczekują ode mnie zeznań. Zeznań, które pogrążą kogoś tak mi bliskiego. Bo, w końcu to zrobił mój…
- Ojciec – szepnąłem.
                I w tych pięciu par oczu dostrzegłem taką samą reakcje. Szok. Bo który ojciec bije swoje dziecko?
                Zawsze znajdą się wyjątki od reguły.

***

                Rozpoczęli debatę na mój temat, a najbardziej irytującym faktem było to, że mój głos się nie liczył. Powtarzałem jak mantrę, że idę do szkoły i koniec kropka. Jednak oni musieli przez pół godziny rozważać nad tym czy powinienem z obitą mordą pojawiać się na lekcjach, bo przecież „to zrobi złe pierwsze wrażenie”. Na to stwierdzenie Laury po prostu wywróciłem oczami i udałem się do łazienki. Po prostu jestem uparty jak osioł i nawet jakby mnie zamknęli w wieży niczym Roszpunkę to i tak bym uciekł.
                I tym oto sposobem byłem w szkole.
                Pierwszą wtorkową lekcją była chemia z moją wychowawczynią. Wpuściła nas do klasy, a ja zorientowałem się, że nie mam z kim usiąść. Sara i Gloria trzymały się dziewcząt i zajęły wspólnie ławkę, a Nina jak królowa zasiadła na samym końcu z zupełnie mi obcą koleżanką.
                Usiadłem więc sam, modląc się w duchu, aby nikt się nie przysiadł. Ze zdziwieniem przyjąłem, że moja klasa musi mieć nieparzystą liczbę osób, bo tylko koło mnie zostało jedyne wolne miejsce, a nikt więcej się nie pojawił.
                Wychowawczyni rozpoczęła swoje śledztwo, najpierw wypytując nas o nazwiska, oceny z chemii na koniec gimnazjum i inne bzdety z życia, a skończyła na prostych przykładach, aby sprawdzić naszą wiedzę. Przy tablicy była właśnie Księżniczka, która bez problemu odpowiadała na pytania pani profesor. I wtedy właśnie drzwi otworzyły się z impetem, a wparował przez nie jakiś chłopak.
- No cóż, nie można mieć w życiu wszystkiego – pomyślałem, bo byłem więcej niż pewny, że usiądzie obok mnie.
- Przepraszam za spóźnienie – wysapał. Najwidoczniej biegł całą drogę. – Autobus mi uciekł.
- Niech to będzie pierwszy i ostatni raz – zagrzmiał głos pani Moran. – Nie toleruję spóźnialstwa, panie… ?
- Edwin Felton.
- … panie Felton – dokończyła. – Zajmij miejsce.
                Edwin Felton skierował się w moją stronę, a ja zabrałem plecak, aby mu nie przeszkodzić. Usiadł koło mnie, a ja ukradkiem spojrzałem na profil jego twarzy, gdy sięgał do swojej torby po książki.
                Chłopak miał włosy koloru mlecznej czekolady. Długie kosmyki spadały mu do oczu za każdym razem, gdy się nachylił i wręcz błagały o wizytę u fryzjera. Uśmiechnąłem się pod nosem, bo Edwin kolejny raz odgarnął je z czoła i widać było po nim, że go to irytuje.
- Masz może na zbyciu jakąś kartkę? – zapytał, podnosząc wzrok znad swojego plecaka na mnie.
- Tak, chyba mam – odpowiedziałem i teraz ja zacząłem grzebać w torbie. Czułem, że brązowe ślepia Feltona wgapiają się w moje ręce, gdy przeszukiwałem plecak. – Masz. – Podałem mu kartkę z mojego specjalnie przygotowanego zeszytu na właśnie takie okazje.
- Dzięki – mruknął, a ja dopiero teraz zauważyłem srebrny błysk aparatu ortodontycznego na jego zębach. – Edwin. – Podał mi rękę.
- Teodor. – Chwyciłem jego dłoń i potrząsnąłem nią.
                Edwin najwyraźniej nie był rannym ptaszkiem, bo na chemii przysypiał, lecz potem, gdy wrócił z zza światów i rozbudził się dawką kofeiny z automatu, okazał się okropną gadułą. Usiadł ze mną na każdej lekcji, a już na drugiej, czyli na historii, nauczyciel zwrócił nam uwagę, że gadamy.
                Nikt, nawet Felton nie poruszył tematu siniaka, co mnie niezmiernie zdziwiło. W końcu zajmował dość sporą część mojego policzka, jednak doszedłem do wniosku, że po prostu nie chcieli być nachalni wobec mnie i wypytywania o takie rzeczy. Niestety, dobra passa nie trwa długo.
                Na dwudziestominutowej przerwie udałem się do biblioteki. W tym czasie na korytarzach tej malutkiej szkoły był wielki tłok niczym na targu, więc postanowiłem sobie oszczędzić podeptanych butów i zdecydowałem zwiedzić najwyższy poziom tego budynku przypominającego z zewnątrz więzienie.
                Dostałem lekkiej zadyszki po wspięciu się na poddasze, bo właśnie tam znajdowała się biblioteka. Gdy tylko wszedłem do środka, wiedziałem, że to będzie moje ulubione miejsce. Pomieszczenie było pełne regałów z różnorakimi książkami, a to dla mnie przecież istne królestwo. Raj dla ciała i duszy.
                Westchnąłem przechodząc obok stolików z komputerami i zagłębiłem się w jeden z regałów, na którego końcu było okno z widokiem na cmentarz.
- Kogo ja tutaj widzę. – Prawie zawału dostałem, gdy w tej ciszy rozległ się tak dobrze znany mi głos. Nikodem.
- Czy ty chcesz mnie zabić? – zapytałem i odwróciłem się w jego stronę. Zauważyłem, że wywraca oczami, które nagle utkwił w mojej twarzy. No tak. Przechlapane.
- Kto ci to zrobił? – Usłyszałem drugi raz w ciągu dwudziestu czterech godzin to pytanie.
                Nikodem wyciągnął dłoń w stronę mojego policzka. Mój oddech zamarł w płucach i nie byłem zdolny, aby oddychać. Nie wiedziałem czemu tak drobny gest jak położenie pięciu palców na kawałku mojej skóry i muskanie jej nimi było dla mnie takie intensywne. Miałem wrażenie, że skrawek twarzy zaczyna się palić, gdy złotowłosy kciukiem przejechał po mojej żuchwie. Paliło mnie to. Ten dotyk był zbyt intymny jak na dwóch kolegów. Przynajmniej w tamtej chwili ja jako gej tak to widziałem. To muśnięcie było wręcz jak czuły gest wobec drugiej połówki.
- Nie ważne – mruknąłem skrępowany moimi odczuciami, które ukazały się pod postacią ciemnych rumieńców.
- Czyżby? – Podniósł brew do góry, a ja wpatrzyłem się w jego bursztynowe oczy, które wyglądały w tym świetle jak szczere złoto.
- Nie interesuj się. To nic takiego – burknąłem dość nieuprzejmie, próbując zakryć wstyd, skrępowanie i te dziwne uczucia, które mnie naszły. – A co ty tu w ogóle robisz?
- Szukam… - rozejrzał się po otaczających nas książkach – tego – dokończył i nachylił się nade mną, aby sięgnąć po jakiś gruby tom.
                Nie wiem co to za książka, nawet nie zauważyłem jej grubości ani okładki. Stałem jak wryty w ziemię, która nagle otworzyła się pod moimi stopami, bo Nikodem Carter sięgnął mi przez ramię do regału i chwycił stamtąd szukaną lekturę. A moje zmysły w tym momencie oszalały i nie miałem pojęcia dlaczego akurat ten chłopak tak na mnie działa.
- Przecież Nikodema poznałem przez istny przypadek, a to, że byłem z nim na kawie nic nie oznacza – tłumaczyłem sobie. - Nawet jakby jakimś cudem okazałby się gejem to nigdy nie zainteresowałby się mną.
                I w tym momencie zacząłem żałować mojej decyzji o pozostaniu cichą myszką w szkolnych murach, która funkcjonuje niczym robot. Jeśli chciałem być nijaki to w punkt rozrywki nie wchodziło umawianie się z tak przystojnym i sympatycznym chłopakiem, który jest popularny, a jego zdjęcia ostatnio pojawiły się w nowej kampanii sieciówki.
                A mimo to moje zmysły szalały. Najpierw jego większe od moich dłonie dotknęły mojej twarzy. Później uderzył w moje nozdrza zapach jego perfum. A na sam koniec Nikodem nachylił się nade mną tak, że nasze klatki piersiowe były ze sobą wręcz sklejone jakimś niewidzialnym klejem. To był tylko mały ułamek sekundy, ale mnie i tak przeszły dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Ta reakcja była dla mnie dziwna. Nieznana. A jakże przyjemna.
- Chyba czas udać się na lekcje – mruknął, owiewając ciepłym oddechem moje ucho. Natychmiast się ocknąłem i dopiero teraz do moich uszu doszedł dźwięk dzwonka oznajmiającego koniec przerwy. Dałbym sobie rękę uciąć, że coś zablokowało mi zmysł słuchu, bo wcześniej jakoś nie zwróciłem uwagi na to, że owy dzwonek rozbrzmiewa.
- Taa, Carter ci cały mózg zablokował – parsknął cichy głosik w mojej głowie.
                I niech go licho weźmie, ale ten głosik miał rację. Przez resztę durnych lekcji myślałem o złotowłosym chłopaku, którego spojrzenie hipnotyzowało, a zapach otumanił mnie w bibliotece.

***

                Moje życie toczyło się najnormalniej w świecie. Sam się dziwiłem jak perfekcyjnie wychodzi mi udawanie, że jest dobrze. Mówiłem sobie, że ludzie mają gorsze problemy. Starałem się wstawać rano z uśmiechem na ustach, dziękując za kolejny dzień z przyjaciółmi. A jednak moje myśli były skierowane na inny tor. Mój umysł bez mojej woli zaczął się ze mną kłócić, że wcale nie jest dobrze. Mówił mi, że to nie jest normalne, że ojciec uderzył swojego syna. Natrętny głosik w mojej głowie, z którym toczyłem istny bój, aby się zamknął, – była to tak zwana walka z wiatrakami – szeptał mi, że tata mnie nie kocha.
                No, ale przecież ja to doskonale wiedziałem. On nigdy nie był tym czułym ojcem, który odbiera swoje dziecko ze szkoły, gdy matka musi zostać dłużej w pracy. Już w wieku dziewięciu lat wracałem sam do domu i musiałem się zawsze sam obsłużyć z czynnościami domowymi pod nieobecność rodziców. Ojciec był mi potrzebny tylko do pieniędzy, bo na nic innego z jego strony liczyć nie mogłem.
                Natomiast matka rozczarowała mnie totalnie. Nie wiem, gdzie się podziała ta normalna Anna, która może nie była matką na szóstkę, ale przynajmniej jakąś matką była. A teraz stała się taka obojętna na mnie. Zapewniała mnie, że pamięta o tym kim dla niej jestem… A może jednak moja orientacja zmieniła jej nastawienie? Może ojciec za dużo jej naopowiadał jako to pedały są fu, więc teraz chce mieć głęboko w poważaniu?
                Nie potrafię się tym nie przejmować. To moi rodzice. Najbliżsi ludzie z rodziny jakich posiadam. Kocham ich i nie są to puste słowa. Przecież moje dzieciństwo miało także te kolorowe przebłyski. Miałem wszystkiego pod dostatkiem i nigdy niczego mi nie brakowało. Byłem dość szczęśliwym dzieckiem, do czasu, gdy nie zrozumiałem, że rodzice chcą mnie wychować i po prostu wyrzucić z gniada, ale to już inna sprawa. Oni się starali. Mimo wszystko była w tym jakaś namiastka tego prawdziwego ciepła domowego. Czasami, raz na rok, ojciec mnie przytulił, a matka dała buziaka w policzek. Co prawda nigdy nie zaznałem wstydu, który towarzyszy większości dojrzewających osób, gdzie kochana mamusia odwala coś przy znajomych, ale…
                Byłem trochę zagmatwany w swoim życiu. Taki zagubiony.
                A może najwyższy czas to skończyć? Może zrobić sobie małe nacięcia na nadgarstkach? Albo trochę głębsze? Podciąć sobie żyły? Stchórzyć przed życiem, bo śmierć będzie łatwiejsza? Uciec przed tym wszystkim za nim będzie jeszcze gorzej?
               
***

                Po dwóch miesiącach obijania się znów na listę najważniejszych rzeczy na podium stanęła nauka. Zawsze dobrze się uczyłem i byłem w klasie typem trochę odmiennego kujona, bo ciągle wiedziałem, ale także moją wiedzą się dzieliłem. No i przede wszystkim nie wymądrzałem się.
                Moje miękkie serce do dzielenia się zadaniami domowymi bardzo szybko poznali moi nowi koledzy i koleżanki z klasy, a największą harpią na to wszystko okazała się Sara, której Gloria definitywnie zabroniła się zbliżać do swoich zeszytów i wręcz kazała Księżniczce uczyć się, co ta przyjęła ze zbolałą miną. I takim oto sposobem stałem się ponownie klasowym prymusem.
                Wyglądało to dość prosto – nauczyciel pyta, ja odpowiadam. Jest sprawdzian to piszę to co wiem. Jednak najpierw trzeba było wiedzieć. A liceum to nie przelewki, szczególnie, że podwoiłem sobie trudność materiału, tak, aby być na poziomie szkoły, do której miałem iść wcześniej, a z której moi kochani rodzice mnie wypisali. Poziom biologii i chemii w tym liceum do którego uczęszczałem aktualnie leżał i prosił o pomoc, więc tym bardziej przykładałem się do tematów i kułem za dwóch.
                Zajęty nauką nawet nie zauważyłem, że minęły dwa tygodnie.
                Sobota to zawsze ten dzień, gdy leżę i nic nie robię. Jako przykładny uczeń większość zadań odrobiłem już dzień wcześniej, więc teraz miałem święte prawo do zbijania bąków na kanapie przed telewizorem. Puściłem pierwszy lepszy kanał, gdzie leciał właśnie odcinek głupiego serialu. Niezbyt skupiłem się na nim, bardziej odpłynąłem w krainę snów.
                Więc wyobraźcie sobie jak na wpół przytomny podskoczyłem na kanapie, gdy nagle rozbrzmiał krótki, głośny dzwonek do drzwi.
- Dzień dobry! – wydarł się Natan od progu.
- Hej – odpowiedziałem.
                Podniosłem się na kanapie i przygładziłem bocianie gniazdo, które pojawiło się na moich włosach, gdy leżałem. Davies wlazł do salonu i rozejrzał się.
- A gdzie Lily? – zapytał marszcząc brwi.
- Mówiła o jakimś wypadzie z koleżankami. Wujek i ciocia w pracy, a Laura także wymsknęła się z domu.
- Hm – mruknął i zamyślił się na chwilę. – To cię porywam.
- Mnie porywasz? – zapytałem, kładąc nacisk na pierwsze słowo.
- Mhm – znowu mruknął. – Moja dziewczyna najwyraźniej zapomniała, że obiecała mi pomóc wybrać parę drobiazgów.
- Ciuchy? – dopytałem.
- Ciuchy. – Kiwnął głową potakująco.
- To ja nigdzie nie zostaję porwany! – zaalarmowałem. Ani mi się śniło łazić z nim i wybierać rzeczy. Mimo, że to był facet, a faceci w końcu nie podchodzą do zakupów jak kobiety, ale sama myśl o galerii handlowej…
- Porywacz nie pyta ofiary czy chce być porwana. – Pokiwał litościwie głową i spojrzał na mnie z wyczekiwaniem. Westchnąłem.
- Daj mi pięć minut – powiedziałem i wyszedłem z salonu.

***

                I tym oto sposobem znalazłem się w średniej wielkości galerii handlowej umiejscowionej w centrum miasta. Teoretycznie Nat ciągle gadał, ale nadal nie wiedziałem co on chce kupić. Liczyłem, że to naprawdę będą drobiazgi.
- To który sklep pierwszy? – zapytałem, a Davies rozejrzał się po sklepach umieszczonych po naszych dwóch stronach.
- Zaczniemy od tego. – Wskazał paluchem pierwszy od brzegu sklep i wyszczerzył się w moją stronę. Ten uśmiech nie zwiastował krótkich zakupów.
                Weszliśmy do sklepu numer cztery, gdzie na plakacie ubrania prezentował Fabian. Nigdy wcześniej nie zwróciłem uwagi na fakt, że Wielka Czwórka naprawdę była popularna.
                Nat przejechał po wystroju pomieszczenie i zatrzymał wzrok na dwóch rzeczach: plakacie i bluzce. Wręcz widziałem walkę, która toczyła się w jego umyśle – wejść czy nie wejść?
- Dobra, chodź – powiedział.
                Poczłapałem za nim do sklepu, a ten przy okazji złapał parę bluz i koszulek. Podziękowałem Bogu, że w końcu zdecydował się kupić sobie coś na górę, bo wcześniej przymierzał tylko spodnie. Najwidoczniej ten punkt odhaczył kupując wcześniej jeansy.
                Czekałem cierpliwie, aż wyjdzie zza kurtyny przymierzalni. I moja cierpliwość się kończyła, gdy w końcu wyparował z niej w dość obcisłej, szarej koszulce z oryginalnym, skomplikowanym nadrukiem.
- Co o niej myślisz? – zapytał, ale jego oczy zdradzały, że jest z niej jak najbardziej zadowolony i nawet największa krytyka nie wpłynie na decyzję o jej kupnie. Może nie była w moim stylu, ale do Daviesa pasowała idealnie.
- Jest fajna.
                Natan pokiwał głową na znak zgody i przeglądał się dalej w lustrze pomiędzy przerwami kabin przebieralni.
- No idź już się przebierz – ponagliłem go, a on z premedytacją ściągnął przede mną swój przyszły zakup, odsłaniając tym samym swoją rozbudowaną klatkę piersiową.  
- Już idę – mruknął i wyszczerzył się szeroko, jednak po chwili jego uśmiech zbladł, a ja odwróciłem się, aby zobaczyć, gdzie wpatruje się Natan.
                To dość niespotykane, że akurat tutaj o tej porze musiała przed nami stanąć cała Wielka Czwórka.
- Cześć Teo – przywitał się ze mną Gabriel, ale reszta mnie zupełnie olała, no, może Nikodem posłał w moją stronę dziwne spojrzenie, którego nie mogłem rozszyfrować.
- Niezły wybór, Davies – zacmokał z uznaniem Nikuś, a potem podniósł wieszak z tą samą bluzką. Gdyby nie te lodowate spojrzenia posyłane między sobą, z pewnością parsknąłbym śmiechem. To faceci, a zachowywali się jak rasowe baby!
- Ciekawie paradujesz po przymierzalni – dodał Damian, wskazując na nagą klatkę piersiową mojego przyjaciela. Odchrząknąłem i zabrałem głos:
- Nat, chyba musimy się zbierać. – Liczyłem, że zrozumie o co mi chodzi. Chciałem po prostu zakończyć tę sytuację. Och, Boże, mogłem leżeć na kanapie i oglądać telewizję, a jednak dałem się namówić na te okropne zakupy.
- Och, tak, oczywiście. Muszę kupić jeszcze buty. – Na jego słowa mimowolnie jęknąłem, nie przejmując się, że Lalusie – muszę przyznać, że to określenie pasowało do nich jak ulał – stoją nadal koło nas.
- Serio? Liczyłem, że to koniec zakupów. – Na mojej twarzy pojawił się grymas.
                Spojrzałem w stronę Wielkiej Czwórki. Byli niezwykle skupieni na mnie i Natanie. Przyglądali nam się uważnie, jakby analizując najmniejszy szczegół. Nawet Gab wpatrywał się w nas spod zmrużonych powiek, także, jakby czegoś szukając. Nikodem natomiast na przemian wysyłał zabójcze spojrzenie w stronę Daviesa, a następnie badawczy wzrok przenosił na mnie. Nie rozumiałem nic z zaistniałej sytuacji.
                Nat zaśmiał się na moje słowa i zniknął za kurtyną. Uśmiechnąłem się lekko, bo nagle to napięcie opadło.
- A wy też na zakupy? – zapytałem trochę zdziwiony. Nie, definitywnie, żaden normalny chłopak nie chodzi na zakupy w sobotnie popołudnie. A szczególnie nie czwórka kumpli.
- Nikuś chciał odkuć sobie ostatnio zniszczone pięć bluzek – powiedział Gabriel. – A potem mamy małą imprezkę u niego w domu.
- Moi rodzice wyjechali, a ja coś pochrzaniłem z pralką – wyjaśnił złotowłosy, a ja parsknąłem śmiechem. – Może przyjdziesz? Im więcej, tym lepiej.
                Zastanowiłem się chwilkę i to mi wystarczyło, by stwierdzić, że zgadzanie się na imprezę z nimi nie będzie dobrym pomysłem, bo Nat był w kabinie obok i nie byłem pewny jak zareaguje na wieść, że ja, domator, zgodziłem się bez oporu iść na imprezę, a normalnie nie chciałem wyjść nawet na spacer. Z drugiej strony to Nikodem mnie zaprosił…
- Raczej podziękuję –powiedziałem kwaśno.
- Teo, idź na tę imprezę – usłyszałem głos Natana za sobą, by po chwili stanął obok mnie, w pełni ubrany.
- Ale ja… - zacząłem i spojrzałem na niego z pełną determinacją, żeby nie iść.
- Idź, ty aspołeczna istoto. – Bardzo dobrze się bawił, namawiając mnie na imprezę. A ja i tak w głębi duszy chciałem iść.
- Masz, wpisz mi swój numer telefonu. Podeślę ci adres smsem. – Przed nosem pojawił mi się najnowszy model telefonu komórkowego, który trzymał Nikodem. Nie myśląc, wziąłem, wstukałem cyferki i zapisałem. Oddałem komórkę właścicielowi i sapnąłem, trochę zły, że tak łatwo uległem.
- No to my idziemy – mruknąłem. – Do zobaczenia.
                Wielka Czwórka odpowiedziała mi tą samą formułką pożegnania, a Nikodem wskoczył do kabiny przymierzalni. Ja z Natem zahaczyliśmy jeszcze o kasę, aby zapłacić za bluzkę i jakąś bluzę.
- Buty już sobie odpuszczę – poinformował mnie Nat.
- Dzięki Bogu. Gorzej niż baba – burknąłem.
                W międzyczasie poczułem wibrowanie mojej komórki. Chwyciłem ją i przeczytałem SMS-a z adresem oraz godziną, a na końcu wiadomości znajdowały się słowa, które wywołały u mnie uśmiech: „Nie mogę się doczekać. Nikodem”. 


20 komentarzy:

  1. Nie chce mi się pisać tych przeklętych komentarzy !!!!!!
    Zayebisty rozdział :D
    Pozdrawiam,
    Anastasia ♦
    http://nie-placz-w-hogwarcie.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Super rozdział !!! :D
    Z niecierpliwością czekam na następny.
    Pozdrawiam,
    G. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. To było boskie!
    Wymyślam coraz boleśniejsze sposoby śmierci dla ojca Theo -_-
    Nikodem :3
    Podryw w bibliotece potem imprezka.... Uhu~
    Zakupy xD
    Jestem dziewczyną, a i tak ich nie cierpię :P
    Znam twój ból Theo :')
    Lalusie wkraczają do akcji? Co z tego, że Nath jest hetero? xD
    I tak go paruję z jednym z nich >:)
    Czekam na następny~!
    Kosiam cię ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też go nie lubię i okropnie mi się pisze sceny z udziałem takiego homofoba, ale cóż zrobić? :(
      Jaki podryw? Nikodem to gej? Pierwsze słyszę! :o Ogólnie nie polecam obstawiać orientacji seksualnych moich bohaterów... xd
      Następny rozdział mam już w mojej główce, teraz tylko potrzebuję czasu, aby ułożyć to w Wordzie. :3
      Dziękuję bardzo za komentarz! <3

      Usuń
    2. Oj tam, oj tam.
      Ja zawsze zmieniam orientacje bohaterom blogów :3
      I wybieram im partnerów :3

      Usuń
    3. Hahaha, w każdym razie mam nadzieję, że nie rozczarujesz się tym jak ja wybrałam im orientacje i drugie połówki. :D

      Usuń
    4. Oj tam.
      W najgorszym wypadku czeka cię długa i bolesna śmierć ^^

      Usuń
    5. Nie no, bez przesady... :(

      Usuń
    6. Ja nigdy nie przesadzam ^^
      Dlatego ludzie twierdzą, że powinnam się leczyć i sprawiłam, że dwoje psychologów sami potrzebowali lekarzy :')

      Usuń
    7. Nie zauważyłam Twojej odpowiedzi! Przepraszam. :/
      Ale pamiętaj, że jak mnie zabijesz to nie będzie kto miał dokończyć opowiadania! A też nie mogę zawieść czytelników głównego bloga! :( Więc muszę żyć... Mimo wszystko... Nawet jeśli będę okrutna dla moich postaci... :D

      Usuń
  4. Powinnam Cię opieprzyć za to, że tak długo musiałam czekać, ale nie zrobię tego, bo post jest po prostu wspaniały...
    A szczegółową opinie napisze dopiero kiedy opowiadanie się skończy :)
    Nie miej mi tego za złe- ja zawsze tak robię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, że tak rzadko dodaje rozdziały, ale i moja Wena jest marudna, i mam pełno nauki, a życia prywatnego też zaniedbywać nie mogę. Dodatkowo lubię pisać o północy (pisanie w środku tygodnia odpada) oraz staram się, aby rozdziały były na jakimś poziomie, więc wszystko dodane do siebie uniemożliwia mi szybkie pisanie. :(
      Chętnie poczekam na Twoją opinię... Ważne, abym wiedziała, że jesteś i czytasz. :)

      Usuń
  5. No nie......
    Rozdział niesamowity.
    Z mega wielką niecierpliwością czekam na następny rozdział...
    A Nik musi być (albo coś w ten deseń) z Teo, albo mu pomóc w zaistniałej sytuacji z rodziną...
    Imprezka? Czuję, że coś się święci.
    Te zakupy, genialne...
    Badawczy wzrok Lalusiów? Co się dzieje?
    Mam trochę chaotyczne pisanie komentarzy, za co przepraszam, ale ja rzadko je piszę, ale tutaj nie można odejść bez dania znaku życia.
    Pozdrawiam i życzę weny.
    ~ Benefactor

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za miłe słowa i komentarz! ;)
      Ja tam nie mam zamiaru spoilerować i wypowiadać się na temat kto z kim będzie i jakiej są orientacji. :D
      A święci się, święci. Już za moment dodam ten rozdział. ^^ No i się wyjaśni w pewnej, malutkiej części wzrok Wielkiej Czwórki. ;)
      To tym bardziej cieszę się i czuję się wyróżniona, że mimo wszystko komentujesz! Dziękuję. :) I przyznam się szczerze, że moje komentarze też są chaotyczne, więc spokojnie... :P

      Usuń
  6. Hej,
    rodzice Lili są naprawdę cudownymi ludzmi, och Ddwin polubiłam tego chłopaka, zaczyna coś czuć do Nikodema, tak wybrał się na zakupy, a tu spotakał całą czwórę "lalusiów"...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rodzice Lily to nieco przeciwieństwo rodziców Teo :)
      Dzięki za komentarz!

      Usuń
  7. Hej,
    rodzice Lili są wspaniałymi ludźmi, ocho wybiera się na zakupy, a tutaj spotyka całą czwórkę "lalusîów"...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Aga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, są wspaniali :> Dzięki!

      Usuń

Obserwatorzy