niedziela, 11 października 2015

Rozdział XIX

                Kolejny tydzień nie zwiastował niczego ciekawego. Dostałem jedynie informację, że tuż przed Świętami została wyznaczona kolejna wizyta u pani Evans i tyle. Nie spodziewałem się niczego, co mogłoby mnie zaskoczyć, a już tym bardziej nie tego.
                Trzy dni po świątecznych zakupach z Nikodemem zwyczajnie wracałem ze szkoły. Zawsze tą samą drogą, mijałem te same budynki i lokale. Przechodziłem obok niewielkiego lumpeksu, witałem się ze znajomymi mijanymi po drodze.
                Na kolejnych pasach zerknąłem dokładnie na drogę, aby żaden wariat, który nagle wpadłby w poślizg nie miałby okazji mnie zabić. Już kiedyś moje myśli zeszły na te tory – nie chciałem zginąć w taki sposób.
                Ku swojemu zdziwieniu rozpoznałem auto, które mnie przepuściło na przejściu. Dokładniej: znałem bardzo dobrze kierowcę tego samochodu.
                Prychnąłem tylko i udałem, że wcale nie zauważyłem, że to Salerno jedzie w tym samym kierunku, w którym ja musiałem iść. Moją pierwszą myślą było, aby skręcić w inną uliczkę, lecz co to by mi dało? Byłem pewny, że jeśli coś ode mnie chciał to niemożliwością byłoby ominięcie go.
                A z pewnością coś chciał.
                Gdy tylko zdobył możliwość, zaparkował samochód i wysiadł z niego – usłyszałem trzask drzwi i charakterystyczny dźwięk zamykanego auta. Następnie ciężkie kroki na śniegu przypominały mi jak blisko mnie znajduje się Demetrio.
                - Teo, stój! – zawołał. W jego głosie nie odnajdywałem ani grama pozytywnej nuty.
                Nie przyspieszyłem kroku, lecz także nie zwolniłem ani nie zatrzymałem się. Słyszałem przekleństwo rzucone w moją stronę, a następnie to fotograf podbiegł do mnie.
                Szarpnął mnie za ramię, tym samym zrywając plecak przewieszony przez nie. Osunął mi się on na zgięcie łokcia, więc szybko go poprawiłem, patrząc butnie na Salerno.
                Mężczyzna nie wyglądał za ciekawie. Choć można byłoby określić go jako przystojnego faceta to rozcięta warga stanowiła pewną skazę na jego twarzy. Mimo śniadej karnacji i tak dalej widziałem nieco sine oko.
                - Czego? - zapytałem.
                - Posłuchaj, gówniarzu – warknął do mnie. – Żeby sprawa była jasna to przepraszam za ten telefon ostatnio – syknął. Te przeprosiny wcale szczere nie były. – Uspokój tego swojego chłoptasia. Trzeba było stawić sprawę jasno, a nie nasyłać na mnie tego, pożal się Boże, furiata.
                Zamrugałem, szeroko otwartymi oczami. Nie byłem pewny o kim on do końca mówi.
                - Powiedz blondynkowi, że cię przeprosiłem – kontynuował. – I na Boga, czy on ma wieczny problem?! – warknął ni to do mnie, ni to do siebie. – Jak przeruchałem jego przyjaciela to też miał problem. Niech się ode mnie już odpierdoli – dodał i puścił moje ramię.
                Pomasowałem miejsce, w którym dość boleśnie byłem ściśnięty przez całą przemowę fotografa. Patrzyłem jak wraca do auta, wsiada i odjeżdża, dalej nieźle zdenerwowany. A ja byłem dalej w szoku.
Mu naprawdę chodziło o Nikodema.

***

                Usiadłem na ławce, a z plecaka wyciągnąłem kanapkę, którą powoli jadłem. Obok mnie usiadł Nik. Na korytarzu panowała wrzawa, jeden przekrzykiwał drugiego, tym samym robiąc okropny hałas przez który moje uszy cierpiały.
                - Nik, a wiesz z kim wczoraj rozmawiałem? – zagadnąłem, wzbudzając jego zainteresowanie tematem.
                - Hm? – mruknął, dając znak, że mam kontynuować.
                - Znów odezwał się Salerno. Przeprosił – dodałem.
                - To chyba dobrze? – zapytał, a jego kąciki ust samoistnie podniosły się, dzięki czemu nie udało mu się ukryć, że jest dość zadowolony.
                Próbowałem zrozumieć zaistniałą sytuację, a dzień wcześniej po spotkaniu z Salerno bezskutecznie nad tym myślałem. Nic nie przychodziło mi do głowy, aby rozjaśnić mi tę sprawę. Całkowicie nie rozumiałem po co Carter poszedł do fotografa i byłem pewny, że niezbyt to kiedykolwiek zrozumiem. Bo to blondyn tak pobił Salerno? Niby dlaczego?
                Naprawdę tego nie rozumiałem.   
                - Tak – westchnąłem. – Ale wolę nie wiedzieć jak wyglądała wasza rozmowa – stwierdziłem.
                Nikodem tylko wzruszył ramionami.
                Uśmiechnęliśmy się do siebie, a po chwili obserwowania innych licealistów, zmieniliśmy temat na neutralny.
                Potem rozbrzmiał dzwonek na lekcje.

***

                Kiedy odkładałem wszelkie nieprzyjemności na później i nie chciałem o nich myśleć to one wracały do mnie po czasie, dwa razy mocniej uderzając we mnie oraz doprowadzając mnie psychicznie do skraju wytrzymałości. Nienawidziłem tych myśli, które pojawiały się w momencie, gdy tylko dawałem im czas omamić mój umysł. Wkradały się bez zaproszenia, niechciane, zapuszczały korzenie we mnie, budząc ciągłą niepewność, smutek i strach.
                Nigdy nie byłem pewny czy robię dobrze. Choć zdawało mi się, że w końcu zrozumiałem siebie, że zrozumiałem swój homoseksualizm, to nadal coś mi w tym nie pasowało. Ciągle widziałem dwie strony medalu – raz widziałem siebie jako normalnego człowieka, a chwilami widziałem w sobie potwora, z którego rodzice nie mogą być dumni, w końcu swoim wyznanie wszystko popsułem.
                Bałem się odrzucenia. To logiczne, że człowiek boi się, że w pewnym momencie całe społeczeństwo go odtrąci. Jednak w momencie, gdy zrobiły to dwie najbliższe osoby, z których miłości się narodziłeś, dawało to do myślenia. Po szesnastu latach, gdy nigdy nie sprawiałem większych problemów – rodzice moich rówieśników musieli średnio raz na tydzień pojawiać się w szkole, a moi rodzice słyszeli tylko same pochwały, po prostu mnie odrzucili. A skoro oni mogli to każdy inny mógł, prawda?
                Nie chciałem, aby były to powody do smutku. Chciałem cieszyć się życiem, tym, że mam wspaniałych przyjaciół, ciocię, wujka… Tyle ludzi dookoła mnie, gotowych, aby pomóc mi w każdej chwili, a ja myślałem o rodzicach i gnębiłem się tymi myślami pół roku, wprowadzając sam siebie w dołujący nastrój. Jednak żyjąc ze świadomością, że oni tam są, lecz mnie nie kochają i potrafią mnie tak łatwo wyrzucić ze swojego życia, bolało jak diabli. Gnębiło mnie to coraz bardziej, a zbliżały się Święta. Dni, które powinny zostać spędzone w gronie rodziny, gdzie wszystkie spory powinny zostać zażegnane.
                - I jak spędzasz Boże Narodzenie, Teo? – zapytała pani Evans, patrząc na mnie tym bacznym wzrokiem. Za każdym razem miałem wrażenie, że w mniejszym lub większym stopniu czyta ze mnie jak z otwartej księgi.
                - U Hopkinsów. Będzie miło – dodałem.
                - Jesteś zdecydowany, że nie chcesz widzieć się chociażby z matką? – dopytała.
                - Chciałem się z nią widzieć – mruknąłem. Samo wspomnienie tego, że mi nie otworzyła było nieco krępujące, ale nie mając nic do stracenia, opowiedziałem to pani psycholog.
                Po mojej opowieści na chwile zapadła cisza, podczas której kobieta zagłębiła się w swoich myślach.
                - Może miała powód, aby ci nie otworzyć? Może nie spisuj jej od razu na przegraną pozycję, daj jej czas – poleciła.
                - Jaki powód? – prychnąłem. – Pół roku to wystarczająca ilość czasu – burknąłem, bo moje własne słowa mnie bolały.
                - Można to różnie uzasadnić, Teo. Pewne jest to, że nie spodziewała się twojej wizyty i może pewien wstyd nie pozwolił jej spojrzeć ci w oczy?
                Spojrzałem na nią ze szczerym niedowierzaniem, lecz nie skomentowałem już jej słów.
                Znałem swoją matkę i wiedziałem, że na pewno wstyd nie mógłby być powodem przez który nie wpuściła mnie do domu. W głowie miałem pustkę co w takim razie, wykluczając brak akceptacji mojej orientacji, mogłoby to być.

***

                Ostatni dzień przed długą przerwą z okazji Bożego Narodzenia był pełen zamieszania. Wszyscy składali sobie wzajemnie życzenia, a większość klas organizowała bardziej lub mniej podobne do Wigilii spotkania zamiast lekcji. Nawet nauczyciele stali się bardziej wyluzowani, w większości odpuszczając jakąkolwiek naukę.
                W plecaku miałem prezent dla Gaba, gdyż nie wiedziałem czy będę miał możliwość spotkać się z nim podczas przerwy świątecznej. Czekałem tylko aż przyjdzie moja kolej, bo Gabriel był bardzo zabieganą osobą i biegał do każdego po kolei, składając życzenia. Z pewnością to on w ten dzień przytulił się z największą ilością osób.
                Na przedostatniej przerwie Gab podszedł do mnie – przede wszystkim zauważyłem, że trzymał w ręce średniej wielkości zawiniątko.
                Przytulił mnie, tak jak każdego i zaczął mówić całą wiązankę życzeń, których z radością wysłuchiwałem. Odpowiedziałem mu w pewnym stopniu podobnymi słowami.
                - Poczekaj na moment – mruknąłem po życzeniach i sięgnąłem do swojego plecaka, wyciągając upominek. – Proszę.
                - Dziękuję – odparł, przyjmując prezent i podając mi trzymane zawiniątko. – Wymiana książkami zawsze spoko – zaśmiał się, gdy zerknął do torby, w którą zapakowałem prezent.
                - Też dziękuję.
                Gab jeszcze raz naruszył moją przestrzeń osobistą, tuląc mnie, a następnie czmychnął gdzieś dalej do jakiejś grupki ludzi.
                Zaraz obok mnie zjawił się Nikodem, na którego widok jeszcze szerzej się uśmiechnąłem.
                - Może przyjdziesz jutro do mnie? – zapytał.
                - Jasne – przytaknąłem. Nawet nie widziałem opcji, aby się nie zgodzić.
                Trzeba było przyznać, że w szkole panował tego dnia nieziemski klimat, który dawał mi się we znaki. Klimat Świąt zawsze był dla mnie niezwykle przyjemny, a choć te dni spędzone z rodzicami nie należały do najlepszych, to i tak cała otoczka Bożego Narodzenia bardzo mnie fascynowała. Mogłem śmiało przyznać, że były to moje ulubione święta. Choć na dworze panował mróz to nagle jego znaczenie malało, gdy w domu zaczynało pachnieć ściętym drzewkiem, które z radością przystrajałem. Jeszcze wspanialsze było Boże Narodzenie z babcią Heleną. Mama z pewnością odziedziczyła zdolności kucharskie po swojej matce, ale to babunia przyrządzała wszystko najlepiej. Kiedy śpiewała kolędy, zaczynała składać życzenia – pamiętałem to jak przez mgłę, ale dalej gdzieś w sercu czułem tęsknotę za takimi Świętami. Potem nieco to się zmieniło, we trójkę nie było już tak fajnie, a klimat nieco zmalał.
                Tym razem Boże Narodzenie miałem spędzić z rodziną Hopkinsów. Nawet jeśli z ojcem i matką było nieco drętwo to i tak miałem to przeczucie, że spędzamy te dni rodzinnie. Ten rok miał być wyjątkowy i miał zapoczątkować moje coroczne Święta z ludźmi, którzy mimo wszystko byli mi bliscy, lecz nie tak jak rodzice. Chociaż czy więzy krwi powinny mnie tak bardzo interesować? Nie, ale w głębi serca chowałem ogromny żal do rodziców, że zostawili tę sytuację tak, a nie inaczej. I pewnie dlatego tak często myślami dryfowałem w stronę matki i ojca. Po prostu czułem żal.

***

                Następnego dnia nieco lepiej ubrany, bo w błękitną koszulę i jeansy, ruszyłem do Nikodema. Nie byłem pewny czym się tak ekscytowałem, ale po prostu miałem irracjonalne uczucie, że są to nasze pierwsze Święta. Oczywiście nie chodziło mi o to, że Wigilię czy Boże Narodzenie miałem spędzić z Nikiem, lecz po prostu w przeddzień Świąt nigdy nie chodziłem do nikogo, a już na pewno nie do chłopaka, który mnie interesował. Na Boga, to spotkanie nawet mi się śniło, choć z pewnością to co działo się w śnie nie mogłoby mieć odzwierciedlenia w realnym świecie. Z pewnością nie zachowalibyśmy się jak dwaj niewyżyci zboczeńcy… No tak, liczyłem, że nagle w magiczny sposób nad naszymi głowami wyrośnie jemioła, a ja niczym księżniczka zostanę pocałowany przez swojego księcia. Moje męskie ego przy takich marzeniach kurczyło się do minimum, a rumieńce zażenowania paliły moje policzki.
                - Naprawdę, Teo, naprawdę? – pytała mnie moja podświadomość, nabijając się ze mnie.
                Po prawie godzinie, zmarznięty, stałem na korytarzu w domu Nika. Oczywiście najpierw zdjąłem buty, aby nie nabrudzić jeszcze bardziej niż to potrzebne, a potem po kolei odwiesiłem kurtkę, szalik i czapkę.
                Z zadowoleniem zauważyłem, że Nikodem też miał na sobie koszulę. Otaksowałem go wzrokiem, cały czas się uśmiechając. Nie byłem pewny czy przypadkiem nie szczerzę się cały czas jak głupek, lecz w tamtej chwili taka myśl w ogóle nie pojawiła się w moim móżdżku.
                - Jesteś głodny? Bo mam domową pizzę, co prawda mało świąteczne danie, ale za to jest równie pyszna jak wigilijne potrawy – zapewnił.
                - Możemy zjeść – przytaknąłem.
                Nik zaprowadził mnie do salonu, a sam poszedł do kuchni po pizzę. Postanowił ją przede mną, a na jej zapach poczułem, że naprawdę jestem głodny. Blondyn wrócił się jeszcze po talerze, szklanki, sok oraz przyniósł ze sobą mały prezencik. Ja mój prezent dla niego trzymałem cały czas w rękach.
                - Teo, Wesołych Świąt – powiedział, zwyczajnie mnie tuląc.
                - Nawzajem – odparłem, mając ochotę tulić się tak w nieskończoność. W duchu jęknąłem na ten banalny tekst, ale naprawdę tak czułem!
                Wymieniliśmy się prezentami i nie przejmując się tym, że ciepła pizza stygnie, postanowiliśmy odpakować upominki.
                Najpierw spojrzałem na reakcję Nika na bluzę. Zdawało mi się, że był to na tyle praktyczny prezent, odpowiedni dla niego.
                - Dzięki! – Cmoknął mnie w skroń i choć jego usta z moją skórą zetknęły się na sekundę, a może na krócej to i tak zrobiło mi się ciepło oraz… miło? W każdym razie było to te specyficzne uczucie, które ogarnia człowieka, gdy ktoś na kogo widok ma się motylki w brzuchu, zbliża się do ciebie. – Zerknij na swój prezent – mruknął.
                Dokończyłem rozpakowywanie prezentu od blondyna i przyjrzałem się ładnemu pudełku. Otworzyłem je, a w środku znajdował się naprawdę ładny zegarek, prosty, czarny ze srebrnymi elementami. Na pierwszy rzut oka mogłem też stwierdzić, że kosztował wiele więcej niż bluza.
                - Dziękuję.
                Stanąłem na placach i również w ramach podziękowania złożyłem krótki pocałunek blisko kącika jego ust. Nik uśmiechnął się do mnie, utrzymując kontakt wzrokowy, by po chwili chrząknąć i przerwać.
                - To może zjemy? – zaproponował.
                Niezbyt spodobał mi się w sposób w jaki Nikodem zwyczajnie w świecie przerwał tak przyjemną chwilę. Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego on tak bardzo ucieka – stałem się zdezorientowany jego sprzecznymi sygnałami. Nie miałem jednak czasu się nad tym zastanowić, gdyż pyszna pizza czekała, abyśmy ją zjedli.
                - To co teraz? – zapytałem, gdy obydwoje byliśmy już najedzeni.
                - Może obejrzymy jakiś film? – zaproponował.
                Spojrzałem na wiszące nad kanapą zdjęcia rodzinne. I wtedy do głowy przyszedł mi lepszy pomysł.
                - Może obejrzyjmy zdjęcia z twojego dzieciństwa – zasugerowałem, hamując śmiech. Sam osobiście nie pokazałbym większości fotografii zrobionych mi w ciągu całego mojego życia, a już tym bardziej światła dziennego nie powinny ujrzeć te z dzieciństwa.
                - Zdecydowanie nie. Boże, sam bym się skompromitował! – odparł, nieco zażenowany. Z pewnością przypomniał sobie najgorsze i najbardziej ośmieszające zdjęcia.
                - Czemu nie? – droczyłem się z nim dalej. – Pewnie byłeś słodkim, małym brzdącem… - Zaśmiałem się.
                - Ciekawe jakie ty masz zdjęcia z dzieciństwa, mądralo – odpyskował, a jego uśmiech zdradzał, że również ma ochotę wybuchnąć śmiechem.
                - No dobra, przyznaję, też nie mam najlepszych fotografii – powiedziałem.
                Obydwoje się zaśmialiśmy, choć ja w ciągu prób łapania powietrza przez intensywny śmiech, obiecałem sobie, że kiedyś zobaczę te zdjęcia Nikodema.
                W momencie, gdy wycieraliśmy łzy i próbowaliśmy złapać oddech po chwili szczerego śmiechu, usłyszeliśmy trzask drzwi. Nik zdążył jedynie mruknąć sam do siebie „Kto…?”, a już rozległ się krzyk.
                - Nikuś, stary, jesteś?!
                Głos ten bardzo dobrze znałem, gdyż należał on do Gaba. Wspomniany przez niego Nikuś strzelił typowego „facepalma”, a następnie wytłumaczył mi szeptem:
                - Wspomniałem mu, że dziś jestem sam w domu i najwyraźniej postanowił wpaść.
                Już po tych słowach w salonie pojawił się wesoły, szeroko uśmiechnięty Gabriel, którego policzki były jeszcze bardziej zarumienione od mrozu, a nos miał jeszcze bardziej czerwony od reszty przez co przypominał nieco renifera Rudolfa.
                - O! – skomentował inteligentnie, gdy nas zobaczył. Parsknąłem cicho.
                - O! – sparodiował go Nikodem.
                 Gab spojrzeniem omiótł cały pokój.
                - No to chyba nic tu po mnie? – mruknął pytająco, chyba niezbyt wiedząc co robić. – W ogóle minęła mnie pizza – jęknął, z pewnością czując jeszcze jej zapach.
                - Możemy obejrzeć jakiś film – zaproponowałem. – Siadaj – rzuciłem jeszcze do chłopaka.
                - To ja pójdę po chipsy – zaoferował Nik. – Filmy są w szafce pod telewizorem. Tylko wybierzcie coś, co nie jest jednym z tych oklepanych filmów, które lecą co Święta – jęknął. Jak na komendę spojrzeliśmy na niego z Gabem.
                - Dlaczego? – zapytaliśmy obydwoje.
                Nikodem znajdując się na straconej pozycji, musiał przystosować się do wybranego przez nas filmu. Trochę marudził, że to nudne, zna na pamięć i inne takie, więc miałem ogromną ochotę zatkać mu usta pocałunkiem, aby zamilkł. Zapewne byłby to najprzyjemniejszy sposób na uciszenie go, lecz nie miałem tyle odwagi, aby go zastosować. Na początku, gdy wygłaszał swoją opinię żgałem go w żebra, aż w końcu zamilkł i dość nieśmiało wtuliłem się w jego ramię. To samo ramię po chwili trwania seansu objęło mnie.
                Czułem się co najmniej dziwnie siedząc tak z Nikodemem, gdy obok film oglądał także Gab. Jednak chłopak, gdy tylko wychwycił moje nieco zawstydzone spojrzenie, uśmiechnął się szeroko i uniósł kciuka w górę.
                Prychnąłem cicho ze śmiechu i ponownie wbiłem wzrok w ekran telewizora. Wcale nie aż tak długo skupiałem się na filmie, bo Gab stwierdził, że jednak musi gdzieś iść, a obopólnie z Nikodemem stwierdziliśmy, że dalsze oglądanie nie ma sensu.
                Przegadaliśmy więc pozostałą część czasu, wiele razy wybuchając śmiechem.
                Uśmiech nie schodził mi z ust nawet w momencie, gdy wracałem oblodzonym chodnikiem do domu Hopkinsów.



***

Hej!
                Patrzcie, wystarczy przykuć mnie do łóżka i już po sześciu dniach jest nowy rozdział. Jestem chora, źle się czuję, ale przynajmniej mam wolne od wszystkiego i mogę zająć się pisaniem. Z pewnością nie macie mi tego za złe, że tak szybko dodaję kolejny rozdział, prawda? :)
                Chociaż sprawa z tym tekstem wygląda tak, że nie spodziewałam się, że przy spotkaniu Nika i Teo tak się rozpiszę. Chciałam tutaj zmieścić całe Boże Narodzenie, a rozdział kończy się w momencie, gdzie dopiero Święta się zaczynają! No cóż, trochę Was pomęczę tym klimatem, ale muszę przyznać, że pisanie o tym sprawia mi radość. 
                Niestety rozdział XX już tak szybko się nie pojawi, bo wymaga on ode mnie trochę więcej pracy (przynajmniej w ogólnym założeniu, które na tę chwilę znajduje się tylko w mojej głowie).  
                Mam nadzieję, że miło Wam się czytało ten rozdział c:
Malina

14 komentarzy:

  1. Co za niespodzianka. Serio, strasznie się ucieszyłam jak zobaczyłam nowy wpis. Rozdział genialny. Chciałabym aby w końcu Nikodem coś zrobił w kierunku relacji z Teo...
    Zakładam, że jeszcze trochę poczekam. :)
    Pozdrawiam i weny życzę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja cieszę się, że szybciej dodany rozdział Cię ucieszył :D (choć brzmi to trochę jak masło maślane, ale nieważne)
      To czy Nik coś zrobi, czy nie zdradzić nie mogę :) Ech, ani także nie mogę nic wspomnieć o tym, kiedy coś się wydarzy... A tak kusi, aby komuś to napisać!
      Dziękuję bardzo! c:

      Usuń
  2. Przyjemny rozdział. Zrobiło się tak świątecznie i zapachniało mi mandarynkami. Dzięki, autorko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że rozdział Ci się spodobał :) Dziękuję bardzo :)

      Usuń
  3. Po prostu cudowne *_* zakochałam się w tej historii :3 będę czekać niecierpliwie na ciag dalszy xd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jej, jak miło c: Dziękuję bardzo!
      Postaram się dodać kolejny rozdział jak najszybciej :)

      Usuń
  4. Omg, sytuacji z fotografem się nie sodziewałam ;oo No i znowu zapomniałam jak ma na nazwisko... Salerno? Bo sama u siebie wprowadziłam podobnie brzmiącą nazwę włoskiego miasteczka - Seregno, i w kółko mi się myli xD
    Tak mi się chce świąt w szkole. Nie jestem fanką wigilii, jakoś nie lubię spędzać czasu z rodziną. Ale ja ich widzę na co dzień i nie mamy konfliktu, nie to co Teo ://
    Wymiana prezentami wydawała się być nieco drętwa, ale za to ich pocałunki - urocze <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdzieś kiedyś czytałam, że jednym z warunków dobrego opowiadania jest zaskakiwanie czytelnika. Jeśli ten warunek jest prawdziwy to fakt, że Cię zaskoczyłam jest sporym komplementem ;)
      Tak, Salerno, ale masz rację - nazwy podobne, więc wcale nie dziwię się, że je mylisz.
      No cóż, Wigilia to specyficzny czas i co bym nie mówiła to w głębi serca chcę ją spędzać z rodziną. Drętwo czy nie - rodzina to rodzina.
      No z tą wymianą był mały problem, jednak lepiej nie potrafiłam tego opisać D:
      Dziękuję bardzo za komentarz! Nie chcę ciągle pisać oklepanej formułki, ale ja naprawdę cieszę się, że podobał Ci się ten rozdział :)

      Usuń
  5. Odpowiedzi
    1. O mój boże, jak zwykle wszystko było cudowne.
      Z przyzwyczajenia zaglądałam na bloga trochę rzadziej, gdyż, przyznam się bez bicia, oczekiwałam rozdziału nieco później. Jednak milusio mnie zaskoczyłaś! Nie dość, że rozdział był jak najbardziej dobry, to do tego dodałaś go w szybkim czasie. Prawdę mówiąc to mogłaby czytać Twoje rozdziały codziennie, aczkolwiek graniczy to z cudem ._. Nikt nie wyrobiłby się z pisaniem z dnia na dzień, chyba, że napisałabyś jakieś dziesięć rozdziałów do przodu.
      Ah, uwielbiam zimowy-świąteczny klimat. Uważam go za bardzo romantyczny i w takie klimaty najłatwiej jest mi się wczuć.Choć jeśli coś wychodzi spod Twoich rąk, to jakoś tak gładko wczuwam się w treść, co jak najbardziej dobrze świadczy o Twoim stylu pisania. Podziwiam też sposób, w jaki opisujesz uczucia Teodora w kwestii spraw rodzinnych. To może zabrzmieć odrobinę śmiało, jednak odbieram wrażenie, że bardzo dobrze znasz uczucia, które teraz zamęczają Teo. Nie mówię tutaj o tym, że miałaś podobną sytuację życiową, bardziej miałam na myśli to, że może znałaś kogoś o takiej sytuacji, albo czytałaś coś w ten deseń. Nie wiem, nie chcę tutaj lekceważyć Twoich zdolności pisarskich, bo równie dobrze możesz najzwyczajniej w świecie umieć stawiać siebie na miejscu bohatera.
      Bardzo podobają mi się relacje Nik x Teo. Nic na siłę, wszystko delikatnie, jednak znając Ciebie, to zaskoczysz nas jakąś kompletnie niespodziewaną, nagłą zmianą akcji (w tym ich relacji) w najmniej oczekiwanym momencie. A po tym będę zbierać szczękę z podłogi! :D Oczywiście wcale nie musi się coś takiego zdarzyć, ja jedynie staram się cokolwiek przewidzieć. Co wcale, a wcale nie jest takie łatwe, gdy ma się przed sobą tak mało przewidywalną akcję i zdolną autorkę.
      Czekam niecierpliwe na następny rozdział, życzę zapasów weny, czasu na pisanie i jak największej ilości pomysłów. Pozdrawiam ciepło :*

      Usuń
    2. Wspominałam, że jesteś jedną z czytelniczek, na której komentarze czekam jak głupia i co byś nie napisała to się cieszę? :P
      Mam nadzieję, że czytasz moje odpowiedzi, bo zaskoczę Cię ponownie - właśnie skończyłam pisać kolejny rozdział! Muszę go sprawdzić, poprawić, ale z pewnością pojawi się może nawet jutro (tj. niedziela) - nie jestem pewna czy nawet przeczytasz tą odpowiedź...
      Niestety, opowiadanie piszę z rozdziału na rozdział nad czym ubolewam strasznie :/ Jednak teraz przyznaję, że piszę nieco częściej, bo klimat bloga sprzyja mojemu humorowi.
      Jeszcze trochę pomęczę ten klimat, choć zima będzie gościć dość długo w opowiadaniu c:
      Wiele razy przyznawałam, że myśli, ba, ogólnie postać Teodora tworzona jest odrobinę na mojej osobie. Większość rzeczy z mojej głowy przerzucam do rozdziałów, a pisanie jest dla mnie sposobem na odreagowanie wszelkich uczuć. Każdy ma mniejsze lub większe problemy w rodzinie, w końcu z nią najlepiej na zdjęciu, ale zapewniam, że sytuacja Teo jest w większości wytworem mojej wyobraźni, a moją inspiracją są filmy oraz muzyka - przed stworzeniem tego bloga nie czytałam nic w podobnej tematyce. W sumie opowiadanie jest zbiorem wszystkiego, mojego życia (przerażające jak wiele stąd można dowiedzieć się o mnie), różnych inspiracji...
      Nie wiem czy wydarzenia zaskoczą, czy nie - wyjdzie w praniu :) Myślę jednak, że opowiadania do końca nikt z czytelników nie przewidzi - mam taką nadzieję, bo przecież byłoby nudno, gdyby wszystko było tak oczywiste.
      Nawet nie wiem jak mam dziękować za tak wspaniały komentarz! W sumie mam uczucie, że wyolbrzymiasz, bo nadal trudno mi pojąć fakt, że to co piszę komuś się podoba... Jednakże niewątpliwie Twoje komentarze dodają mi siły i nie pozwalają się poddać. Może nie rzuciłabym pisania, ale z pewnością nie publikowałabym nic, gdyby nie takie osoby jak Ty. Dziękuję bardzo!
      PS Wracam do poprawiania kolejnego rozdziału!

      Usuń
    3. Moja droga, zawsze czytam Twoje odpowiedzi, więc nie ma się o co bać. Co prawda ostatnio nie miałam okazji zajrzeć na Twojego bloga, to akurat dziś mam zamiar napisać komentarz do nowego rozdziału :)

      Usuń
  6. Hej,
    ojć, Nikodem w piękny sposób przekazał fotografowi aby trzymał się z daleka od Theodora :) prezenty...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy