wtorek, 22 grudnia 2015

Rozdział XXV

Przez całą niedzielę chodziłem z głową w chmurach. Byłem obecny ciałem, ale duchem znajdowałem się w zupełnie innym miejscu, gdzieś na pograniczu marzeń i niespełnionych wizji.
W poniedziałek nie było ze mną lepiej. Nawet nauczyciele dali sobie ze mną spokój, widząc, że nic nie jest w stanie skupić mojej uwagi na omawianym przez nich temacie. Jednym uchem wpuszczałem informacje z lekcji, a drugim wypuszczałem. Moje notatki były bazgrołami i pojedynczymi słowami. Na szczęście Edwin był na tyle wspaniałomyślny, że postanowił zapisywać wszystko i na końcu podarował mi swoje zeszyty. Zdecydowanie w tym przypadku profesorowie byli zszokowani pozytywnie takim zachowaniem Feltona. No cóż, nie codziennie widzi się go, gdy uważnie notuje słowa nauczyciela. Z drugiej strony wiedziałem, że to z mojego powodu i jak wrócę na ziemię to Edwin znów stanie się tym niesłuchającym Edwinem. Jednak byłem mu niezmiernie wdzięczny, że tak się starał. To było naprawdę miłe.
Tego dnia miałem kończyć lekcje o tej samej godzinie co klasa Nika, więc stałem przed wejściem do szkoły i rozglądałem się za złotowłosą czupryną, ale jedynie wypatrzyłem Gabriela, który zagadał się z Glorią i Sarą.
Podszedłem do nich, ale nawet wtedy ich żywa dyskusja się nie urwała. Słuchałem chwilę monologu Księżniczki, całkiem wyrwanego z kontekstu i dopiero gdy zamilkła, miałem możliwość przebicia się swoim pytaniem.
– Gab, Nikodema dziś nie ma?
– Pewnie zaspał i nie przylazł – prychnął. – Nic nie pisał, więc nie wiem.
– Okej, dzięki – mruknąłem. – Do zobaczenia jutro – rzuciłem do całej grupki.
– Do zobaczenia – odpowiedzieli mi jednogłośnym chórem.
Udałem się w stronę domu Hopkinsów. Było zimno jak diabli i nie mogłem się już doczekać wiosny oraz lata. Najcudowniejszych pór roku, podczas których przyroda tak cudownie rozkwita, budząc się do życia.
Otworzyłem drzwi i za nimi powitało mnie szczekanie. Nieco się zdziwiłem, gdy do przedpokoju wpadł średniej wielkości pies i nadal szczekając, zaczął mnie obwąchiwać.
Zdjąłem niepotrzebne odzienie i buty, dopiero wtedy skupiając się na czworonogu. Ukucnąłem i przyjrzałem się mu uważnie. Wyciągnąłem ku niemu dłoń, a gdy zaakceptował mój zapach, delikatnie pogłaskałem go pod szyją. Pies miał słomiany kolor futra, które było krótkie i miękkie. Przez cały czas patrzył się na mnie bystro swoimi ciemnobrązowymi ślepiami, aż w końcu zbliżył się do mnie, merdając ogonem i tuląc. Zaśmiałem się głośno.
– No dobra, dobra, wystarczy – powiedziałem do czworonoga. – Teraz muszę się dowiedzieć co ty tutaj robisz – dodałem.
Wstałem i otrzepałem spodnie z sierści, a potem poszedłem tam, skąd wyszedł pies, czyli do salonu. Zastałem tam Lily, która leżała rozłożona na kanapie.
– No hej – przywitałem ją. – Wytłumaczysz mi obecność tego tu zwierzęcia? – zapytałem.
– Cześć, cześć. Poznałeś właśnie Hagę. Ciocia Muriel zostawiła ją u nas na pięć dni, bo musiała wyjechać służbowo, a nikt nie mógł się nią zaopiekować. Kochana psina, nie? – dopytała, ożywiając się trochę na zadane przez siebie pytanie.
– No – potwierdziłem jakże inteligentnie.
Poszedłem do „swojego” pokoju i już chciałem zamknąć drzwi, gdy zobaczyłem, że suczka poczłapała za mną i grzecznie usiadła przed progiem, czekając na pozwolenie. Przyjrzałem się jej, pomyślałem o tym jak trudno będzie sprzątać jej sierść i skinąłem głową, przepuszczając ją do pokoju.
Haga weszła i od razu skoczyła na łóżku. Chciałem zaprotestować, ale nie miałem serca, gdy położyła się i spojrzała na mnie swoimi oczami pełnymi tęsknoty za panią. Westchnąłem tylko i położyłem się obok niej, czując się jakby Haga była naturalnym grzejnikiem.
Odruchowo zacząłem głaskać jej futro, a ona pozwoliła mi na to. Albo zdawałem się jej dobrym człowiekiem, albo ta psina była bardzo ufna. Wolałem jednak pierwszą opcję.
– Twoja pani wróci za parę dni – mówiłem do niej. Gadanie do psa było lepsze niż do ściany, prawda? – Ja też tęsknię. Za rodzicami – przyznałem cicho.
Ciszę przerwał dźwięk przychodzącej wiadomości.

Od: Nikodem
„Mam się czuć urażony, że nie martwisz się co ze mną? :P”

Chwilę myślałem nad odpowiedzią, w końcu postanawiając zrobić sobie zdjęcie z psiną i wysłać je Nikowi. Podczas, gdy pięknie pozowałem obok ślicznego pyszczka Hagi, ta postanowiła po psiemu mnie pocałować. Znów zacząłem się śmiać, a przy okazji udało mi się całkiem dobrze uwiecznić na zdjęciu moment, gdy Haga liże moją twarz. Podpisałem zdjęcie „Zdradzam cię z Hagą, więc nie mam czasu się martwić” i wysłałem. W sumie mogłem odpowiedzieć normalnie, bez zdjęcia i droczenia się, ale chyba potrzebowałem chwili oderwania od myśli, które zajęły mi niedzielę i poniedziałkowy poranek.
– Wiesz co, Haga? – Psina spojrzała na mnie uważnie, gdy usłyszała swoje imię. – Zabawne jest to, że ty jesteś bardziej szczęśliwa i dostajesz więcej miłości niż ja. Może w tym rzecz, że ciebie nie idzie nie kochać, a mnie nie idzie kochać? Jak myślisz, tak to działa? – zapytałem ją szeptem. – Nie, chyba nie, prawda? – dopytałem, a czworonóg jedyne co to uważnie słuchał.
Szkoda, że Haga nie była w stanie mi odpowiedzieć. To chyba największy problem w przyjaciołach na czterech łapach. Słuchają, kochają, potrafią pocieszyć, ale nie są w stanie odpowiedzieć. Dlatego też człowiek potrzebuje drugiego człowieka, aby móc czasami usłyszeć, a nie tylko czuć pocieszanie.
Odpisałem na kolejną wiadomość od Nika, a następnie przytuliłem się do Hagi. Jej futro nieco śmierdziało charakterystycznym, psim zapachem, ale niezbyt mi to przeszkadzało. Leżeliśmy w ciszy, a ona mnie chyba bardzo dobrze rozumiała, bo nie ruszała się z miejsca. Czasami zwierzęcia potrafiły okazywać uczucia lepiej od ludzi. To aż smutne, że człowiek mógłby uczyć się empatii od takiej Hagi, która bądź co bądź była tylko psem. A jednak szóstym zmysłem wyczuwała humor i była pocieszna oraz kochana.
Wplotłem dłoń w jej sierść i głaskałem ją. Mógłbym tak leżeć godzinami.

***

Haga zadomowiła się u Hopkinsów bardzo szybko, choć nadal tęskniła za swoją panią. Szkoda było mi psiny i tego jak się męczy, więc starałem zajmować się nią jak najczęściej. Bawiłem się z nią, wychodziłem na spacery, mówiłem do niej. Ciocia Irma za każdym razem, gdy brałem smycz, patrzyła w stronę swoich córek karcącym wzrokiem, więc parę razy to Lily lub Laura poszły z sunią na dwór, lecz z całej naszej trójki tylko ja miałem do tego pozytywne nastawienie. Naprawdę polubiłem się z tą psiną. Nawet jak skupiony byłem na lekcjach to ona i tak siedziała koło mnie.
Tak było też teraz. Siedziała i w pewnym momencie zaczęła piszczeć, oznajmiając, że musi iść na spacer za potrzebą.
Spojrzałem smętnie na swoje zadanie domowe, ledwo co zaczęte. Westchnąłem tylko i wstałem, udając się w kierunku szafy po cieplejszą bluzę.
Ubrany i z psem na smyczy, krzyknąłem z przedpokoju:
– Idę z Hagą na spacer!
– Dobrze, kochanie. – Usłyszałem odpowiedź cioci.
Sunia chwilami ciągnęła, ale zazwyczaj szła spokojnie przy nodze, co chwilę pakując się w śnieg, który otrzepywałem jej z pyszczka. Wesoło merdała ogonem i widać było, że taki spacer sprawia jej wielką frajdę. Ja odetchnąłem przynajmniej na pozór świeżym powietrzem i szedłem z nią w stronę centrum, bardziej lub mniej świadomie kierując się ku domu Nikodema.
Będąc dziesięć minut drogi od jego osiedla, zadzwoniłem do blondyna.
– Halo? – Usłyszałem po drugiej stronie słuchawki.
– Hej. Wyjdziesz? – zapytałem, nie owijając w bawełnę.
                – A gdzie jesteś? – odpowiedział pytaniem na pytanie.
                – Blisko osiedla, piętnaście minut…
                – …A mógłbyś wpaść do mnie? Dokończyłbym tylko parę rzeczy i moglibyśmy iść dalej na spacer – zaproponował.
                Odchrząknąłem, zastanawiając się usilnie. Od swoich urodzin niezbyt chciałem przychodzić do domu Nika ze względu na jego rodziców. Byłem zażenowany swoim nieudanym poznaniem z nimi i wstyd mi było pokazywać się tym ludziom na oczy.
                – A twoi rodzice? Siostra? – zapytałem. Nikodem parsknął śmiechem.
                – Boże, Teo, przestań się ich wstydzić. Ale nie ma ich, a siostra wróci za godzinę.
                – No, ale ja jestem na spacerze z Hagą.
                – To przynajmniej poznam tę sukę, z którą mnie zdradzasz – odparł, udając, że jest poważny. Po chwili dodał: –  A tak serio to ostatnio strasznie dużo o niej mówisz. Zaczynam się naprawdę czuć zazdrosny…
                Zaśmiałem się.
                – Dobra, dobra. Za chwilę ją poznasz to i ty ją pokochasz. Za chwilę będę – powiedziałem i rozłączyłem się, krocząc żwawiej wraz z Hagą w stronę domu Carterów.

***

                Zadzwoniłem dzwonkiem, a moment potem drzwi się otworzyły i stanął w nich blondyn.
                – Wchodź – rzucił do mnie.
                Dopiero gdy zamknął drzwi, pocałowaliśmy się na przywitanie. A gdy i pieszczota została przerwana, blondyn zainteresował się Hagą, która cały czas kręciła nam się pod nogami.
                – Hej – przywitał się z nią, kucając. Pogłaskał ją pod pyskiem, ale ta szybko się do niego połasiła, dodatkowo zostawiając nieco sierści na jego bluzie.
                – Widzisz. Mówiłem, że nie idzie się nie zakochać.
                – Mhm – mruknął, dalej zajęty psiną. – Ale chyba wiem, dlaczego ona zawróciła ci w głowie – dodał, patrząc już na mnie, a nie na Hagę.
                – Co? – zapytałem, nie rozumiejąc.
                – Ma nawet podobny kolor sierści jak ja włosów. – Parsknął śmiechem. – Pewnie dlatego tak ją lubisz – przekomarzał się ze mną. Poczułem jak się rumienię.
                – Wcale nie – zaprzeczyłem, choć owszem, pomyślałem o tym, że kolor mniej więcej zgadza się z odcieniem czupryny Cartera.
                – Czerwienisz się – powiedział, wstając i znów górując nade mną wzrostem.
                – Nikodem – upomniałem go, choć mój głos nie zabrzmiał tak jak planowałem. Chyba wzrok Nika mnie nieco rozmiękczył. Patrzył na mnie tak łagodnie, a do tego uśmiechał się… Cholera, stałem się przy nim typową „ciepłą kluchą”.
                – Hmm? – mruknął.
                Nie odpowiedziałem, bo wargi blondyna nakryły moje w jednym ze słodszych pocałunków, którymi kiedykolwiek ktokolwiek mnie obdarował.

***

                Do domu Hopkinsów wszedłem cały w skowronkach. Choć było to chwilowe zadowolenie to i tak ważne, że było i ogarniało mnie, dając przyjemne ciepło w klatce piersiowej.
                Wytarłem suczce łapy i dopiero wtedy wypuściłem z przedpokoju. Psina pobiegła w stronę salonu, a po chwili usłyszałem jak ciocia Irma do niej mówi.
                Udałem się także do salonu i zastałem tam Hagę tulącą się do cioci, która śmiała się z zachowania czworonoga. Psina miała w końcu parę lat, a dalej zachowywała się jak szczenię.
                – Cześć, ciociu – powiedziałem i Irma od razu spojrzała w moim kierunku.
                – Cześć, Teo. Haga, zejdź – dodała do psa, a zwierzę grzecznie spełnił polecenie i usiadło pod stopami pani Hopkins. – Teo, podejdź tu tylko, bo muszę ci coś powiedzieć.
                Usiadłem na kanapie obok cioci i wbiłem w nią wzrok, oczekując dalszej części wypowiedzi.
                – O co chodzi? – ponagliłem ją nieco.
                – Teo… Jak byłeś na spacerze to przyszła twoja mama. Chciała się z tobą widzieć – wyrzuciła z siebie i zamilkła, czekając na moją reakcję.
                Co poczułem? Czy to był szok? A może niedowierzanie? Nieco złości i irytacji też tliło się we mnie, że ta kobieta po takim czasie chciała się ze mną skontaktować. Po co? Aby właśnie zdenerwować mnie, zaniepokoić i wprawić w osłupienie?
                Gdybym miał coś pod ręką to rzuciłbym tym, patrząc, jak roztrzaskuje się na małe kawałeczki. I poczułbym ulgę, że ta rzecz zbita jest bardziej niż ja i moje uczucia.

***

                Czekałem na wiadomość od matki. Jakikolwiek znak potwierdzający, że naprawdę była w domu Hopkinsów i chciała ze mną rozmawiać. Jednak nie doczekałem się żadnej wiadomości od niej. Nie rozumiałem o co jej chodziło.
                Będąc w szkole, podjąłem decyzję, że pójdę do swojego rodzinnego domu. Nie miałem nic do stracenia, pomyślałem, najwyżej ponownie pocałuję klamkę.
                Z ostatniej lekcji wypadłem jak petarda, choć nie rozumiałem, dlaczego się śpieszę. Przecież matka z domu nie ucieknie, ale z drugiej strony ojciec mógłby wrócić z pracy. Go definitywnie nie chciałem widzieć.
                Idąc w stronę domu, będąc coraz bliżej i mijając uliczki ze znajomymi domami, przed którymi bawiłem się w dzieciństwie, coś zakuło mnie w sercu. To „coś” to chyba był sentymentalizm.
                Stanąłem przed swoim, prawdopodobnie byłym, domem i zadzwoniłem. Potem też zapukałem.
                Jedna minuta.
                Dwie.
                Trzy.
                Już chciałem ostatni raz zapukać, aby potem odejść z niewiedzą czy znów matka nie chciała mi otworzyć, czy po prostu jej nie było, gdy usłyszałem zgrzytanie klucza w zamku.
I drzwi się otworzyły. Stanąłem naprzeciwko matki, nieco zszokowany patrząc w jej twarz, która nie wyrażała wiele emocji. Jedynie w jej oczach coś było. Coś czuła, ale chowała to w sobie i nie rozumiałem, dlaczego to robiła. Po co? O co chodziło?
Czas na chwilę zwolnił. Na ułamek sekundy wpatrywałem się tylko w swoją rodzicielkę. W dziwnym odruchu chciałem ją nawet przytulić. Pragnąłem powiedzieć „mamo”. Nawet zdobyłbym się na wyznanie miłości, byleby ona powiedziała to samo. Byleby pogłaskała mnie po głowie, szepcząc „synku”.
Stałem jak słup soli, do momentu, gdy nie powiedziała:
– Teodorze, wejdź.
Pełna wersja mojego imienia brzmiała strasznie i miała smutny wydźwięk w jej ustach.
– Gdzie mam iść? – zapytałem. Mój głos na koniec nieco zadrżał.
– Do kuchni, zrobię ci herbaty.
Wszystko wyglądało tak jakbym u Lily był dzień, a nie parę miesięcy. Chyba oczekiwałem wielkiej zmiany, która byłaby spektakularna i po której nie mógłbym mówić, że to ten sam dom. Jednak budynek pozostał ten sam na zewnątrz jak i wewnątrz.
Usiadłem przy stole, a matka w ciszy zaparzyła wody i zrobiła sobie kawę, a mi herbatę. Wziąłem łyk gorącego napoju, parząc sobie język, ale chciałem jakoś przedłużyć tę chwilę. Nie wiedziałem co robić, co mówić.
– Irma ci powiedziała, że byłam? – zagadnęła.
– T-Tak. – Odchrząknąłem. – Dlatego przyszedłem.
Kobieta westchnęła, patrząc na parującą kawę i potem podnosząc wzrok na mnie. Gdy tylko spojrzała mi w oczy, ja uciekłem, patrząc na drewniany stolik.
– Chciałam cię o coś prosić, ponieważ jest sprawa… - Westchnęła. – Parę dni temu wyrzucili Roberta z pracy.
– A co ja mam do tego? – dopytałem nieco ostrzej. Nie podobało mi się już pierwsze zdanie matki. Liczyłem na… No właśnie, na co? Że chciała mnie zobaczyć, żeby powiedzieć „tęskniłam”? Dobre sobie.
– Okazało się, że jego szefowie to homoseksualiści. A ojciec przyszedł do pracy po tym jak spotkał ciebie w parku i… Po prostu źle mówił o takich osobach. Pokłócił się z szefem, a ten uznał to za powód, aby go wyrzucić. Teo, proszę, idź do tej firmy i spróbuj go wytłumaczyć… Ty jeden możesz mieć wpływ na tych mężczyzn – powiedziała błagalnym tonem.
Wstałem. Miałem wrażenie, że mam omamy lub pomyliłem się i ta kobieta to nie moja matka.
– Mam iść i przyznać się, że jestem jego synem-gejem…? – zapytałem, zszokowany. – Teraz stałem się przydatny…?
Pokręciłem głową, a w klatce piersiowej zrobiło mi się duszno i nieprzyjemnie.
– Wiem jak to brzmi, Teo… - szepnęła. – Masz ich wizytówkę, jakbyś się namyślił…
Wręcz siłą wepchnęła mi do ręki prostokątną tekturkę.
Chwilę zastanawiałem się nad tym czy rzucić to na ziemię, czy schować. Jednak włożyłem ją do kieszeni, a następnie odwróciłem się na pięcie i jak najszybciej wyszedłem z tego domu, w którym wszystko mnie przytłaczało. Dusiłem się tam swoimi wspomnieniami, a dodatkowo bolało mnie to, że matka, moja rodzona matka, po tylu miesiącach chciała mnie widzieć dla własnego celu.
Cholera jak to bolało. To wszystko bolało. To było jak wbijanie małych szpileczek prosto w serce.
Biegłem na tyle, na ile mogłem, bo świat był dla mnie zamazany, a nie chciałem wpaść pod samochód. Nie chciałem umierać tylko dlatego, bo znów ktoś wbił kolejne szpilki. A to, że zrobiła to tym razem moja rodzicielka, nie miało znaczenia.
Zwolniłem tempo i tylko szedłem. Nie płakałem wiele, nie zaniosłem się rykiem, jedyne co, to łzy zasłaniały mi pole widzenia. Wytarłem je i kroczyłem instynktownie w stronę osoby, w której ramionach czułem się bezpieczny i… kochany?
Tym razem, gdy nacisnąłem guziczek dzwonka, drzwi otworzyły się po chwili. Miałem szczęście, że to on mi je otworzył.
Już po chwili Nikodem tulił mnie do siebie, nie pytając co się stało. Na wyjaśnienia nie miałem siły oraz chęci i cieszyłem się, że on to zrozumiał. Po prostu przytulił mnie do siebie i głaskał po głowie jak małe dziecko, czasami nawijając moje loki sobie na palec. Nawet nie zauważyłem, że drżę, a gdy to spostrzegłem, zacisnąłem dłonie jeszcze mocnej na jego koszulce.
Poczułem jak blondyn całuje mnie w czubek głowy. Moje myśli powoli odwracały się od wydarzenia w domu, a skupiały się na Nikodemie. Jego cieple, kojącym zapachu i czułych gestach. I po jakimś czasie ochłonąłem i spotkanie z matką zdawało się być złym snem.
W sumie, niektóre momenty w moim życiu zdawały się być najgorszym koszmarem. Jednak po koszmarach następowały senne marzenia. A teraz tuliłem się do Nikodema i czułem, że go kocham. To było balsamem na wszelkie zło w moim życiu i choć te słowa jeszcze zostały niewypowiedziane to moje serce zabiło mocniej na świadomość własnych uczuć. Wiedziałem, że blondynowi też nie jestem obojętny. Kwestią czasu było wyznanie, ale przecież nie chciałem się z tym śpieszyć. Ważne, że on był przy mnie, tulił mnie i pocieszał. I w jego ramionach czułem się bezpiecznie, a on obejmował mnie tak mocno, jakby nie chciał puścić.
Kochałem go. Ja naprawdę to czułem.



***

Hej!
Jest to prawdopodobnie ostatni rozdział, który dodam w 2015 roku. Mam nadzieję, że może wena przyjdzie i jeszcze uda mi się napisać XXVI, lecz wątpię w to...
W takich razie chciałabym życzyć Wam zdrowych, rodzinnych i wesołych świąt Bożego Narodzenia. Aby nadchodzący rok był dla Was jeszcze wspanialszy oraz bardziej udany niż ten, aby spełniły się w nim Wasze cele i marzenia. Żeby nigdy nie zabrało Wam zdrowia, miłości, przyjaźni, pieniędzy i czegokolwiek, czego byście chcieli. Abyście nie mieli powodów do smucenia się i martwienia. Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku!
Dodam też, że wraz z rokiem 2016 przychodzą pierwsze urodziny tego opowiadania, tego bloga! Pomysł co prawda pojawił się wcześniej, ale tak naprawdę pisać "Pięknie złamanego" zaczęłam jako postanowienie noworoczne. Cieszę się, że mi się to udało i dalej udaje. Cieszę się, że znalazłam czytelników i cieszę się z każdego komentarza. Dziękuję Wam za ten rok! Myślę, że w 2016 to opowiadanie dobiegnie końca, a potem... Potem się zobaczy :) 
Malina

8 komentarzy:

  1. Spokojnie, zostawię tutaj coś po sobie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szok.
      To jedyne uczucie, które malowało się na mojej twarzy, gdy przeczytałam słowa wypowiadane przez matkę Teo. A nie, wybacz. To nie jest jego matka. Ani razu już nie nazwę tej kobiety jego matką. Być może za bardzo się wczuwam, ale... Naprawdę postawiłam siebie w sytuacji Teodora. Jednakże ja na jego miejscu rzuciłabym tą wizytówką tej kobiecie w twarz, ale jest to spowodowane jedynie odmiennością pomiędzy moim charakterem, a charakterem głównego bohatera. Bądź co bądź - dla niego ona dalej była matką, choć w moich oczach straciła ten przydomek. Nie spodziewałam się takiego zachowania z jej strony, aczkolwiek nie liczyłam też na czułe wyznania i tęsknoty. Uważam za przepiękne to, jakie uczucia są pomiędzy Nikodemem a Teodorem. Cudownie to opisujesz, aż czuję to na skórze, jak oni bardzo siebie potrzebują. Cudowny rozdział pełen emocji, jestem bardzo ciekawa jak to potoczy się dalej. Życzę Szczęśliwego Nowego Roku! ;)

      Usuń
    2. Już myślałam, że nie pojawi się tu żaden komentarz. Uratowałaś mnie od nieciekawych myśli na temat tego opowiadania D:
      Teo ma też odmienny ode mnie charakter, bo sama pewnie kłóciłabym się z matką, ale niestety on ucieka.
      Z pewnością teraz rozpoczyna się najtrudniejszy okres opowiadania (tak mi się wydaje?), bo w końcu pojawił się całkowity obraz matki i ojca Teo. I jak bardzo bym chciała pisać o tej tęsknocie, tak wiem, że jest to niemożliwe i moje serducho nad tym ubolewa.
      Cieszę się, że skomentowałaś i Ci się podoba :D
      Dziękuję bardzo!
      Choć pod rozdziałem już życzyłam to mogę powtórzyć... Szczęśliwego Nowego Roku! ;)

      Usuń
  2. Uff no to zaczynam swój bezładny komentarz(wierz mi zasługujesz na o wiele lepsze ale musisz mi to wybaczyć :)): Bardzo podoba mi się twoje opowiadanie a najbardziej rozmyślania Teo a szczególnie te nad religią (często szuka odpowiedzi na pytania, które również nie dają mi spokoju i podziwiam go, że nie zaprzestał wierzyć). Gdy czyta się można by rzec "na raz" łatwo zauważyć, że jesteś w tym coraz lepsza a historia zaczyna żyć własnym życiem(?), bo staje się mniej przewidywalna i ma takie coś w sobie, nabiera charakteru. Twoich postaci(oprócz rodziców szatanów i tego parszywego fotografa) nie da się nie lubić. Z całego serca dopinguję Nikowi i Teo oraz mam nadzieję, że główny bohater poradzi sobie ze swoimi nie lekkimi problemami i da sobie pomóc. Ze zniecierpliwieniem czekam na kolejne rozdziały ;3
    Pozdrawiam i życzę duuużo weny i czasu aby przelać ją na papier/ekran, a sobie życzę aby moje przyszłe komentarze były na tyle jasne, że zrozumiesz co miałam na myśli xd

    Pozdrawiam ciepło i również życzę(spóźnione ale trudno) Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy komentarz jest cenny, nawet jeśli nie ma w nim ładu - taki też jest dobry, przynajmniej mam okazję poznać myśli czytelnika "wyrzucone" prosto z głowy ;)
      Muszę przyznać, że rozmyślania Teo to w większości moje rozmyślania, tak więc pytania na temat religii zadaje sobie on, ja i pewnie pełno osób.
      Jest to moje pierwsze opowiadanie własne, dopiero wprawiam się w takie pisanie, tak więc ciągle się czegoś uczę... Cieszę się, że to widać :)
      Co do lubienia postaci to jest to subiektywna opinia - chyba dwie lub trzy osoby wspomniały, że Lily działa im na nerwy. Chociaż może to będzie trochę narcystyczne to sama przyznaję, że lubię wymyślonych przeze mnie bohaterów c:
      Postaram się pisać więcej, ale teraz niezbyt jest to możliwe, a dodatkowo w opowiadaniu zaczyna się coraz więcej dziać, a ja nie chcę czegoś popsuć przez pośpiech...
      Dziękuję bardzo za komentarz! Naprawdę się cieszę i jest mi bardzo miło... Tak bardzo, bardzo ^-^
      I ja Tobie, tym razem w komentarzu, życzę tego samego i dziękuję za życzenia :)

      Usuń
  3. COOOOOO?
    Czytałam to opowiadanie od 23.00, teraz jest 02:26. Jutro mam rano szkołę i już dawno powinna spać, no. D: Teraz jestem zła, bo już chcę czytać kolejny rozdział, a tu... nic. Będę czekać!
    Tak swoją drogą, zawsze kiedy pojawia się Nikodem to przed oczami staje mi obraz Kise z KnB o.O Ale nieważne!
    Eh, przepraszam za taki dziwny komentarz, chyba nie umiem pisać normalnie. Pragnę tylko powiedzieć, że ojciec Teo definitywnie jest skurwysynem (pseplasam za słownictwo), a Anna chyba sobie żartuje. Szkoda, zasługuje na ich akceptację. ;-;

    Multum weny,
    Adelaide

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba powinnam Cię ochrzanić za olanie szkoły, ale nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem. I nie mam serca nic złego pisać na ten temat, bo to strasznie miłe, że moje opowiadanie było warte zarwania nocki (tj. mam taką nadzieję, że warto było) c:
      Nowy rozdział już się tworzy, co prawda miałam małe problemy, ale brakuje mi jednej sceny i poprawek. Postaram się ogarnąć to i jeszcze dzisiaj dodać!
      Nigdy nie oglądałam KnB, ale wujek Google mi pomógł i racja - z wyglądu naprawdę są do siebie podobni.
      Wcale nie uważam, żeby Twój komentarz był dziwny ;)
      A co do rodziców - no co zrobić, nic nie da się zrobić...
      Dziękuję bardzo za komentarz!

      Usuń
  4. Hej,
    co? przyszła do niego aby poszedł do szefa ojca, i wyjaśnił, żeby go ponownie przyjął do pracy... przecież został przez niego odrzucony bo jest gejem, dobre sobie... dobrze, że Nikodem daje Theo wsparcie...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy