niedziela, 19 lipca 2015

Rozdział XIV

                - Dzień dobry - przywitałem się.
- Dzień dobry. Wchodź, Teo.
                Wszedłem do gabinetu pani Evans i rozejrzałem się po nim. Nic się nie zmienił od mojej poprzedniej wizyty.
- Usiądź - poprosiła. - Co u ciebie słychać? Dużo nauki?
- U mnie normalnie - odpowiedziałem grzecznie, siadając. - A nauki zawsze jest sporo.
- A co z liceum? Przyzwyczaiłeś się? – zadała kolejne pytania, co mogło zdawać się lekko nachalne, lecz wiedziałem, że po prostu stara się jakoś kontynuować naszą rozmowę.
- Nie jest to ta szkoła do której chciałem uczęszczać, ale nie mogę narzekać. Nadrabiam materiał, mam więcej książek i jest dobrze. - Kiwnąłem głową na potwierdzenie swoich słów.
                Zapadła chwilowa cisza podczas której pani psycholog przyglądała mi się uważnie. Wręcz widziałem jak bije się z myślami. Gdyby była moją rówieśniczką to pewnie przewróciłbym oczami i pogonił ją, aby mówiła o co chodzi, ale sytuacja była inna. Ona była panią psycholog, a ja niezbyt chętnie chciałem wiedzieć o co jej chodzi, a wręcz nie chciałem tam przychodzić.
- Teo, a nie myślisz, aby wrócić do domu? – zapytała dość niepewnie, cały czas mi się przyglądając. Skrzywiłem się.
- Niby jak? – prychnąłem, lekko zdenerwowany.
- Nie chcesz spróbować porozmawiać z rodzicami? Może twój tata musi się przyzwyczaić do tej sytuacji? Nie myślałeś o tym?
- Moi rodzice mają mnie w dupie - burknąłem. - Po co mam wracać do nich, skoro mnie nie chcą? Nawet się ze mną nie kontaktują! - podniosłem ton głosu - Dobrze mi jest tu, gdzie jestem akceptowany, a nie z nimi! Teraz mają tylko powód, aby wypiąć się na mnie, bo nigdy nawet mnie nie kochali! - wykrzyczałem w kierunku pani Lucy część moich żali do rodziców. W minimalnym stopniu zrobiło mi się lżej.
- Spokojnie, Teo. Rozumiem, co czujesz, ale nie sądzę, aby twoi rodzice cię nie kochali.
- To co, nie potrafili wyrażać swoich uczuć? – parsknąłem, a ona zadumała się na moment.
-Mogło tak być – odparła.
- Nie wszyscy rodzice kochają swoje dzieci - powiedziałem z całym przekonaniem.
- Owszem, nie wszyscy. Jednak twoi chcą dla ciebie jak najlepiej.
- Dla siebie, proszę pani – wtrąciłem, nie chcąc słuchać dalej jakiś bzdur. - Dla siebie, ponieważ chcą idealnego syna, który potem da im wnuki. I przepraszam, ale będę się już zbierał.
- Dobrze, ale pomyśl czasem o rodzicach. - posłałem jej jednoznaczne spojrzenie - O matce - sprecyzowała. - Może do niej zadzwoń?
- Do widzenia - powiedziałem tylko i wypadłem z jej gabinetu. W holu minąłem kobietę, która pewnie czekała na przyjęcie. Ciekawe jaki ona ma problem? - pomyślałem, ale za chwile skarciłem się w myślach. Co mnie obchodziły problemy obcej osoby, skoro miałem własne.
                Odetchnąłem świeżym, jesiennym powietrzem, które oziębiło mi płuca. Zasępiłem się nad słowami pani Evans. Tak jakbym każdego dnia nie myślał o rodzicach - parsknąłem w myślach, idąc mokrą od deszczu ścieżką.

***

                Z panią Lucy widziałem się w tygodniu, a potem dni zleciały szybko. Zanim się obejrzałem, przyszła sobota. I właśnie ten dzień zapowiadał się leniwie. Byłem zadowolony, że mogę się wylegiwać do woli, zmęczony szkolnymi obowiązkami. Dodatkowo zostałem wciągnięty w seans filmowy z Lily, Laurą i Natanem, gdzie najedliśmy się popcornu, a potem zamówiliśmy sobie trzy pizze, które pochłonęliśmy w rekordowym czasie.
                Nie spodziewałem się niczego specjalnego po godzinie dwudziestej pierwszej. Leżałem „u siebie” w pokoju i myślałem o wszystkim, a moje myśli galopowały sobie spokojnie po mojej głowie.
                Wtedy zadzwonił mój telefon.
- Halo? – powiedziałem do mikrofonu, nawet nie patrząc kto dzwoni.
- Te-teodor? – Usłyszałem głos swojego ojca. Niemalże od razu poznałem, że jest pod wpływem alkoholu.
- Tak?
- Teodor! Syn peda… pedałek! Wiesz jaki wstyd przynosisz? – zapytał, typowym głosem pijanego człowieka. Skrzywiłem się, ale słuchałem dalej. – Wielki! – zarechotał. – Jesteś wstydem. Pedałek, kurwa, w rodzinie się znalazł! Nie tak… Nie tak cię wychowywaliśmy! – bełkotał.
- Masz coś jeszcze mi do powiedzenia? – spytałem ostro, a w moich oczach stanęły niechciane łzy. Przecież wiedziałem, że nie powinienem przez niego ryczeć jak baba, ale z drugiej strony wiedziałem, że to mówi do mnie mój ojciec.
- Nie chcę takiego… takiego… syna! Pedała! – wrzasnął do słuchawki.
- Gdzie jesteś? – zapytałem, ponieważ w tle panowała cisza. Może ojciec był już w domu – miałem taką nadzieję.
- A co cię obchodzi… Smarkacz, pedał! – bełkotał.
                Rozłączyłem się i przetarłem oczy. Wmawiałem sobie, że zaszkliły mi się one ze zmęczenia.
                Jednak wiedziałem, że to kłamstwo. Słowa ojca zabolały. Był to pijacki bełkot, lecz ile w nim było szczerości… On naprawdę uważał, że jestem pedałem, który przynosi mu wstyd. A przecież przed wyznaniem prawdy byłem według niego wzorem idealnego syna. I tak właśnie jedna informacja zmieniła jego nastawienie do mnie. Jedna informacja wystarczyła, aby dzwonił do mnie pijany i wyzywał. Aby mnie uderzył. Wyrzucił z domu.
                Wytarłem tę głupią łzę, która spłynęła po moim policzku.
                Jednak dalej odczuwałem znany mi ból w piersi. To kłucie w samo serce. A mój ojciec dokładał kolejne szpileczki, aby bolało mnie jeszcze bardziej, bo nie byłem idealnym synem i on nie potrafił się z tym pogodzić.

***

                Wychodząc ze szkoły, skręciłem w prawo, idąc w stronę rynku. Chciałem kupić parę rzeczy, choć z dnia na dzień mój budżet malał. Nie chciałem być zdany na łaskę rodziców mojej przyjaciółki, więc jak mogłem, tak pomagałem czy kupowałem sobie najpotrzebniejsze rzeczy.
- Teo! Zaczekaj! – Usłyszałem za swoimi plecami i posłusznie przystanąłem. Po chwili przy moim boku stanął Nikodem. – Gdzie idziesz?
- Do sklepu – odpowiedziałem i spojrzałem na niego.
                Uśmiechał się pogodnie. Miał ładny uśmiech, który ukazywał jego proste, białe zęby. Do tego oczy, których kolor mienił się od odcieni złota po wszelkie kolory jantaru. Lubiłem patrzeć mu prosto w tęczówki, bo one zdawały się patrzeć na człowieka bystro, lecz z jakąś dozą ciepła.
- Uhm, mogę przejść się z tobą? – zapytał, a ja uśmiechnąłem się lekko.
- Jasne, chodź. Chcę kupić tylko parę rzeczy – mruknąłem i ruszyłem przed siebie, a Nik szedł obok mnie.
                Wybierałem produkty, które chciałem kupić. Nie było to nic wymyślnego, zwykłe artykuły spożywcze takie jak mleko czy dżem. Od czasu do czasu zerkałem na Cartera, który towarzyszył mi i z którym prowadziłem luźną rozmowę. W dziale ze słodyczami chwycił dużą czekoladę, którą potem wrzucił mi do koszyka.
- Wyciągnę przy kasie – wyjaśnił. – To dla siostry, bo przyjeżdża na weekend.
- Kochany braciszek – zaśmiałem się, a on także uśmiechnął się szerzej.
- Taa, dobry braciszek tuczy swoją siostrę – powiedział i tym razem obydwoje zaśmialiśmy się dość głośno. Jedna pani stojąca obok nas posłała nam karcące spojrzenie. Wzruszyłem tylko na to ramionami.
                Włożyłem jeszcze sok jabłkowy do koszyka, gdy nagle ktoś mocno klepnął mnie w ramię. Początkowo myślałem, że to Nikodem, lecz ten stał po mojej lewej stronie i spojrzał na mojego napastnika, więc spojrzałem zza siebie.
- Edwin! – jęknąłem. – Musisz mnie tak straszyć?
- No nie muszę – zarechotał, ukazując swój aparat na zębach. – Zakupy? – zerknął do mojego koszyka – Czyżby mamuśka wysłała synusia?
                W duchu skrzywiłem się na to pytanie, lecz przed znajomymi starałem się wypaść naturalnie. Miałem nadzieję, że nie widać po mnie moich emocji. Co jak co, ale z matką kontaktu nie miałem.
- Nie, Felton. Po prostu jestem na zakupach. A ty skąd się tu urwałeś? Nie wspominałeś, że idziesz do sklepu – wytknąłem mu. Edwin był straszną paplą, więc moje zdziwienie było uzasadnione. Zazwyczaj wiedziałem o jego planach na dzień, chociaż wcale się o to nie prosiłem.
- Wpadłem po colę i chipsy, bo za chwilę lecimy z kumplami na kręgle – powiedział i zerknął na mnie oraz Cartera. – No, chyba, że chcesz się dołączyć?
                Spojrzałem na Nika z pytaniem w oczach.
- Nikodem Carter – przedstawił się – i jak chcesz, Teo, to idź.
- Edwin Felton. Jak chcesz to możesz do nas dołączyć… o ile chcesz – mruknął.
- Nie, raczej nie, dzięki.
- Mogę dołączyć na chwilę, ale musiałbym odnieść zakupy – burknąłem, jakoś dziwnie zawiedziony, że Nik nie posiedzi tam ze mną.
- Jasne! – odparł entuzjastycznie. – To my będziemy na kręgielni koło pływalni, wiesz gdzie, nie-e? – dopytał i specyficznie przeciągnął ostatnie słowo.
- Mhm. – Kiwnąłem głową.
- Okej. To narka – pożegnaliśmy się i rozeszliśmy w różne strony sklepu.
                Zapłaciłem za zakupy, a Nikodem za czekoladę i wyszliśmy na zewnątrz. Na dworze powoli ściemniało się i robiło coraz chłodniej. Wiatr dalej przeszywał ludzi do szpiku kości i przez całe ciało przechodziły mnie dreszcze. Nienawidziłem też tego uczucia chłodu na policzkach i nosie.
- Na pewno nie pójdziesz z nami na kręgielnie? – dopytałem, gdy zbliżaliśmy się do domku Hopkinsów.
                Nikodem zerknął na wyświetlacz telefonu, a potem westchnął.
- Emm – burknął, a ja przewróciłem oczami. – No mogę iść…
- Super. – Uśmiechnąłem się, a on odpowiedział tym samym i dodatkowo poczochrał moje włosy.
- Tylko może zostawię u ciebie plecak, co? Nie będę go nosił przez całe miasto – dodał, a ja bez wahania zgodziłem się.
                Zostawiliśmy niepotrzebne rzeczy w domu i spacerowym krokiem poszliśmy w stronę kręgielni. Tak jak wcześniej wytłumaczył Felton, znajdowała się ona obok pływalni, a dokładniej centrum rekreacyjnego, w którego skład wchodziło parę elementów takich jak siłownia, squash i inne atrakcje, które były chyba najciekawszymi w tej małej miejscowości. Teraz kumulowała się tam prawie cała młodzież, ponieważ wcześniej jedyne co można było tu robić to spacerować po mieście, chodzić do sklepów lub do kościołów. Akurat dla mnie w tamtym momencie kościoły źle się kojarzyły. Tam, gdzie był wielki budynek z krzyżem i ołtarzem, tam też była nietolerancja. Szanuj bliźniego swego jak siebie samego – prychnąłem w myślach i wróciłem do świata żywych.
                Przywitaliśmy się z głośną gromadą, w której skład wchodziły różne osobliwości. Było też parę dziewczyn, lecz w większości zawodnicy, aby grać w kręgle, byli płci męskiej. Nikodem mógł się spokojnie wyluzować, bo byli też starsi od niego – wywnioskowałem to po tym jak rozmawiali o studiach.
- To teraz twoja kolej! – zwrócono mi uwagę i poszedłem do toru, wcześniej zabrawszy kulę. Rzuciłem raz, drugi i zbiłem prawie wszystkie kręgle.
- Nieźle – mruknął Nik, gdy usiadłem obok niego. – Grałeś kiedyś?
- Raz jak byłem mniejszy – odpowiedziałem, a on pokiwał głową w geście uznania.
                Towarzystwo się rozkręcało. Po jakimś czasie skołowali alkohol, jakaś para obok zaczęła się całować… Spokojnie obserwowałem wydarzenia, grając swoje kolejki i najczęściej rozmawiając z Nikodemem, który mimo wszystko lepiej zaaklimatyzował się wśród nieznajomych niż ja.
- I co tam, Teo? – zagadnął mnie Edwin.
- Dobrze. Za chwilę będę się zbierał…
- A z nami się nie napijesz? – zapytał wesoło, podnosząc butelkę do ust. W szkole był grzeczniejszy.
- Nie, ja podziękuję – mruknąłem i spojrzałem na niego z ukosa.
- Żałuj – powiedział, przy okazji ziewając potężnie i chuchając na mnie alkoholowym oddechem.
                Posiedziałem jeszcze chwilę, patrząc jak ludzie upijają się powoli i alkohol zaczyna krążyć w ich żyłach, powodując różne reakcje. Jedni stawali się bardziej hałaśliwi, a drudzy wręcz na odwrót, chcieli iść spać i byli markotni. Zdarzyły się przypadki agresji, lecz wtedy szybko interweniował właściciel lokalu i wyprosił dwójkę chłopaków, która rozpoczynała dopiero bójkę.
- Uhm, będę się zbierał – mruknąłem do Nikodema, a potem to samo powtórzyłem wstawionemu Feltonowi. Co prawda miałem obawy czy ten trafi do domu, lecz tak czy siak bym go nie odprowadził, bo nie wiedziałem gdzie mieszka.
- No dobra, idę z tobą – powiedział blondyn i pożegnaliśmy się z towarzystwem, którzy odpowiedzieli nam na to krzykiem i zbiorowym „pa”.
                Wyszliśmy z ciepłego pomieszczenia na dwór i aż zadrżałem z zimna. Zapiąłem kurtkę pod szyję, lecz nie chroniła ona jej do końca tak, aby było mi ciepło. Para z moich ust zmieniała się w biały obłoczek, a palce nieprzyjemnie kostniały, wystawione na chłód. Zadrżałem ponownie.
- Masz. – Usłyszałem i w tej samej chwili na mojej szyi zawisł czarny szalik.
- Ale tobie będzie…
- Ja się zapnę pod samą szyję, a ty tu marzniesz – powiedział, a ja spojrzałem na kłębek pary wylatujący z jego ust. Przegryzłem wargę i po chwili wahania, owinąłem się szalikiem.
- Dziękuję – mruknąłem, a w odpowiedzi otrzymałem uśmiech.
                Jego szalik miło ogrzewał moją szyję. Był miękki i puszysty, a dodatkowo tak specyficznie pachniał. Czułem męskie perfumy i zapach Nikodema, jego ciała. Dyskretnie pociągnąłem parę razy nosem, aby wdychać tę specyficzną nutę zapachową i uśmiechnąłem sam do siebie.
                Droga minęła szybko, a potem weszliśmy do domu i zdjąłem kurtkę oraz szalik. Jeszcze chwilę, podczas rozmowy z Nikodemem, dotykałem tego ciepłego odzienia, a potem podszedłem do niego i zarzuciłem mu go na szyję, starannie wiążąc. Był moment, gdy spojrzałem na jego twarz i zsunąłem wzrok na usta, lecz nie odważyłem się do niego tak zbliżyć.
                Odchrząknąłem i odwróciłem się na pięcie, idąc po jego plecak.
                Atmosfera pomiędzy nami stała się tak intymna i sam to spowodowałem, przysuwając się do niego i zakładając mu szalik. Jednak jak ja byłem pewny w tym co robię to za każdym razem dezorientowało mnie zachowanie Nikodema. Zdawało mi się, że jest zainteresowany naszą relacją, ale w takich sytuacjach nie przejmował inicjatywy. Liczyłem, że pochyli się ku mnie, złapie moją twarz oburącz i wpije w usta swoimi wargami. A nawet jakbym za wcześniej zwiał to zawsze mógłby chwycić mnie za rękę i przyciągnąć do siebie. On natomiast w takich chwilach był bierny. I to powodowało, że w mojej głowie roiło się od myśli, akurat w momencie, gdy obiekt ich wylatywał na cały miesiąc… Już nie wspominając z kim wylatywał.
                Zaczerwieniony od swoich myśli i fantazji, przyniosłem mu plecak.
- Okej, dzięki – powiedział i spojrzał na mnie. – Nie wiem czy się zobaczymy jeszcze w ten weekend, a mówiłem ci, że wylatuję do Hong Kongu.
- No tak, mówiłeś. To trochę się nie będziemy widzieć… - mruknąłem, bawiąc się palcami.
- Jak coś to mamy kontakt, – podniósł w dłoni telefon – bo nie masz fejsa.
- No nie…
- No to do zobaczenia. – Podniosłem wzrok, czując, jak jego wypala we mnie dziurę.
- Hm… Em… Do zobaczenia – odpowiedziałem, lekko się jąkając.
                A potem zostałem wzięty w jego ramiona i chwilę czułem się tak błogo i bezpiecznie, że to aż dziwne, że jedne ramiona potrafią zapewnić takie uczucie.
                Nikodem przytulił mnie na krótko do siebie, a potem poczochrał mi moje włosy.
- Dobra, idę. Bądź grzeczny i ucz się historii – zastrzegł, a ja zaśmiałem się.
- Oczywiście, mamusiu – odparłem słodko, a on tylko pstryknął mi w nos i zaśmiał się także, a potem zniknął za drzwiami domu.
                Widziałem oddalającą się plamkę w granatowej kurtce i uśmiechnąłem się smutno sam do siebie. Miałem wrażenie, że przez miesiąc będzie mi go bardzo brakowało.




***

Witajcie!
Przychodzę do Was z nowym rozdziałem. Jest on nieco krótki, lecz wybaczcie mi to. 
Dodatkowo dość spora zmiana na blogu - nowy wygląd!  
Trochę się naszukałam szablonu, który oddawałby charakter opowiadania. 
Co sądzicie o rozdziale oraz nowym wyglądzie bloga? 
Może warto wrócić do starego szablonu?
Pozdrawiam,
Malina

13 komentarzy:

  1. Zaklepuję miejsce na komentarz ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam Cię również!
      Tak straszliwie długo czekałam na ten rozdział, że prawie podskoczyłam z radości widząc, że już go dodałaś.
      Jak zwykle atmosfera jest, można się fajnie wczuć w sytuację bohatera, a to duże plusy. Potrafisz rozłożyć napięcie, aby nie było go ani za mało, ani za dużo, co również jest u mnie dużym plusem. Cały Twój blog jest u mnie na mega plus, jednakże przez rzadkie dodawanie rozdziałów możesz stracić wiele czytelników :/ No, ale zawsze znajdą się tacy, jak ja, czyli wytrwali i gotowi na wszystko! :D
      Moment z szalikiem był po porostu cudowny. Taki słodki, delikatny, niby niewinny. Do tego strasznie podoba mi się to, że akcja rozgrywa się tak powoli i nie nachalnie :)
      Kurczę, ta sytuacja rodzinna i zachowanie ojca Teodora jest koszmarne i okropnie przykre.
      Jestem bardzo ciekawa jak akcja się dalej potoczy, czy Teodor spotka się z rodzicami, co zrobi pani Evans i oczywiście co dalej wydarzy się pomiędzy chłopcami :P
      Ogólnie zauważyłam, że ta życiowa sytuacja Teodora bardzo zaczęła wpływać na jego zachowanie i stan emocjonalny, co oczywiście mnie nie dziwi. Zrobił się nerwowy i naturalnie przybity :c To przykre ;(
      Życzę dużo weny i dużo czasu na pisanie! Pozdrawiam ciepło <3

      PS Szablon bardzo ładny, ale nieco ciężko się czyta. Może gdyby była większa czcionka byłoby wygodniej, ale to już lepiej sama przetestuj i zaczekaj, co powiedzą inni, bo możliwe, że to tylko ja jestem ślepa :')

      Usuń
    2. Wiem, że powinnam dodawać rozdziały częściej, ale po prostu nie jestem w stanie. Muszę mieć czas, wenę, chęci, a tego wszystkiego brakuje, aby pisać chociażby raz na tydzień. :(
      Dobrze, że taki rozwój akcji Ci się podoba, bo obawiałam się, że po prostu będę przynudzać. :P
      Bardzo lubię Teo i strasznie trudno mi pisać takie okropne sceny z udziałem jego ojca, lecz muszę. ;c
      Niestety, to wszystko wpływa na psychikę Teodora, a on nie jest super silny pod względem charakteru...
      Dziękuję bardzo!
      A co do szablonu - zobaczę odnośnie tej czcionki, może uda mi się to jakoś powiększyć. c;

      Usuń
  2. Boże!
    A już myślałam, że coś będzie, chociaż wiem, że to za wcześnie!
    Rozdział niesamowity!
    Wygląd bloga? Inny, aczkolwiek wspaniały i pasujący do nastroju opowiadania.
    A że rozdział jest krótki, to się nie martw. Przekazuje on całą treść (mam nadzieję), jaką chciałaś przekazać. I udało Ci się to niezmiernie.
    Pozdrawiam serdecznie i życzę weny.
    ~ Benefactor.
    PS. Masz tu mój e-mail, jeśli byś chciała również... alexbenefactor@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm... Przyznam tyle: jest już bliżej niż dalej, tak myślę. ;)
      Cieszę się, że wygląd Ci się podoba. Sądzę, że jest ciekawszy niż poprzedni, lecz główne zdanie mają czytelnicy. ;)
      Oczywiście, jest to rozdział, który wiążę coraz silniej kolejne wątki opowiadania. c;
      Dziękuję bardzo!
      Co prawda teraz zmykam, bo włączyłam laptopa, aby odpisać na komentarze, ale wieczorem spodziewaj się ode mnie wiadomości! ;)

      Usuń
    2. Mam maleńką nadzieję, że będzie ten moment za nie długo..
      Właśnie zauważyłam, że kolejne i kolejne rozdziały tłumaczą, a nie komplikują niektóre wątki i to właśnie jest dobre.
      Nie komplikujesz czegoś, co może spowodować, że Ty, jako autor możesz się poplątać...
      A tak czasami, niestety bywa.
      Przepraszam, że wcześniej nie napisałam tego komentarza.
      Pozdrawiam serdecznie i życzę weny!
      ~ Benefactor.

      Usuń
    3. Szczerze mówiąc myślałam, aby pewne wydarzenie wsadzić we wcześniejszy rozdział, lecz tak strasznie ubzdurało mi się, że ma być tam, że nie mogę się do tego przekonać i stąd tyle czekania. :/ Upór nigdy nie był moją pozytywną cechą.
      Nie czuję potrzeby przedłużać niepotrzebnie opowiadania. Dojdziemy do punktu kulminacyjnego, nagle wszystko stanie się zrozumiałe. Jest to moim celem i nie chcę komplikować sobie tego. ;)
      Dziękuję bardzo! :)

      Usuń
  3. Ja również byłam pewna, że nastąpi przełomowy moment, a tu krótki uścisk. Teo ma racje, nie wszyscy rodzice kochają swoje dzieci. Jest to smutne, ale prawdziwe. Są dla nich powodem do dumy i przechwałek dopóki nie popełnią błędu. Świetnie to ukazałaś poprzez osobę ojca Teo. Urzekła mnie scena z szalikiem. Naprawdę urocze. Co do szablonu, oba są dobre. Gdybyś spytała mnie o zdanie kiedy zobaczyłam go pierwszy raz, jeszcze przed notką, to bym powiedziała, żebyś zmieniła na stary, ale teraz uważam, że jest fajny i mogłabyś go zostawić. Pozdrawiam serdecznie i do następnego :) ~Pantera

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze tylko trochę cierpliwości. :) Ta cierpliwość będzie Wam wynagrodzona tymi wszystkimi zdarzeniami, które planuję... :)
      Niestety nie każdy nadaje się, aby być rodzicem. Niekiedy brakuje miłości.
      Cieszę się, że ta scena jednak wyszła choć trochę słodko!
      Jeśli trzy osoby uważają, że szablon jest dobry i nikt nie wnosi sprzeciwu to ten zostanie. :)
      Dziękuję bardzo!

      Usuń
  4. Ja tu się spodziewałam seksów na stole a tu nawet Nikodem nie może go pocałować?! Totalnie jakby miał w dupie ten związek. Ja bym na miejscu Theo mocno się obraziła. Ta bierność Nicka musi być wytłumaczone w kolejnych rozdziałach

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co prawda nie jest to jeszcze związek... Ale masz rację, że Nikodem musi mieć wytłumaczenie dla swojego zachowania. :)
      Kusi mnie, aby dodać coś więcej do tej odpowiedzi, ale nie zamierzam nic zdradzać. ;)
      Dziękuję bardzo za komentarz.

      Usuń
  5. Hej,
    naprawdę co za rodzice, te słowa ojca bardzo go zraniły... zastanawia mnie Nikodem co on myśli...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy