wtorek, 8 grudnia 2015

Rozdział XXIV

                Moje serce zabiło mocniej i w klatce piersiowej poczułem niemalże bolesny ścisk, uczucie tak charakterystyczne dla szybko rosnącej nadziei, zasłoniło mi na moment inne odczucia. Jednak te wróciły. Szok z tak nieplanowanego spotkania z ojcem z pewnością odbił się w moich oczach, a może i był widoczny na całej twarz. Siedemnaście lat temu ten człowiek stał u boku swojej żony, szczęśliwy, że na świat przyszedł jego syn. A teraz właśnie ten syn, czyli ja, czekał na to, co powie.
                – Co ty tutaj robisz? – zapytał całkiem neutralnie.
                – Spaceruję.
                – Powinieneś siedzieć przy książkach, a nie szlajać się po parku – odparł, a jego głos nagle przybrał ostrzejszy ton.
                Chciałem się wycofać, ale jeszcze bardziej chciałem, aby okazało się, że ojciec pragnie mojego powrotu do domu. Dlatego też stałem dalej przed nim, siłując się na spojrzenia.
                – Jest sobota. Nie muszę cały czas się uczyć – odpowiedziałem, starając się, aby brzmienie mego głosu było jak najbardziej przymilne. Nie chciałem go denerwować, naprawdę nie chciałem…
                – Ale pedałem jesteś dalej? – zapytał. – Nie powinieneś łazić po mieście i pokazywać się publicznie. – Spojrzał na Nikodema, a potem wrócił wzrokiem na moją twarz. – Mu też dajesz dupy? Myślałem, że z matką dobrze cię wychowywaliśmy.
                – Tato – mruknąłem. Przez myśl przemknęła mi chęć wyciągnięcia ku niemu ręki, lecz powstrzymałem się i tylko słuchałem dalej.
                – Nie nazywaj mnie tak, pedale. Dalej jesteś lachociągiem, tak? Pewnie mu – wskazał na blondyna – i inny dajesz. Widzę, że spotkania z psychologiem na nic się nie zdają. A przecież tacy jak ty przynoszą wstyd, a szczególnie wstydzę się tego, że nosisz moje nazwisko – powiedział, przy okazji okrutnie utwierdzając mnie w tym, że dla niego nie jestem odpowiednim synem.
                Płomień, gdy odcina mu się dopływ tlenu, gaśnie. Tak samo jak ta nadzieja, która we mnie wzrosła, nagle wypaliła się. Coś zimnego wylało się w moim wnętrzu, a gdy dalej patrzyłem na tego człowieka, słuchałem obelg w stronę swoją i Nikodema, miałem ochotę uciec.
                Więc dlaczego miałem tego nie zrobić?
                Odwróciłem się na pięcie i zacząłem biec, tak, jakbym uciekał przed ścigającymi mnie demonami. A tak naprawdę tylko w oddali został mój ojciec. Nikt więcej, tylko mój ojciec był w stanie doprowadzić mnie do łez, które choć były niechciane, zebrały się i znalazły ujście, płynąc po policzkach. Wcale nie chciałem płakać, przejmować się ojcem, uciekać. To była tylko moja reakcja obronna na zranienie, unicestwienie nadziei oraz zniszczenie marzeń.
                Po kilkunastu metrach usłyszałem za sobą coraz głośniejsze kroki, a osoba biegnąca w moją stronę, niechybnie zbliżała się do mnie.
                W końcu zostałem gwałtownie zatrzymany przez ramiona Nika, którymi zamknął mnie w silnym uścisku, tuląc do siebie. Wcześniej nawet nie pomyślałem o tym, że patrzył jak ojciec miesza mnie z błotem, a blondyn nawet sam był obiektem niektórych obelg. Nie zwróciłem uwagi wtedy na jego twarz, lecz teraz tulił mnie do siebie i wiedziałem, że był przejęty.
                – Teo, spokojnie – szeptał mi do ucha takie i podobne słowa, powoli uspokajając mnie, co rusz wycierając łzy. – Już, Teo, już.
                Nie rozumiałem, dlaczego to boli. Nie powinno, skoro od tak długiego czasu nie mieszkałem z rodzicami i nauczyłem się życia bez nich. Zdawało mi się, że w pewien sposób uodporniłem się już na tak głupie wyzwiska, którymi posługiwał się ojciec, a jednak poczułem się jeszcze bardziej złamany niż zazwyczaj.
                Nie wątpiłem w to, że ojciec szczerze żałował, że siedemnaście lat temu przyszedłem na świat. I to chyba bolało najbardziej. W końcu urodziny dla każdego powinny być przynajmniej odrobinę radosnym świętem, które celebruje się wraz z rodziną, a z pewnością dla mojego ojca dwudziesty szósty stycznia mógł kojarzyć się z życiową porażką. Brak dumy z syna, nietolerowanie go, a może… W sumie to mogłem już wtedy stwierdzić, że ojciec mnie nienawidzi. Tylko nie widziałem powodu. Dlaczego miałby darzyć mnie tak negatywnym uczuciem? Tylko ze względu na homoseksualizm? Nie potrafiłem zrozumieć jego zachowania, a on nie rozumiał mnie. I tu także nie wątpiłem w to, że zrozumienie nigdy nie nadejdzie.

***

                – Chcesz o tym pogadać?
                Kiwnąłem potakująco głową i usiadłem na sporej kanapie mieszczącej się w salonie. Udaliśmy się do jego domu od razu po tym jak się uspokoiłem.
                Trzymałem kubek z herbatą, a ciepła para ulatywała z naczynia. W sumie nie wiedziałem jak zacząć mówić. Moja historia, choć jeszcze niezakończona, już na samym początku nie była łatwa do opowiedzenia.
                – Jak widziałeś i słyszałeś to był mój ojciec. Takie… zachowanie zaczęło się w momencie, gdy w wakacje przyznałem im się, że jestem gejem. A potem wyniosłem się z domu i zamieszkałem u przyjaciółki, bo rodzice nie znaleźli dla mnie nawet okruchu akceptacji – wymamrotałem, nie podnosząc wzroku znad kubka. Jak to banalnie brzmiało w moich ustach. Słowa miały pusty wydźwięk, tak, jakbym mówił o pogodzie. Mój głos nie drżał, był spokojny, choć niezbyt wyraźny.
                Nikodem usiadł obok mnie i luźno objął ręką w talii.
                – Twój ojciec to skurwysyn. – Na jego twarzy pojawił się nieprzyjemny grymas.
                – Nie – odparłem, a blondyn spojrzał na mnie zdziwiony. – Nie.
                – Teo, chyba nie uważasz, że on ma prawo tak cię obrażać…
                – Nie – powtórzyłem głucho, lecz nie dodałem nic więcej.
                Nik spojrzał na mnie nieodgadnionym wzrokiem. Milczeliśmy chwilę, aż w końcu to blondyn nabrał powietrza w płuca i zadał pytanie:
                – Twoi rodzice wysyłają cię do psychologa?
                – Tak. Jednak ta pani nie robi tego, co oni by chcieli. – Blondyn zmarszczył brwi w geście niezrozumienia. – W sensie, nie stara mi się wmówić, że homoseksualizm jest zły. Ona mi pomaga.
                – Ale twoi rodzice nic nie mówili ci o terapii reparatywnej? – dopytał.
                – Nie.
                Upiłem łyk już nieco ostudzonej herbaty. Siedzieliśmy z Nikodemem blisko siebie, a on spokojnie gładził mnie po plecach, jednak ja chciałem znaleźć się jeszcze bliżej niego. Potrzebowałem bliskości drugiej osoby, takiego zwykłego ciepła, które daje przytulenie.
                Przygryzłem wargę, wahając się chwilę, ale w końcu stwierdziłem, że to nic takiego. Nie pytając o zgodę, usiadłem na kolanach Cartera i wtuliłem się w niego. Westchnąłem, zakrywając twarz w zgięciu jego szyi, ukrywając tym samym nieśmiały uśmiech oraz rumieńce.
                Kubek wyślizgnął mi się z dłoni, rozlewając odrobinę herbaty na kanapę. Ani Nikodem, ani ja nie zwróciliśmy na to uwagi. Siedzieliśmy przytuleni do siebie, a jedyne co rozpraszało ciszę to tykanie zegara.
                Tik-tak.
                Powieki zaczęły mi ciążyć, aż w końcu odpłynąłem, zasypiając w jego ramionach. Ostatnie dwie łzy, które jakimś cudem cisnęły mi się spod powiek, wypłynęły i wsiąknęły w materiał jego bluzki.

***

                Obudziło mnie skrzypienie drzwi i stukot obcasów o podłogę. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to był stukot o b c a s ó w. Poczułem jakby ktoś wylał na mnie wiadro zimnej wody, bo natychmiast resztki snu zniknęły i nastąpiła u mnie trzeźwość umysłu.
                Zorientowanie się w sytuacji wcale nie było trudne. Pamiętałem, że byłem na tyle zmęczony po płaczu, że zasnąłem. I leżałem na tej samej kanapie, na której zasnąłem. Różnica polegała na tym, że Nikodem także spał i bynajmniej nic nie zakłóciło jego snu. A ja wtulony byłem całkiem mocno w jego klatkę piersiową, dodatkowo przytrzymany jego ręką, która luźno obejmowała mnie w pasie.
                Nie wiedziałem co robić, a stukot obcasów był coraz głośniejszy. W końcu ustał, a kobieta zatrzymała się przy kanapie. Wręcz czułem na sobie jej wzrok.
                Wstrzymałem oddech, otworzyłem oczy i przekręciłem się tak, aby widzieć tę kobietę, której stukot obcasów wybudził mnie z błogiego snu.
                Zdecydowanie była to matka Nikodema. Nie było mowy, aby ona się go wyparła. Skurczybyk odziedziczył po niej te hipnotyzujące oczy. Średniej wielkości, lecz z zachwycającą, złoto-bursztynowym barwą. Patrzyła na nas sondująco i nawet przez myśl mi nie przeszło, że wyglądaliśmy jak prawdziwa para, a przecież ona nie musiała być poinformowana o orientacji syna.
                – …Dzień dobry – wymamrotałem, całkowicie speszony. Przy okazji na tyle, ile mogłem, podniosłem się do pozycji siedzącej.
                – Dzień dobry – odparła.
                Przy okazji zerknąłem w stronę okien za którymi było całkowicie ciemno. W salonie natomiast panował półmrok, ponieważ dwa poboczne światła były zaświecone. Jednak to wystarczyło, abym widział dokładnie panią Carter, a ona widziała mnie i Nikodema.
Lily mnie zabije – pomyślałem, ale przecież najpierw musiałem przeżyć spotkanie z mamą Nika.
                Cholera. Nie tylko z mamą.
                Drzwi wejściowe trzasnęły i po chwili z przedpokoju wyszedł postawny mężczyzna, a za nim jeszcze jakaś dziewczyna.
                – Dlaczego tak stoisz, kochanie? – zapytał mężczyzna, a jego głos był niesamowicie ciepły, gdy odezwał się do swojej żony. Patrzył na nią, więc nie dziwiłem się, że dopiero po podejściu bliżej, zauważył mnie.
                Starałem się Nikodema obudzić, ale ten tylko burknął coś niezadowolony, dodatkowo chwytając mnie mocniej w pasie i spał dalej. Nawet nie patrząc w lustro wiedziałem, że jestem cały czerwony. Czułem jak policzki pieką mnie niemiłosiernie.
                – Ehm… Dobry wieczór? – ni to powiedziałem, ni zapytałem.
                – Dobry wieczór.
                Szturchnąłem Nika ponownie, a wtedy odezwała się jego mama:
                – Nikodemie Carterze, wstawaj.
                Chłopak chwilę pomruczał aż dotarło do niego kto to powiedział. Uniósł się natychmiast, niemal zwalając mnie z kanapy i otworzył zaspane oczy, które przetarł wierzchem dłoni.
                – Boże – wymamrotał.
                Spojrzał na mnie, potem na rodziców i dziewczynę, która prawdopodobnie była jego siostrą. Wywnioskowałem to z podobieństwa jej do pani Carter, ale zawsze mogłem się mylić.
                – Emm – zaciął się. – Czemu tak stoicie? – zapytał rodzinę, patrząc na nich z niezrozumieniem.
                Mina ojca przybrała nieco sroższy wyraz.
                – Może trochę szacunku, co? – ofuknął go. – I stoimy tak, bo wracamy do domu, a tam… - nie dokończył zdania, jedynie wskazał dłonią na nas.
                Blondyn wywrócił oczami.
                – To jest Teodor Nelson. Teo to są moi rodzice i moja siostra Lena – przedstawił nas.
                – Em… To może ja się będę zbierał – powiedziałem nieco ciszej, bardziej do Nika niż do reszty obecnych.
                – Nie, nie, nie, spokojnie, kochany – zaśmiała się mama blondyna. Nagle jej twarz nabrała wyrazu prawdziwego rozbawienia, a ja nie miałem pojęcia co było tego przyczyną. – My jesteśmy tylko zawiedzeni brakiem kultury naszego syna. Miło nam jest cię poznać. I nie krępuj się tak – dodała ze śmiechem.
                – Dokładnie – przyznał jej rację ojciec Nika. – To ja pójdę przynieść zakupy – oznajmił i wyszedł z salonu.
                Kobieta także udała się może do sypialni, a może do kuchni – nie wiedziałem gdzie, ale zostaliśmy sami wraz z Leną.
                – No, no, no – parsknęła radośnie, szczerząc się do swojego brata. – Miło mnie witasz w domu.
                Mój chłopak wstał, podszedł do niej i przytulił mocno.
                – Nie powinienem był cię witać w domu jak gościa – burknął do niej. – Dalej oficjalnie mieszkasz tutaj.
                Dziewczyna zaśmiała się, ale nie skomentowała jego słów.
                Patrzyłem chwilę jak się tulą, a potem dosiedli się do mnie na kanapę. Lena zaczęła pierwsza mówić:
                – To co, jesteście razem, hmm?
                Spojrzałem na Nikodema, czekając, żeby to on odpowiedział. W końcu to była jego siostra, więc to na niego spadł obowiązek tłumaczenia się.
                – Zamiast pytać o takie rzeczy, może opowiedz co tam u ciebie? – zaświergotał do niej słodko, uroczo się uśmiechając. Jego siostra zrobiła naburmuszoną minę.
                – No ej. Teo, jesteście razem serio? – zapytała mnie. Nie widząc sprzeciwu ze strony Nikodema, przytaknąłem ruchem głowy. – Gratulacje.
                Rodzeństwo zaczęło między sobą rozmawiać, a ja zerknąłem na telefon. Miałem w zwyczaju go wyciszać, więc nic dziwnego, że mimo ogromnej ilości nieodebranych połączeń nie obudziliśmy się. Miałem też dwa SMSy z życzeniami od Gabriela i Edwina. Natomiast zegarek wskazywał, że za parę minut wybije dwudziesta pierwsza.
                – Nik, ja serio muszę lecieć – poinformowałem chłopaka. - Oni wszyscy mnie zabiją – jęknąłem.
                – Chwila – rzucił do swojej siostry. – Odprowadzę cię tylko do drzwi, wybacz, ale…
                – Rozumiem – przerwałem mu z uśmiechem. – Nie musisz mnie za każdym razem odprowadzać pod sam dom.
                – Ale chcę.
                Pokręciłem tylko głową i zacząłem ubierać buty, a potem kurtkę. Ciasno obwiązałem się szalikiem i założyłem czapkę, którą jak małemu dziecko, Carter poprawił. Burknąłem coś tam pod nosem niezadowolony.
                – No. To jeszcze raz wszystkiego najlepszego – powiedział na pożegnanie.
                Pochylił się do moich ust i krótko pocałował, mógłbym to określić bardziej jak muśnięcie wargami, jednak nawet tak drobny gest był miły.
                – Mhm – mruknąłem. – Dziękuję, Nik.
                Spojrzałem na niego ciepło. Rzuciłem jeszcze na odchodne „do zobaczenia” i zniknąłem za drzwiami.
Chwile w parku zdawały się już być tak odległe, a jednak gdy wyszedłem z jego domu, znów wróciły. I znowu uderzył mnie ogrom wszystkiego, a zdawało mi się, że już minęło. A jednak słowa ojca mocno wyryły się w mojej pamięci, bo za bardzo mnie to wszystko zraniło…
…Czas goi rany, prawda? Ile czasu trzeba na taką ranę? Całe życie wystarczy?

***

                Wszedłem do domu Hopkinsów najciszej jak potrafiłem. Miałem nadzieję, że nikt nie usłyszy mojego powrotu, ale przecież to było niemożliwe. Ani wujostwo, ani Laura,  a nawet Lily nie mieli jeszcze okazji złożyć mi życzeń. Było więc oczywistością, że są świadomi mojego niebycia w budynku, wręcz zniknięcia na dość sporą liczbę godzin.
                Otworzyłem drzwi do „swojego” pokoju, zapaliłem światło i w tym samym momencie aż podskoczyłem, wystraszony. Nie spodziewałem się kogoś w pomieszczeniu zastać.
                W rogu pokoju siedziała skulona Lils, jej twarz oświetlał ekran telefonu. Gdy tylko stanąłem w drzwiach, spojrzała na mnie tak przeszywającym wzrokiem, który jakby mógł zabijać to z pewnością kopnąłbym w tym momencie w kalendarz.
                – Boże, Teo, gdzieś ty był? – zapytała, wściekła. – Mogłeś napisać! Martwiłam się o ciebie!
                – Wiem, wiem! – Podniosłem dłonie w geście kapitulacji. – Przepraszam. Jednak zasnąłem u Nika.
                – Nie wyglądasz ani jakbyś uprawiał dziki seks, ani był ohydnie wesoły po spędzonym dniu ze swoim chłopakiem – stwierdziła, przyglądając mi się. Widać było, że złość w niej malała, a rosła troska o mnie.
                – Lily – jęknąłem, przewracając oczami. – Jesteś nazbyt obrazowa.
                – Teoś – wyburczała ni to zła, ni to zatroskana. Wstała i podeszła do mnie, a potem przytuliła. – Wszystkiego najlepszego, starcze. Aby wszystkie twoje marzenia się spełniły i żebyś zawsze był uśmiechnięty.
                – Dzięki, młoda – odparłem na przekór.
                – Mógłbyś też trochę przytyć – dodała, żgając mnie w wystającą spod skóry kość.
                – Au – jęknąłem.
                – Starcze, ale wszystko w porządku? – zapytała, tuląc mnie dalej.
                – Już jest dobrze – skłamałem.
                Nie miałem siły tłumaczyć jej spotkania z ojcem. Nie chciałem wracać do tej chwili wspomnieniami. Rozpamiętywać jak naiwnie nagle pojawiła się u mnie nadzieja, że wrócę do domu i będę znów będę miał rodzinę. Brakowało mi tego, choć moi rodzice mieli pełno wad. Nawet jeśli nigdy nie interesowali się nazbyt moją osobą to byli i to starczało. A teraz nawet ich nie było.
                Lily za bardzo się martwiła. Nie byłem aż tak okrutny, aby dorzucać jej zmartwień. Choć ten problem zjadał mnie od środka to chciałem, aby szatynka śmiała się ze mną i żartowała, a nie troszczyła się o moją kondycję psychiczną. Nie było ze mną jeszcze aż tak źle… Albo i nie? Może już wtedy nie było najlepiej. Chwilami myślałem nad śmiercią, ale ta opcja nie była u mnie poważna. Zdawało mi się, że mam po co żyć.
                – Natan też życzy ci wszystkiego najlepszego. Kazał mi to przekazać, bo czekał tu z nami na ciebie do dziewiętnastej, ale potem musiał wracać – powiedziała. – Chodź, kupiliśmy ci tort. Zawołam mamę, tatę i Laurę to zdmuchniesz przy nas świeczki.
                Po chwili stałem w kuchni, a wujek zapalił dwie cyferkowe świeczki składające się na liczbę siedemnaście. Uśmiechnąłem się lekko, choć wcale nie czułem żadnej lekkości. Wręcz było mi ciężko na sercu, znów z myślą, że powinienem tak urodziny obchodzić w kuchni u siebie w domu z mamą i tata, a ci ludzie, który teraz tu stali, powinni być co najwyżej gośćmi, a nie organizatorami urodzin.
                – Pomyśl życzenie! – zawołała Laura, gdy przymierzałem się do zdmuchnięcia płomieni.
                Tak łatwo zgasiłem świeczki jak ojciec zniszczył moją nadzieję na powrót do domu. Ona też zgasła bezpowrotnie, a dopiero co zaczynała się tlić we mnie.
                Zdmuchując świeczki z urodzinowego tortu pomyślałem o tym, że chciałbym, aby wszystko w końcu było dobrze. Najbardziej pragnąłem, aby moje życie stało się wręcz zwyczajne i monotonne, a największym problemem byłoby podjęcie decyzji czy pospać dłużej, czy zdążyć zjeść śniadanie. Ot, takie małe marzenie.
                Podobno marzenia posiadają tylko słabi ludzie, którzy nie potrafią zamienić ich w cele.
                Gówno prawda.
                Jak niby miałem uczynić swoje życie normalnym? Musiałbym przekonać ojca do siebie, pokazać mu, że homoseksualizm w gruncie rzeczy nie jest zły. O tyle o ile z matką po czasie dogadałbym się, tak po swoich urodzinach byłem pewny, że u ojca zostałem skreślony. On nie miał już syna tylko bachora, który nigdy nie powinien przyjść na świat. Zastanawiało mnie jedno: czy ojciec cieszyłby się, jakbym naprawdę popełnił samobójstwo?
                Może w momencie, gdy targnąłbym się na własne życie, tata w końcu byłby zadowolony. W sumie ja też byłbym zadowolony, w końcu wszystko teoretycznie by się skończyło. Zakładając, że jednak życie wieczne istnieje to przez taki wybryk przez resztę swego żywota byłbym potępiony, ale to już inna kwestia. Jednak jeszcze byli bliscy mi ludzie i dla nich musiałem wstawać każdego ranka. Musiałem być w pewien sposób silny i wytrwać, bo oni stanowili część mojej siły. Oni zostali moją ostatnią deską ratunku. Taką cienką nitką, która gdy się zerwie, przy okazji pociągnie za sobą moje życie. Z pewnością, gdyby nie oni już dawno zabiłbym się, bo sam nie wytrzymałbym psychicznie. To ci inni odrywali mnie od moich myśli.
                Samotność jest fajna w momencie, gdy otacza nas, a my możemy odpływać w myślach, a nikt ani nic nam nie przeszkadza. Jednak gdy pojawia się ona w całym naszym życiu to zatruwa je, wciąga człowieka w wir, z którego z trudem idzie wybrnąć. Ja z pewnością nie byłbym w stanie żyć sam na tym świecie. Nie poradziłbym sobie. Za dużo trzeba na to siły i energii. To nie dla mnie, bo za bardzo byłem łakomy na ciepło drugiej osoby i pozytywne uczucia, których ciągle brakowało w moim życiu.
                Naprawdę podziwiałem ludzi, którzy brną przez życie w pojedynkę. Są niezwykle wytrzymali. To zaskakujące, że się jeszcze nie złamali.
                W chwili, gdy położyłem się do łóżka, świadom, że moje siedemnaste urodziny dobiegły końca, nie czułem samotności. Jedynie pustkę.
                I cholera, brakowało mi w tej chwili też Nikodema. Jakoś, gdy spałem wtulony w niego jak w sporego, żywego pluszaka, spało mi się wygodniej.
                Z tą myślą zamknąłem powieki i czekałem aż sen nadejdzie i zabierze mnie w krainę marzeń.



***

Hej!
                Trochę czasu mi zajęło napisanie tego rozdziału. Wena jest kapryśna i najlepiej pisze mi się w nocy, a niestety tak się nie da. W każdym razie przepraszam! 
                W sumie to nie wiem co mam myśleć o poprzednim rozdziale - był aż tak słaby, że mało osób go skomentowało? Ja naprawdę nie potrzebuję przesadnie długiego komentarza, zwykłe zdanie "Nie podoba mi się/podoba mi się, ponieważ..." wystarczy. Nawet bez uzasadnienia też byłoby miło, przynajmniej miałabym pewność, że ktoś to czyta. Nie żebym narzekała, ale to też naprowadza mnie, w jakim kierunku mam pisać i daje też motywacje...
Malina

14 komentarzy:

  1. Rzadko komentuję, bo najzwyczajniej w świecie nie potrafię. ;-;
    Ten rozdział - jak i pozostałe - był mega.
    Zawsze z niecierpliwością czekam na kolejne rozdziały i tryskam radością jak zobaczę, że dodałaś nowy. Myślę, że nie tylko ja. c:
    I jeszcze chciałam Cię prosić o jedną rzecz. Czy mogłabyś trochę powiększyć okno w którym są posty? Albo wyśrodkować stronę, czy coś.
    Piszę to z racji tego, że u mnie wygląda to tak: http://pics.tinypic.pl/i/00734/ncqsu7bdemt6.png i trochę niewygodnie się czyta. :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale przynajmniej teraz napisałaś i dlatego bardzo Ci dziękuję! :D
      Z pewnością mogę tego samego sformułowania użyć odnośnie siebie, bo bardzo się cieszę, gdy widzę komentarze.
      Postaram się to poprawić, ale nie mam zielonego pojęcia jak to ustawić, szczególnie, że u mnie wszystko jest dobrze. Jeśli wiesz jak to przestawić to byłabym wdzięczna jakbyś mi to wytłumaczyła... D:
      Jeszcze raz dziękuję!

      Usuń
    2. http://pics.tinypic.pl/i/00734/qj9nnxsx99nu.png

      Tam tym paskiem zmieniasz rozdzielczość (czy jak to tam się nazywa, sama się nie znam xd).
      U mnie może to tak wyglądać przez to, że mam dużą rozdzielczość ekranu, więc jeśli u Ciebie się będzie coś zmieniać i będzie wyglądać nieestetycznie to przerwij. Nie ma po co dla jednej osoby zmieniać całego układu. c:

      Usuń
    3. Dziękuję bardzo, ale próbując coś zmienić, przynajmniej u mnie, wygląda to nieestetycznie i dziwnie.
      Aktualnie rozglądam się za nowym szablonem, bo ten też do końca mi nie pasuje. Może za jakiś czas zmienię wygląd bloga i u Ciebie będzie już on normalnie wyglądał...

      Usuń
  2. Przepraszam Cię najmocniej, że nie napisałam komentarza do poprzedniego rozdziału. Życie potrafi człowieka czasami zaskoczyć, tak jak zrobiła to dzisiaj pani profesor na biologii witając nas przemiłym uśmiechem i niezapowiedzianą kartkówkę z tematu, którego ani trochę rozumiem. No, aczkolwiek teraz, po wykańczającym, dwugodzinnym treningu mogę chwilkę odsapnąć i przeczytać Twój pełny emocji rozdział.
    Tradycyjnie przelewanie uczuć na papier wszyło ci fenomenalnie. Jak zwykle końcówka rozdziału podbiła moje serce. Uważam to za fajny pomysł, że kończysz praktycznie każdy rozdział taką głębszą anegdotą.
    Napiszę teraz coś o sytuacji w parku. Ja, głupia i naiwna liczyłam na choć krztę wstydu ze strony ojca Teo. No, ale cóż, grubo się przeliczyłam. Podczas czytania słów jego ojca naprawdę zrobiło mi się niedobrze. To musi być cholernie bolesne, gdy słyszy się takie słowa od własnego rodzica. Bardzo dobrze ujęłaś tutaj wszystkie reakcje i emocje, podobało mi się.
    Opisuję to wszystko w nieco złej kolejności, aczkolwiek wybacz mi to. Jakoś tak lubię trochę pomieszać ;)
    Scena u Nika była niesamowicie słodka, bardzo, bardzo przypadła mi do gustu. Jestem osobą lubiącą ostre (if u know what I mean) relacje między dwoma mężczyznami, jednak to naprawdę fajna sprawa przeczytać od czasu, do czasu coś tak delikatnego, czułego i słodkiego jak w Twoim opowiadaniu. Relacje Nika i Teodora są takie kruche i ciepłe, że aż niewyobrażalnie poprawiają nastrój. A ja bardzo to sobie cenię, gdyż ostatnio naprawdę żenująco układa mi się w życiu, dlatego też uważam za ważne to, iż po przeczytaniu czegoś Twojego czuję się lepiej. A podczas smutnych scen myślę sobie - ano właśnie, mogło być u mnie gorzej, prawda?
    Rozdział bardzo mi się podobał, tak, jak zawsze. Życzę jak najwięcej dobrych prac, zapasu weny i czasu na pisanie. No i za dwa tygodnie święta! Mam nadzieję, że miło spędzisz czas przygotowywania do świąt :) Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że już jesteś. Co jak co, ale nieco uzależniłaś mnie od swoich komentarzy i wręcz za każdym razem czekam na to, co Ty o tym powiesz...
      Chyba taki już urok (?) mojego stylu pisania, bo właśnie tak najbardziej lubię kończyć rozdział. Mam wtedy wrażenie, że jest on ukończony, a gdy przerywam coś w środku, brak mi właśnie tego czegoś w ostatnich akapitach.
      Ojciec Teo niestety na oczach ma klapki i przez to nie posiada wstydu. I zgadzam się, z pewnością takie słowa są bolesne.
      A mieszaj jak chcesz, w końcu to dodaje komentarzowi autentyczności :D
      Odetchnęłam z ulgą na stwierdzenie, że sceny z Nikodemem są urocze. Przyznaję, nieco bałam się, że wprowadzę tu pewną sztuczność, ale po Twojej wypowiedzi wnioskuję, że nic takiego nie zauważyłaś. To bardzo dobrze.
      W sumie to ja czytam różne opowiadania - od tych delikatnych, po te ostre i brutalne. I szczerze podziwiam osoby, które potrafią opisywać tak mocne sceny. Ja za bardzo lubię uczucia i emocje, a tym bardziej to nie mój styl. Choć w sumie jakbym to dobrze rozegrała to mogłoby być to intrygujące - chyba pomyślę nad próbowaniem pisania takich one-shotów do szufladki :)
      Dobrze też, że wspominasz o tym, że relacje Nik-Teo są w pewnym sensie słodkim oderwaniem od problemów Teodora. To powinno być zauważalne w opowiadaniu :)
      Zawsze mogłoby być gorzej. Nie można narzekać, mimo że czasami człowiek ma ochotę usiąść i najnormalniej w świecie płakać aż te wszystkie problemy by przez te łzy uleciały. Jednak jestem zwolenniczką teorii, że należy wziąć się w garść i nie dać się złamać.
      Dziękuję bardzo! Cieszę się (Mało powiedziane - ja się szczerzę do ekranu, choć oczy mi się już same zamykają!), że ponownie skomentowałaś mój rozdział. I mam także nadzieję, że Ty także spędzisz dobrze ten okres przedświąteczny!

      Usuń
  3. Podobało mi się, bo…
    Teo niezwykle ciężko przyjmuje takie rzeczy, zupełnie jak ja. Nie potrafi sobie samemu radzić, dlatego szuka oparcia (w przenośni i dosłownie) w Nikodemie. To urocze i myślę, że nawet słodkie. Samemu na pewno by sobie nie poradził.
    Cieszę się, że dodałaś to przed wolnym :)
    Pozdrawiam!
    - B.R.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za komentarz. Cieszę się, że rozdział Ci się podoba i jeszcze raz dziękuję! :D

      Usuń
  4. Czekanie na kolejny rozdział jest meczarnią, piszesz naprawdę ciekawie i mądrze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam pojęcie jak okropną jestem autorką, ale cóż zrobić? Ani nie jestem punktualna, tylko leniwa jak diabli i potem okazuje się, że minął miesiąc od poprzedniego rozdziału :(
      Dziękuję bardzo, zaintrygowało mnie stwierdzenie, że "piszę mądrze". Chyba jeszcze nikt tego tak nie określił - dziękuję!

      Usuń
  5. Świetne jak zwykle.Bardzo podobają mi się twoje opowiadania.Masz wielki talent ;3
    ~Misia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło, ale zaprzeczam słowu "talent" :)
      Dziękuję!

      Usuń
  6. Hej,
    ojć, słowa ojca zabolały Theo, ale był Nikodem, no, no jego rodzice też mili, mieli wspaniały widok jak wrócili...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy