poniedziałek, 5 października 2015

Rozdział XVIII

                - No, Teo, musiałeś być grzeczny! – Usłyszałem.
                Otworzyłem zaspane oczy, jeszcze nie do końca kontaktując o czym mówi do mnie moja przyjaciółka.
                - Hmm? - mruknąłem.
                - No - zaczęła, zbita z tropu. - Mikołaj był - poinformowała mnie.
                Podniosłem do góry brew. Razem z Lily ponad dziesięć lat temu odkryliśmy, że Święty Mikołaj tak naprawdę nie istnieje. Jak większość dzieciaków postanowiliśmy to sprawdzić poprzez przyłapanie go, lecz jedyne co wyszło to zawód, że żadnego Mikołaja nie ma, a prezenty pochodzą od rodziców.
                Szósty grudnia zwiastował, że coraz bliżej były święta Bożego Narodzenia. Właśnie tego dnia dostawało się kalendarzyk z czekoladkami, które tak naprawdę opróżniało się od razu niż wyliczało do końca. To był drobny, przyjemny akcent całej tej atmosfery.
                - Och, dostałaś rózgę? - zapytałem, udając zrozumienie.
                Lils stuknęła mnie tylko w głowę, a ja odruchowo zamknąłem oczy. Potem udałem się do salonu, gdzie rzeczywiście czekał na mnie prezent. Poczułem się niezręcznie. Dlaczego państwo Hopkinsowie mieli dawać mi prezenty, skoro miałem rodziców?
                Nawet nie liczyłem na to, że matka z ojcem odezwą się do mnie z tak błahego powodu jak Mikołajki. Jednak dziwnie czułem się bez kontaktu z nimi, szczególnie, że już teraz miałem przedsmak pierwszych, nierodzinnych Świąt.
                Podszedłem niepewnie do torby. Na małej karteczce doczepionej do niej znajdowało się moje imię napisane pochyłym pismem, a literka „T” była ładnie zawinięta. Bez wątpienia napisała to ciocia. Już chciałem zerknąć do środka, gdy usłyszałem skrzypienie podłogi.
                Uśmiechnąłem się, gdy zobaczyłem, że stoi za mną mama mojej przyjaciółki.
                - Dziękuję - przerwałem ciszę. – Nie trzeba było.
                - Nie ma za co, Teo. Przecież wiesz, że jesteś częścią rodziny - dodała, a ja poczułem to specyficzne ukłucie w sercu. Nieprzyjemny stał się dla mnie fakt, że Hopkinsowie stanowią dla mnie drugą rodzinę. Tak nie powinno być, przecież miałem matkę i ojca, to u nich powinienem mieszkać, z nimi obchodzić Boże Narodzenie. Zacisnąłem usta, zdając sobie jaką gorycz za sobą niosą nadchodzące dni.
                - Jest za co - odparłem i chwyciłem kobietę w ramiona, mocno tuląc. Zdawało mi się, że ona dobrze wiedziała, że chodzi mi o coś zupełnie innego.

***

                W szkole wiele osób nosiło czerwone czapki z białymi pomponami. Dopiero po pierwszej lekcji, gdzie zostałem natychmiast wzięty do odpowiedzi, zrozumiałem, że tak naprawdę większość nie miałaby świątecznych nakryć głowy, gdyby nie fakt, że kilka dni wcześniej samorząd uczniowski ogłosił bardzo ważną informację. Otóż szóstego grudnia osoby z czapkami nie będą pytane oraz mają prawo nie pisać niezapowiedzianych kartkówek. Ot, taka filozofia.
                Byłem na siebie zły, że zapomniałem o tym, lecz już z samego rana myślałem nad czymś innym - chciałem odwiedzić matkę. Wiedziałem, że ojciec będzie w pracy, ale pragnąłem zobaczyć się z rodzicielką, w sumie nie byłem pewny z jakiego powodu. Z okazji Mikołajek nie składa się życzeń, więc równie dobrze mogłaby pomyśleć, że przyszedłem po prezent. Jednak ja chciałem ją tylko zobaczyć, bo sporo czasu minęło, odkąd stanąłem z nią twarzą w twarz.
                - Masz.
                Przede mną pojawiła się mikołajkowa czapka, którą chwyciłem w dłonie i z wdzięcznością spojrzałem na Nikodema.
                - Dzięki – mruknąłem, tarmosząc miękkie futerko pomponika.
                Nik uśmiechnął się do mnie, potargał moje włosy (zauważyłem, że ten ruch był u niego nagminny) i tyle go widziałem, bo ruszył w stronę swojej klasy.
                Dzięki Carterowi nie musiałem już odpowiadać na żadnej lekcji ani pisać kartkówek. Uznałem to za kolejny mikołajkowy prezent, który nieco poprawił mój humor.
                Po zakończonych lekcjach ruszyłem w kierunku rodzinnego domu. Przez większość trasy biłem się z myślami. Co miałem powiedzieć? Jak się zachować?
                Kolejny problem pojawił się, gdy stanąłem przed bramą. Dobiła mnie myśl, że do domu swoich rodziców muszę dzwonić dzwonkiem, a do domu Hopkinsów wchodzę bez problemu, ponieważ otrzymałem własną kopię kluczy.
                Czekałem chwilę aż matka wyjdzie. Obserwowałem okno kuchni, gdzie najczęściej przesiadywała. Zauważyłem tylko lekki ruch firanką, znak, że mnie zobaczyła. Zadzwoniłem jeszcze raz - bezskutecznie.
                Nieprzyjemny mróz, który uderzał w moje policzki nagle przestał mieć znaczenie, gdy zrozumiałem, że matka po prostu mi nie otworzy.
                Dolna warga zadrżała mi podejrzanie, zdradzając jak blisko płaczu jestem. Jednak zacisnąłem zęby, odwróciłem się na pięcie i odszedłem. Skoro nie byłem tu mile widziany to trudno. Przecież nieco ponad rok dzielił mnie od dorosłości, więc nie potrzebowałem wcale rodziców, prawda?
                Wiedziałem, że oszukuję sam siebie. Potrzebowałem matki i ojca, ale mogłem liczyć pod tym względem na siebie bądź ciocię i wujka.
                Gdy wracałem dobrze znaną mi trasą na osiedle domków jednorodzinnych w głowie dudniło mi od myśli, a uczucie odrzucenia jeszcze bardziej dodawało goryczy porannym myślom.
                Westchnąłem, a biały dym wyleciał z moich ust. Było naprawdę zimno, więc przyspieszyłem tempo, aby rozgrzać się szybkim marszem.

***

                Jak co tydzień wracając w piątek ze szkoły, zdążyłem tylko zdjąć buty, odłożyć kurtkę i rzucić w kąt plecak, po czym z impetem padłem na miękkie łóżko. Uśmiechnąłem się leniwie, napawając się ciszą i przyjemnie miękkim posłaniem. Oczywiście dźwięk przychodzącej wiadomości wybił mnie z rytmu.

Od: Nikodem
„Wybierasz się może na świąteczne zakupy?”

                Przeciągnąłem się leniwie i dopiero po chwili odpisałem.

Do: Nikodem
„Chyba tak, ale nie wiem jeszcze kiedy. Dlaczego pytasz?”

Od: Nikodem
„To może pójdziesz jutro ze mną? J

                Uśmiechnąłem się szerzej do małego ekranu telefonu.

Do: Nikodem
„Ok, chętnie. O 15:00, pasuje?”

                Poczekałem tylko chwilę na kolejną wiadomość od Cartera, która brzmiała „Będę po ciebie o 15 J” i wgramoliłem się pod kołdrę, nie zważając na to, że jest środek dnia, zasnąłem.

***

                Siedziałem na kuchennym taborecie i piłem ciepłą herbatę, patrząc na ponuro wyglądający krajobraz za oknem. Ileż to ja razy powtarzałem sobie w myślach jak nienawidzę zimy. Choć niewątpliwie śnieg był jednym z nielicznych plusów tejże pogody, lecz i on przestawał cieszyć po chwili, gdy stawał się brudną breją.
                Westchnąłem cicho słysząc, że wujek już wstał i udał się do łazienki. W końcu dom budził się do życia, bo ja nie spałem od godziny trzeciej. Zdziwiło mnie to, że zasnąłem na tak długo i nadal byłem w pewnym sensie zmęczony, choć to zmęczenie zdawało się nie obejmować mojego ciała. Czułem się ociężale pod względem psychicznym i wiedziałem, że nawet spanie całą dobę nie zmyje tego uczucia.
                Wstałem, aby zaparzyć wodę na kawę dla wujka. Współczułem mu, że musi tak wcześnie wstawać, jednak mężczyzna i tak lubił swoją pracę, a nie był to typ człowieka, który może wylegiwać się bezczynnie.
                - Dzień dobry – przywitałem się, gdy tata mojej przyjaciółki stanął na progu.
                Mężczyzna odpowiedział mi tymi samymi słowami, które zakłócił gwizd czajnika. Zalałem wujkowi kawę, gdy ten przyrządzał sobie śniadanie.
                - Dziękuję, Teo. - Skinął głową, przyjmując z niemałą czcią czarny płyn i po chwili pijąc spory jego łyk. – I jak tam? – zagadnął. – Mieszkamy w jednym domu, ale trochę się mijamy, nieprawdaż?
                Uśmiechnąłem się lekko na jego słowa. Racja, wujka widywałem zdecydowanie rzadziej niż resztę domowników.
                - Nic ciekawego się nie dzieje, ale dziś idę na zakupy świąteczne – poinformowałem. - No i mijamy się, prawda, ale to wszystko dlatego, bo do późna, wuju, pracujesz.
                Adam zaśmiał się wesoło, za co podziwiałem go niezmiernie – był wczesny ranek, a on potrafił mieć świetny humor o obojętnie jakiej porze.
                - Mówisz jak Irma. Jeszcze brakuje, abyś ty mi o to suszył głowę – wymruczał, po czym upił łyk kawy. – Na zakupy idziesz z tym swoim Nikodemem? – zapytał.
                Spojrzałem na niego zdziwiony i nieco zawstydzony. Bądź co bądź był to wujek, który na karku liczył tyle lat co mój ojciec, a okazał się zgoła inny od tatusia, bo przecież Adam mnie zaakceptował. I zadał dość jednoznaczne pytanie.
                - Wujku! – jęknąłem i zasłoniłem oczy dłonią. Może byłoby to dla mnie normalne gdyby chodziło o dziewczynę, ale dorosły pytający, ot tak, o chłopaka…
                - Lily coś wspominała, Laura też swoje dorzuciła – wyjaśnił. – Przepraszam, nie chciałem się wtrącać.
                Wziąłem głęboki oddech i przezwyciężyłem wewnętrzny wstyd, odparłem:
                - Nie, spokojnie, po prostu wszyscy są względem tego bardzo, hm, bezpośredni. – Uśmiechnąłem się, aby pokazać, że nic się nie stało. – Lils za dużo sobie ubzdurała, wujku. Za dużo romansideł się naczytała – dodałem.
                Adam skinął głową na znak, że rozumie i zabrał się za konsumowanie posiłku. Uznając rozmowę za zakończoną, rzuciłem „smacznego” i pomaszerowałem do pokoju, aby poleżeć jeszcze w łóżku oraz wymyślić, co komu kupić.

***

                Gdy Nikodem zadzwonił do drzwi byłem w trakcie przebierania spodni, bo poprzednie chwile wcześniej pobrudziłem jogurtem. Byłem więc zły słysząc okrzyk Laury „Ja otworzę!”. Szybko wciągnąłem spodnie na tyłek, wziąłem portfel i ruszyłem do przedpokoju, gdzie mała wiedźma witała Nika, który stojąc twarzą do mnie, od razu mnie zobaczył.
                - Hej – przywitał się ze mną.
                - Hej. Biorę rzeczy i spadamy – zarządziłem, rzucając dziewczynie na pozór rozeźlone spojrzenie.  
                - Okej – zgodził się.
                Nienawidziłem zimy. Szczerze jej nienawidziłem. Gdy Nikodem czekał na mnie, a ja musiałem ubrać na siebie kurtkę, szalik, czapkę, rękawiczki i buty, aż krew mnie zalewała. A i tak byłem pewny, że mimo tylu środków zapobiegawczych, będzie mi zimno.
                - No, już – westchnąłem.
                Spojrzałem na blondyna, który cały czas obserwował moje zmagania z ubieraniem się. Stał na tyle blisko mnie, że w jednym momencie mógł zwyczajnie poprawić mi czapkę, tak jak to robią troskliwe mamy. Uśmiechnąłem się tylko, nie komentując ani słowem, choć każdy taki gest sprawiał, że w środku robiło mi się gorąco, a serce zaczynało nieco szybciej bić. To było naprawdę miłe.
                Szliśmy wolno, uważając na oblodzone chodniki, choć i tak raz byłem bliski wywróceniu się. W ostatniej chwili uczepiłem się rękawa Nikodema, z radością przyjmując, że chłopak utrzymał pionową pozycję ciała i nie pociągnąłem go za sobą.
                - Niezdara – zaśmiał się ze mnie, a ja się do niego dołączyłem. Wolniej iść się nie dało, a ja i tak zdolny byłem wywinąć orła.
                Droga do galerii minęła nam na rozmowie. Byłem skłonny przyznać, że naprawdę lubiłem tak gawędzić z Nikodemem – nie przepadałem za paplaniem o niczym, ale z nim wychodziło to naturalnie i przyjemnie. Zaczerwieniony, mógłbym również dopowiedzieć, że tak naprawdę bardzo lubiłem Nika. Przyłapywałem się na tym jak przeciągam spojrzenia bądź przypadkowo mój wzrok schodzi na jego wąskie usta. Już pewien czas temu miałem możliwość, aby ich skosztować. Wtedy nie wyszło, a kolejna próba nie została podjęta, co zaczęło mnie w pewnym stopniu irytować. Bo dlaczego miałem udawać, że nic się nie dzieje, skoro faktycznie chciałem, aby blondyn mnie pocałował? W moich myślach pojawiało się nieśmiałe marzenie, że mógłby mnie do siebie tulić, cmokać w policzek i całować w usta. I gdzieś tam w tyłach podświadomości, choć nie do końca to do mnie docierało, a jeśli docierało to zagłuszałem to innymi myślami, po prostu chciałem, żeby Nikodem na pewien sposób mój. I choć to była jeszcze zwykła, ulotna myśl, już narodziła się w mojej głowie, a gdy tylko się pojawiała, zawstydzała mnie maksymalnie. No, bo jak ktoś mógłby być mój? Byłem świecie przekonany, że nie jestem na tyle wartościową osobą, aby ktoś mógł mnie pokochać. Po prostu sądziłem, że skoro rodzice nie mogą mnie obdarzyć tym uczuciem na tyle mocno, aby mnie zaakceptować to tym bardziej obca osoba nie jest w stanie poczuć tego do mnie.
                - Wiesz już co chcesz kupić? – zapytał Nik, gdy byliśmy już w galerii.
                - Mhm – mruknąłem. – Na pewno Lily kupię płytę, a Laurze słuchawki, bo ostatnio narzekała, że swoje popsuła. Dla cioci wyszukałem książkę, która jej się z pewnością spodoba, natomiast dla wujka muszę znaleźć puzzle.
                - Puzzle? – zapytał, a w jego głosie usłyszałem niedowierzanie. Uśmiechnąłem się szerzej.
                - Wujek potrzebuje puzzli, aby po całym dniu w pracy móc się zrelaksować. Jest to dziwne, ale cóż, to jego hobby. – Wzruszyłem ramionami. – Tylko zastanawiam się czy Gabrielowi kupić książkę czy coś innego? – dopytałem. Nie miałem przecież zamiaru mówić, że nie mam zielonego pojęcia co kupić mu samemu ani też wspominać, że wraz z moją przyjaciółką składaliśmy się na prezent dla Natana. Pamiętałem, że Davies z Carterem za sobą nie przepadają (choć dalej nie znałem przyczyny tego konfliktu), więc wolałem przemilczeć ten fakt.
                - Jeśli chodzi o Gaba to będzie zadowolony nawet z skarpetek. On cieszy się z każdego drobiazgu, serio, więc nie martw się, że coś mu się nie spodoba. Dodatkowo przeczyta każdą książkę, którą da mu się do rąk, więc bez problemu coś wybierzesz – odparł.
                W sumie cieszyłem się, że nie zapytał o rodziców. Musiałbym skłamać, że dla nich prezent już kupiłem, a przecież tych ludzi podczas Bożego Narodzenia miałem nawet nie zobaczyć. Śmiałem wątpić czy kiedykolwiek ich zobaczę, skoro matka unikała mnie, a ojciec mną gardził.
                Przechodziliśmy obok męskiego sklepu, gdzie na wystawie rzuciła mi się w oczy męska bluza. Szara, z ciekawym nadrukiem, od razu przypasowała mi do Nikodema, któremu najwyraźniej też się spodobała.
                - Muszę odpuścić sobie wszelkie zakupy, bo w końcu nie sobie mam kupować prezenty – skomentował, a ja kiwnąłem głową, w której w tym samym czasie powstał plan, że następnego dnia wrócę po tę bluzę i podaruję Carterowi na Boże Narodzenie.
                - A co ty chcesz kupić rodzinie? – dopytałem, ciągnąc temat i słuchając co chce kupić swojej rodzinie oraz przyjaciołom.
                Choć zakupy z reguły nie należały do przyjemnych rzeczy (przynajmniej dla mnie) to te z Nikodemem były zdecydowanie lepsze. Ogólnie sprawa z blondynem wyglądała tak, że cokolwiek byśmy nie robili, z nim było fajniej. I to uczucie, które towarzyszyło każdemu spotkaniu z Nikodemem zdecydowanie przewyższało poziom zwykłego „lubię go” i stawało się silnym zauroczeniem.

***

                Wyszliśmy z galerii z pełnymi rękami reklamówek i torebek. Ponownie owiało nas lodowate powietrze, a rozgrzane policzki nagle zaczerwieniły się jeszcze bardziej pod wpływem mrozu.
                Przeszliśmy ledwo co parę kroków, gdy zadzwonił mój telefon. Miałem ochotę zakląć siarczyście, bo nie byłem w stanie położyć tego co trzymałem w rękach na mokry chodnik.
                - Daj, potrzymam – odezwał się Nik.
                Podałem mu jedną część toreb i sięgnąłem po telefon. Po zobaczeniu kto dzwoni nie opanowałem cisnącego się na język słowa:
                - Kurwa – zakląłem, choć przeklinanie nie do końca do mnie pasowało. Wciskanie co drugie słowo bluzgi było moim zdaniem niekulturalne.
                Nikodem, chociaż widziałem na jego twarzy wymalowaną ciekawość, nie odezwał się, tylko pozwolił mi odebrać.
                - Halo? – burknąłem, po naciśnięciu zielonego klawisza. Jak już pofatygowałem się, aby wyciągnąć komórkę to mogłem odebrać.
                - Cześć, Teo – odezwał się Demetrio. Zauważyłem, że jego głos był nieco zniekształcony.
                - Taa, dzień dobry. W jakiej sprawie dzwonisz? – zapytałem dość bezczelnie, ale nie miałem zamiaru być miły dla tego człowieka.
                - Po prostu mam kolejną ofertę dla ciebie, Teodorze. Ciekawe sesje, będziesz mógł trochę dorobić – kusił. Nie potrzebowałem na tę chwilę pieniędzy, a nawet jeśli, nie miałem już zamiaru zarabiać ich przed obiektywem Salerno.
                - Nie jestem chętny – odparłem.
                - Teo… Ostatnio mogło być fajnie. Teraz też może – nieudolnie przekonywał, a mnie aż ciarki przeszły na samą myśl ostatniej sesji. Z pewnością to do czego zmierzał było bardzo profesjonalne…
                - Nie. Nie zgadzam się już na żadne sesje. Najlepiej będzie jak usuniesz mój numer ze swojej komórki – zaproponowałem, po czym się rozłączyłem.
                Od razu napotkałem pytający wzrok Nikodema.
                - Salerno dzwonił? – domyślił się.
                - Tak – mruknąłem. – Pyta mnie o kolejne sesje.
                Poprawiłem czapkę i wziąłem od blondyna moje zakupy.
                - To dobrze, że się nie zgadzasz – skomentował, gdy ruszyliśmy ponownie wolnym krokiem, przemierzając kolejne ulice i idąc prosto do domu Hopkinsów.
                - Nawet do innych fotografów bym nie poszedł – przyznałem. – Nie nadaję się do tego, serio.
                - A i tak dobrze, że nie idziesz do niego – powtórzył, patrząc na mnie.
                Odwzajemniłem spojrzenie i uśmiechnąłem się lekko. Gorąca lawa znowu wylała się gdzieś wewnątrz mnie i zrobiło mi się znowu ciepło oraz miło. Ot, tak po prostu, spacerując z Nikodemem, przebywając z nim, poczułem się odrobinę szczęśliwszy. Taka odrobina szczęścia w mojej sytuacji zdawała się być balsamem na wszelkie zło i troski, bo uśmiechając się do niego i patrząc w złociste oczy, w ogóle nie myślałem o rodzicach czy domu.
Zwyczajnie cieszyłem się chwilami spędzonymi z Nikodemem.




***

Hej!
Przede wszystkim zacznę od przeprosin. Z całego serducha przepraszam, że ten rozdział pojawił się tak późno. Mam świadomość, że zrobiłam okropną przerwę i nie wiem czy powinnam się tłumaczyć, ale jak tylko znalazłam chwilkę wolnego, by dokończyć ten tekst to... zepsuł mi się laptop. Odcięto mnie na ponad tydzień od pisania, więc wróciłam najszybciej jak się dało!
No i tak się składa, że dość słodko się zrobiło. Teo swoje już wie, więc Wam zostaje chyba tylko czekać na działanie, hm?
Mam nadzieję, że rozdział się spodobał :)
Malina

                

11 komentarzy:

  1. Nie mogłam uwierzyć, że to naprawdę kolejny rozdział!
    Naprawdę, naczekałam się i akurat dzisiaj kiedy mam czas, mogłam go przeczytać!
    Bardzo mi się podobał. To była taka odskocznia od jego problemów, choć nadal je ma.
    Ładnie, ładnie. Oby tak dalej! Czekam niecierpliwie na kolejny rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie to się nie dziwię - po takiej przerwie jest to szok D:
      Cieszę się, że mimo wszystko czytasz mojego bloga! I także jestem zadowolona, że rozdział Ci się podobał :)
      Dziękuję bardzo!

      Usuń
  2. W końcu nowy rozdzialik!! Jejjj! I chcociaz krotki to bardo się ciese, ze się pojawil. Szablon bloga jest na tyle irytujący i niewygodny, ze muse czytac na komórce, ale nieważne... xd

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz :)
      No cóż, nie da się zrobić tak, aby każdy był zadowolony. Mi ten szablon bardzo się podoba, więc nie zamierzam go zmieniać ;)

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Oooo tak, ten rozdział był fajny.
      Tylko mam jedno, małe, malusieńkie zatsrzeżenie. Rozumiem, że akurat teraz dość długo czekaliśmy na rozdział, ale proszę Cię, powolna akcja jest rajem dla mej duszy, jednak nie wtedy, gdy na rozdziały czeka się ponad miesiąc. Bardzo, ale to bardzooo się cieszę, że Teo już ogarnia co mniej więcej czuje.
      Rozdzialik był taki dość krótki, no ale da się przełknąć. Wybaczę Ci to, ze względu na to, że chciałaś go jak najszybciej dodać, oraz ze względu na to, że Teodor wie co czuje, bo to naprawdę duży przełom. Teraz tylko wystarczy poczekać na jakąś akcję, wiesz, akcję z dużym naciskiem na TEO X NAT :D
      Nie mogę się doczekać następnego rozdziału, bo kocham tego bloga i Twoje opowiadanie. Czekam nie-cier-pli-wie <3

      Usuń
    2. Wiem, wiem, nieźle zawaliłam z tym rozdziałem :( Dlatego bardzo przepraszam, ale kurczę, to też nie jest do końca zależne ode mnie. Staram się jak mogę, naprawdę, ale są takie okresy, gdzie nie mam czasu na sen, a co dopiero na pisanie :(
      Obiecuję, że kolejny rozdział pojawi się szybciej (już się za niego zabrałam, o!) i nie wiem czy będzie dłuższy/lepszy/cokolwiek innego, ale na pewno pojawi się może nawet cztery razy szybciej niż poprzedni.
      No coś tam będzie się działo, mam nadzieję, że wyjdzie to wszystko tak jak należy. Jeszcze trochę pomęczę tę powolną akcję, jednakże zdecydowanie nie będzie ona stała w miejscu :)
      Dziękuję bardzo!

      Usuń
  4. Omg, aż mi się świąt zachciało. Kupuję czapkę Mikołaja już od kilku lat, zawsze przypominam sobie o niej zbyt późno i nie mogę znaleźć albo nie mam szans na wybranie się do miasta xD
    Rozdzialik bardzo uroczy, Boże, czekam już na jakieś małe kroczki od strony któregoś z nich. Po cichutku liczyłam na to, że Teo zgodzi się jednak na sesję, ale niech ci będzie x3
    Pozdrawiam i proszę twój laptop, żeby nie protestował :')

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taak, nie ma to jak opisywanie Bożego Narodzenia w październiku :v W sumie to też zachciało mi się tego klimatu i noszenia czapek Mikołaja c:
      Naprawdę miałabym wydać Teo w ręce tak niedobrego fotografa? Niee, aż taka zła to ja nie jestem.
      Dziękuję bardzo! :)

      Usuń
  5. Hej,
    aż mi smutno, że matka nie chciała otworzyć drzwi Theo, tak bardzo miło spędził czas z Nikodemem i to rozlewające się ciepło, choć co mysli Nikodem...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy