niedziela, 22 listopada 2015

Rozdział XXIII

                Przetarłem dłońmi parę razy po okrytych dżinsami udach, ułożyłem w głowie swoją wypowiedź i dopiero wtedy podniosłem wzrok.
                – Odebrałem telefon od mamy – wymamrotałem, patrząc na panią psycholog.
                Kobieta kiwnęła głową i poprawiła pasemko włosów, które przy tym ruchu zsunęło się na twarz.
                – O czym z nią rozmawiałeś? – dopytała. Naprawdę pomocne były jej pytania. W tej chwili sam nie potrafiłem znaleźć sposobu, aby opisać tę rozmowę telefoniczną. Nadal nie mogłem ułożyć sobie tego do końca w głowie do końca, pewnie dlatego, bo niecałkowicie rozumiałem to, co się wtedy stało.
                – Chciała rozmawiać z ciocią – burknąłem, niezadowolony. – I gdy już chciałem odkładać słuchawkę to zapytała co u mnie.
                – Odpowiedziałeś?
                – Wtedy dopiero odłożyłem słuchawkę – przyznałem.
                Pani Evans przez chwilę na mnie patrzyła i widziałem, że zastanawia się nad czymś. Ze spokojem przyjąłem chwilę ciszy, a potem usłyszałem:
                – Myślisz, Teo, że twoja mama chciała naprawdę dowiedzieć się czegoś o tobie? O tym co u ciebie słychać?
                – Nie. Nie wiem. Może tak. - Przetarłem jedną dłonią oczy. – Chciałbym, aby okazało się, że mama się mną interesuje. Chciałbym po prostu, aby chociaż ona mnie nie zaakceptowała, skoro ojciec nie jest w stanie. Jednak wydaje mi się, że są to tylko moje durne marzenia.
                – Ja nie wierzę, że twoja mama jest obojętna na twój los. Nosiła cię tyle czasu pod swoim sercem, a teraz jesteś jej prawie dorosłym, jedynym synem. Nadal uważam, że powinieneś z nią rozmawiać, chociażby telefonicznie.
                – Nie chcę – odparłem. – To może się źle skończyć i okazać się, że Anna wcale nie jest dobrą matką. W końcu nie wykazywała nader matczynych instynktów jak byłem młodszy, więc nie widzę sensu na jednanie się z nią teraz, gdy trochę ponad rok dzieli mnie od dorosłości.
                – Nie wyjdzie ci na dobre odcinanie się od domu rodzinnego, skoro go posiadasz i masz szansę odbudować – powiedziała, kiwając przecząco głową.
                – Na pewno wyjdzie mi na lepsze niż słuchanie obraźliwych komentarzy ojca.
                – Teo… Nie jestem w stanie nakłonić cię do zmiany zdania na ten temat, ale cieszę się, że potrafisz ze mną o tym rozmawiać – pochwaliła mnie.
                – To nie tak, że chcę z panią rozmawiać – przyznałem całkowicie szczerze. – Po prostu to pani praca, a po co mam obarczać swoimi problemami bliskie mi osoby? I tak jestem już sporym problemem.
                – Nie nazywaj siebie problemem, Teo, to po pierwsze. A po drugie powiem ci tak: czasami trzeba wyżalić się osobie bliższej, a nie tylko psychologowi. Choć jestem od tego i zapewniam cię, że jak będziesz chciał to możesz przyjść w każdej chwili, to jednak z przyjaciółmi powinieneś od czasu do czasu szczerze porozmawiać, wyznać im co cię gryzie, bo zmartwienia naprawdę widać.
                Uśmiechnąłem się lekko, tak, że tylko kąciki ust uniosły się w górę. Z pewnością moje oczy nie okazywały tej sztucznej radości czy też udawanej ulgi, że po słowach pani Lucy nagle stało mi się lżej.
Nieprawda. Im więcej o tym mówiłem, tym więcej o tych sprawach myślałem. I na nowo rozdrapywałem temat rodziców, pojawiał się wątek o bliskich osobach, a przecież nie mogłem pozwolić, aby oni musieli słuchać moich narzekań. To były moje problemy i to ja powinienem je rozwiązywać.
Nie chciałem zrzucać na kogoś takiego ciężaru, który owszem, przyduszał mnie i pozbawiał jakichkolwiek sił, jednakże był mój. I ani Lils, ani Natan, a nawet Nikodem nie byliby w stanie zrobić nic, aby mi ulżyć. Może blondyn miałby iść do mojego ojca i pogadać z domniemanym teściem? Przecież życie nie idzie w parze z marzeniami i chociaż nie wiem jak bardzo pragnąłbym zjednania z rodzicami to po prostu nie było możliwe. Kontakt z nimi miałem tak lichy, że z pewnością w momencie, gdy wyprowadziłbym się z miasteczka, urwałby się całkowicie.
Nawet nie byłem w stanie stwierdzić, czy oby na pewno Anna i Robert mogę określić mianem „bliskich”. Pod względem biologicznym – oczywiście, ale czy to określenie nie powinno nosić głębszego sensu? Nie tylko połączenia przez więzy krwi, ale tego emocjonalnego przywiązania, którego moim zdaniem brakowało w naszych relacjach. Jednak ja na pokrętny sposób kochałem ich i pewnie dlatego bolał mnie fakt, że oni nie potrafią mi pokazać swojej miłości. Jednak czym ja zawiniłem, że matka i ojciec nie byli w stanie odzywać się do własnego syna? Naprawdę orientacja seksualna była dla nich tak kluczowym aspektem, aby od razu odciąć się ode mnie?
Nie umiałem wyjść z tego błędnego koła myśli. Jak bardzo nie chciałbym odciąć się od rodziców, ten temat wracał i uderzał we mnie z większą siłą. I tylko głowiłem się co z tym zrobić. Czy powinienem się odezwać do matki? Tak surrealny wydawał się fakt, że może jej zrobiło się przykro. Że mogłaby odczuć żal w momencie, gdy tak perfidnie nie otworzyła mi drzwi do własnego domu. Zawsze lepiej byłoby mieć przy sobie matkę, a może to była moja szansa na odtworzenie więzi z nią? Może nasza relacja powstałaby z tych gruzów i w końcu miałbym zalążek prawdziwej rodziny? Wróciłbym do domu i znów miałbym swój pokój. Przychodziłbym po szkole, a na stole czekałby ciepły obiad ugotowany przez rodzicielkę.
Ale mama przecież taka nie była. To były tylko moje marzenia. Walka o spełnienie go była pozbawiona sensu. Po co?
Swoimi myślami wracałem zawsze do punktu wyjścia – odcięcia się od rodziców. Ale tak naprawdę nie chciałem i nie mogłem tego zrobić. Dalej miałem nadzieję, że wszystko się ułoży. Jakie to było żałosne, żyć na szczątkach głupiej nadziei, gdy niezaprzeczalny fakt wskazywał, że byłem skazany na zapomnienie o matce i ojcu. Chciałem pchać się do swojej rodziny, w sumie bez większego sensu. To po cholerę tak bardzo łaknąłem tej akceptacji?

***

Była to moja kolejna lekcja z rzędu, więc siedziałem nieco wynudzony i niezbyt uważnie słuchałem gderania profesora.
Wszystko było ciekawsze od notatek, których w sumie nawet nie robiłem. Otworzyłem książkę na odpowiedniej stronie i rzuciłem okiem na temat lekcji. Naprawdę, nic wartego uwagi.
Rozejrzałem się po sali, szukając oznak, że nie tylko ja miałem ochotę wstać i wyjść stąd. Niestety, większość moich rówieśników, wgapionych było w swoje zeszyty czy nauczyciela, a gdy tak patrzyli na profesora i podpierali głowy o ręce to miałem wrażenie, że robią to tylko po to, aby nie zasnąć.
Kontakt wzrokowy złapałem z Feltonem, który siedział na przeciwległym kącie klasy. Przewrócił oczami, zrobił nieszczęśliwą minę i na tym skończyła się nasza niewerbalna rozmowa. Ja westchnąłem tylko cicho, aby przypadkiem nie przypomnieć o swojej obecności nauczycielowi i wróciłem do oglądania pomieszczenia.
Miałem to szczęście, że siedziałem obok okna. Gorzej mieli ci, który zajmowali miejsca od niego oddalone, bo pozostawało im wgapianie się w zielone ściany czy też oglądanie po raz setny tego, co znajdowało się na półkach. W ostateczności można by było liczyć sekundy, wpatrując się w zegar wiszący tuż nad tablicą.
Ja swoim wzrokiem śledziłem przejeżdżające samochody, równocześnie będąc myślami daleko od klasy czy lekcji. Z plątaniny rozmyślań w końcu wyszła jedna, najważniejsza, że Nikodem też jest na lekcji, lecz piętro niżej, w drugiej części budynku. Przyjemnie obserwowałoby się go, jakby robił notatki, przegryzał wargę i próbował pojąć temat. Wtedy nie musiałbym patrzeć przez okno, które tylko przypominało mi, że muszę siedzieć w szkole tyle czasu zamiast iść na spacer.
Osoba siedząca przede mną, pociągnęła mnie za rękę, na której opierałem głowę i wtedy wróciłem do świata realnego. Spojrzałem z dezorientacją na niego, a on tylko spojrzał na mnie współczującą miną i wtedy zrozumiałem, że mam przechlapane.
– Panie Nelson, może odpowie pan na moje pytanie? – Profesor gdyby był smokiem z pewnością wypuściłby w tym momencie dym nosem. Chociaż nie dałbym sobie ręki uciąć, że już tego nie zrobił.
– Mógłby pan, panie profesorze, powtórzyć? – poprosiłem.
– Powtórzyłem je wystarczającą ilość razy, aby do ciebie ono dotarło. Czekam więc na odpowiedź.
Spojrzałem bezradnie po klasie, ale nikt nie kwapił się do pomocy. Nawet Gloria wysłała mi bezradne spojrzenie, które utwierdziło mnie, że po prostu za żadne skarby na te pytanie nie idzie odpowiedzieć.
– Nie wie pan? – dopytał nauczyciel, siadając z powrotem na swoim miejscu i otwierając dziennik.
– Nie wiem, panie profesorze, ale… – zaciąłem się.
– Ale?
Skrzywiłem się tylko, a nauczyciel westchnął.
– Nelson, jedynka za nieuważanie na lekcji. I żeby mi to było ostatni raz, rozumiemy się? – Po pomieszczeniu zagrzmiał jego mocny głos. – Do reszty klasy niech to także dotrze.
Kiwnąłem głową i wymamrotałem przeprosiny pod nosem, a potem wbiłem wzrok w pustą kartkę. Zacząłem rysować na niej ludziki i pisać cokolwiek, byleby wyglądało, że słucham i notuję. Tak naprawdę dalej myślami odpływałem poza obszar tej klasy i co chwilę zerkałem na zegar, aby odliczać minuty do końca lekcji.

***

Idąc, zostawialiśmy na cienkiej warstwie śniegu swoje ślady. Biały puch dalej zalegał wszędzie, a zima tego roku ciągnęła się w nieskończoność. Przynajmniej powietrze nie było tak siarczyste i nieprzyjemne dla płuc, więc spokojnie ciągnąłem za sobą Nikodema na spacer po swoich ulubionych leśnych ścieżkach.
– Często włóczysz się po lesie?
– Czasami – odparłem zgodnie z prawdą. – Lubię tutaj przebywać i myśleć. A ty masz takie miejsce?
Nik zmarszczył brwi, zastanawiając się chwilę.
– Nie, chyba nie. Jak już myślę to leżąc w łóżku – przyznał. – A jak mam problem to wolę z kimś porozmawiać.
Zamilkliśmy na chwilę i szliśmy w ciszy, którą jedynie przerywał skrzypiący pod nogami śnieg. Ziemia była zamarznięta i twarda, a zapach lasu połączony z aromatem zimy powodował u mnie niesamowite wyciszenie i uspokojenie, szczególnie, że dodatkowo obok mnie maszerował Nik. Czułem się lepiej niż ostatnio, podczas rozmowy z panią Evans. Już powoli zapominałem o całym problemie, skupiając się na chwili, która właśnie trwała.
– Teo? – mruknął blondyn. Wyprzedził mnie i zaczął iść przede mną, przodem do mnie, a tyłem do ścieżki. Nie bardzo pochwalałem ten pomysł, bo ja na jego miejscu już dawno zahaczyłbym się o jakiś korzeń.
– Hm?
Nikodem uśmiechnął się szeroko, a dopiero potem zaproponował:
– Pobiegnijmy dalej.
– Nie – zaprotestowałem. – Znając moje szczęście to po chwili będę leżał jak długi na ziemi.
– Nie marudź – fuknął na mnie, ale dobry humor szybko mu wrócił.
Chłopak wspaniałomyślnie chwycił mnie za rękę i trzymając mocno, pociągnął do przodu, zmuszając, abym zaczął truchtać.
– Asekuruję cię i się nie przewrócisz – wytłumaczył i przyspieszył tempa.
Tego pomysłu także nie pochwalałem, ale biegłem z nim przez las, trzymając go mocno za dłoń swoją lodowatą ręką i mając pełną świadomość jak dziwnie musimy wyglądać. Nasz trucht zmieniał się w coraz szybszy bieg i choć czasami niefortunnie stawiałem stopę przez co ślizgałem się po przymarzniętym śniegu to obyło się bez gorszych sytuacji, w których potrzebowałbym pomocy Nika. Te okoliczności były dla mnie tak absurdalne, że próbowałem się śmiać i przy okazji oddychać głęboko, nieco zmęczony biegiem.
Widziałem, że chłopak dostosowuje się do mojego tempa i w chwili, gdy zaczęliśmy hamować, także śmiał się głośno, aż w końcu wykorzystując nasze złączone dłonie, pociągnął mnie do siebie i cmoknął w moje usta ułożone w szerokim uśmiechu. Nie dało się nie śmiać, gdy obydwoje staliśmy blisko siebie nieco spoceni, zarumienieni i utrzymujący kontakt wzrokowy.
– To co, polubiłeś bieganie?
– Takie nawet może być – odpowiedziałem przekornie, udając, że nadal nie do końca zostałem przekonany. Tak naprawdę jakbym miał biegać z Nikodemem, prawdopodobnie bym to robił.
– No wiesz ty co? – zapytał, pozornie oburzony. – A ja się tak starałem!
Nie wytrzymałem i zaśmiałem się ponownie.
– Mogę z tobą od wiosny biegać, ale teraz wracamy już normalnie – poinformowałem go.
Nikodem chętnie przystał na propozycję i nawet wracając wolnym krokiem, dalej jego dłoń spleciona była z moją dłonią.

***

                Nim się obejrzałem, nadeszła ostatnia sobota stycznia. Dokładnie w ten dzień, dwudziestego szóstego dnia pierwszego miesiąca roku, przyszedłem na świat.
                Obudziłem się około godziny dziesiątej i leżałem na łóżku, myśląc o tym, że właśnie mam siedemnaście lat. Kiedy ten czas zleciał? Naprawdę nie byłem w stanie na to pytanie odpowiedzieć. Wielkimi krokami zbliżało się dorosłe życie, a ja dalej pamiętałem momenty, gdy byłem małym brzdącem. Wszystkie wspomnienia, wesołe i smutne chwile, kłótnie i sojusze z rówieśnikami… To tak jakby wszystko odbyło się wczoraj, a nie na przestrzeni siedemnastu lat. A dodatkowo miałem przed sobą jeszcze kolejne lata, całą przyszłość, która kiedyś miała się stać przeszłością.
                Zszedłem z łóżka dopiero w momencie, gdy przyszła wiadomość z życzeniami od Sary, Glorii i Niny. Człapiąc do kuchni zauważyłem, że zostałem sam w domu. Na lodówce znalazłem karteczkę z informacją kto gdzie się wybrał, więc z braku innego zajęcia, po prostu zjadłem śniadanie i doprowadziłem się do stanu używalności, aby w każdej chwili móc wyjść na dwór.
                Moje przypuszczenia okazały się słuszne, bo po dwóch godzinach, podczas których zajmowałem się czytaniem książki, usłyszałem dzwonek do drzwi.
                – Wszystkiego najlepszego – powiedział na przywitanie Nikodem. Zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, blondyn bez żadnych oporów mnie pocałował.
                Nie mogłem zaprzeczyć, że taka forma życzeń bardzo mi się spodobała. Wręcz zamruczałem z aprobatą na tę delikatną pieszczotę.
                – Idziemy na spacer czy korzystamy z uroków tego oto ciepłego budynku? – zapytałem, ani myśląc, aby się od niego odsunąć.
                – Może się przejdziemy, co? W końcu wystarczająco czasu siedzimy w szkole – zaproponował Nik.
                Jeszcze chwilę stałem przytulony do niego, a potem niechętnie odsunąłem się, aby ubrać kurtkę i buty.
               
***

                Jakiś czas później tułaliśmy się bez celu po mieście. Co chwilę ulicami przejeżdżały kolejne samochody, a ludzie obok nas przechodzili, spiesząc się do tylko sobie wiadomego celu. My szliśmy spacerowym krokiem, zmierzając w stronę parku.
                Wszystkie ławki były pokryte śniegiem, więc postanowiliśmy z Nikodemem, że usiądziemy na oparciu jednej z nich. I kiedy już zajęliśmy miejsce, chłopak odchrząknął i zaczął nieco skrępowany mówić:
                – Teo, mam dla ciebie prezent.
                – Och – wydukałem. Niby logiczny był fakt, że z okazji urodzin otrzymuje się prezent, ale nigdy nie dostałem prezentu od swojego chłopaka. Z resztą cieszyłem się, że pamiętał, a coś tak przyziemnego jak upominek nie zamącało mi myśli. W sumie spacer z nim uważałem za najwspanialszy prezent, bo w końcu był tu ze mną, rozmawiał i śmiał się. To cieszyło bardziej niż jakiekolwiek rzeczy materialne, chociaż one także były miłe, szczególnie, gdy zostały kupione z myślą o mnie. A to co on chciał mi dać z pewnością zostało kupione z myślą o mnie.
                – Nie wiedziałem zbytnio… – zaciął się. – No, nie wiedziałem co ci dać. Proszę. – Z kieszeni wyciągnął kwadratowe, małe pudełeczko i wręczył mi je.
                – Dziękuję – wydukałem. Boże, przez tę niespodziankę znowu byłem tak żałośnie skrępowany.
                Nikodem przyglądał mi się uważnie i widziałem, że czeka na moją reakcję. Nieco zmarzniętymi palcami – znowu zapomniałem rękawiczek – otworzyłem pudełeczko. Moim oczom ukazała się bransoletka na ciemnobrązowym sznurku z grubym okręgiem na którym wygrawerowane zostało „dum spiro, spero”.
                Wziąłem biżuterię do ręki i przyjrzałem jej się z bliska. Nie byłem pewny, ale blondyn w tym momencie chyba wstrzymał oddech, więc aby go jeszcze bardziej nie denerwować, odezwałem się w końcu:
                – Nie rozumiem tego napisu – przyznałem. – Ale jest naprawdę ładna. Dziękuję.
                Wychyliłem się do Nikodema i dałem mu buziaka w policzek, szybko wracając na miejsce.
                – Lubię łacińskie sentencje, więc pomyślałem, że będzie pasować. „Dum spiro, spero” oznacza „póki oddycham, mam nadzieję” – wyjaśnił mi, uśmiechając się lekko. Widziałem, że chociaż nie chce tego okazać to cieszył się, że nie skrytykowałem prezentu. Notabene byłbym ostatnim draniem, gdybym to uczynił.
                – Oryginalnie.
                Kiwnąłem głową w geście uznania i już po chwili na moim nadgarstku znajdowała się bransoletka. Przyglądałem się jej jeszcze chwilę i utwierdzałem się w przekonaniu, że pasuje do mnie. Grawer także mi się spodobał, w końcu brzmiało to sto razy lepiej od popularnych „love” czy „hope”.
                – Wracamy? Bo zamarzniemy siedząc na tej ławce.
                – Dobra, ale przejdźmy się jeszcze w głąb parku – poprosiłem.
                Cały czas się uśmiechałem i w tamtym momencie było to dla mnie takie naturalne. Szedłem blisko blondyna, a nasze palce ocierały się o siebie i nie byłem w stanie przemóc się, aby schować dłoń do kieszeni. Dlatego też wystawiałem rękę na marznięcie, byleby dalej czerpać odrobinę więcej przyjemności ze spaceru z Nikiem.
                – Teodor? – Usłyszałem za swoimi plecami.
                Stanąłem w miejscu i pierwsze co zrobiłem to oddaliłem się nieco od blondyna. Dopiero potem, już bez szerokiego uśmiechu, odwróciłem się ku osobie, która mnie zawołała.
                Przede mną stał mój ojciec.
                W moim sercu coś załomotało, a płomień nadziei znów zapłonął. Jednak ta nadzieja, która się u mnie pojawiła była silniejsza niż kiedykolwiek od momentu, gdy wyniosłem się z domu. Bo teraz istniała możliwość, że będę mógł do niego wrócić.
                Mógłbym mieć znów rodzinę. Mój umysł w sekundzie przetrawił tę informację i tylko czekałem aż tata się odezwie. Ja nie byłem w stanie otworzyć ust, stałem zaskoczony z Nikodemem u boku, który obserwował całą sytuację.
                – Nadzieja matką głupich, idioto – szepnął głosik w mojej głowie. – Czy nigdy się tego nie nauczysz?



***

Hej!
               Jestem w pełni świadoma, że takie zakończenie robi ze mnie prawdziwą jędzę, ale cóż poradzę... Gdyby w tym rozdziale pojawiło się rozwinięcie tej akcji to byłoby za dużo wszystkiego ;)
               Ostatnio postanowiłam informować Was, jeśli nie będę w stanie dodać tekstu dokładnie tydzień po opublikowaniu poprzedniego. Taka krótka notka będzie znajdować się wtedy po lewej stronie bloga.
Pozdrawiam,
Malina

8 komentarzy:

  1. Jeju, wzruszył mnie napis na bransoletce, zwłaszcza, że jest od Nikodema <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Długo się zastanawiałam nad tym napisem i cieszę się, że Ci się podoba :) Osobiście tak jak Nik lubię łacińskie sentencje :D

      Usuń
  2. Kurwa, urwane w takim momencie! Życzę sobie przyspieszenia akcji (rodzice Teodora!)(tragedie!)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałam spotkanie zakończyć w tym rozdziale, jednak wyszedłby za długi :( Akcji niestety nie przyspieszę, ale postaram się napisać kolejny rozdział jak najszybciej!
      Skąd założenie, że będą tragedie? ;)

      Usuń
  3. Hej,
    i co? jak tak można w takim momencie :) ale i mam złe przeczucia co do tego spotkania...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy