sobota, 16 stycznia 2016

Rozdział XXVI

                Miłość to naprawdę ciekawe uczucie. Gdy człowiek uświadamia sobie, że kogoś kocha, serce przez chwilę zaczyna bić szybciej, a w środku wylewa się coś ciepłego i jakże przyjemnego.
                Fascynujące było to, że leżałem na łóżku już dwie godziny i cały czas myślałem o tym, co czuję, a sen nie morzył mnie ani trochę. Było to na swój sposób denerwujące, szczególnie, że następnego dnia miałem zmierzyć się ze sprawdzianem z matematyki. Jednak nie mogłem narzekać, bo miłość łagodziła nieco odczucia po spotkaniu ojca i matki. W końcu miałem Nikodema. Miałem kogo kochać.
                Kołdra zaszeleściła, gdy przewróciłem się na drugi bok. Westchnąłem, ale tak wcale przyjemniej mi się nie leżało, więc wróciłem do poprzedniej pozycji, układając się na lewym boku. Brakowało mi Hagi, która jak na złość jeszcze tego samego dnia została odebrana przez swoją panią, która wróciła wcześniej do domu. Brakowało mi psiny, mojego żywego termoforu. Z pewnością, gdy kiedyś będę miał własny dom bądź chociażby mieszkanie to znajdzie się w nim przynajmniej jeden taki pies – obiecałem sobie w myślach. No i Nikodem. Nie chciałem myślami wybiegać do przodu, szczególnie, że obydwoje byliśmy młodzi, ale przez to co poczułem, zacząłem cicho liczyć na to, że Nikodem będzie tym jedynym.
                Jednak dalej ciągnęła się za mną sprawa rodziców. Nie potrafiłem zrozumieć, co ci ludzie mają w głowach? Czy dalej powinni mieć prawo do nazywania siebie tak wspaniałym mianem jakim jest słowo „rodzic”? Przecież oni przestali zasługiwać na jakikolwiek szacunek z mojej strony. Nie powinienem darzyć miłością dwoje ludzi, którzy… No właśnie, którzy co? Spłodzili mnie i przez jakiś czas dawali mi dach nad głową oraz trochę pieniędzy? Nie na tym powinna opierać się nasza relacja. Nie to powinno być najważniejsze.
                Nie wiedziałem, co złego jest w homoseksualizmie. Nie potrafiłem stawić się w ich sytuacji i zrozumieć ich toku myślenia. Jednak czy to była też moja wina? Że nie pokochałem jakieś długonogiej blondynki, z którą miałbym gromadkę dzieci?
                Jednak miałem uciążliwe uczucie, że jestem im winny, aby pójść do firmy ojca i wyjaśnić sprawę. Ale jaka wina? Że niby moja? Skąd takie uczucie?
                W mojej głowie powstawało coraz więcej pytań. Nie znałem na nie odpowiedzi, a na część nie chciałem jej udzielić. A pytania rodziły się z każdą nową myślą, nie dając mi spać ani myśleć o niczym innym.
                I postanowiłem. Odetchnąłem głęboko, jakby z ulgą – Skąd tu ulga? – i postanowiłem, że pójdę do firmy, spotkam się z tymi ludźmi i chociaż spróbuję naprostować sytuację. Nie mogłem pozwolić, aby przeze mnie – Dlaczego niby przeze mnie? – matka miała mieć problemy finansowe. A dlaczego martwisz się tą wredną jędzą?
                Bo jaką wredną jędzą nie byłaby Anna Nelson, tak dalej pozostanie moją matką. I jak bardzo bym chciał, tak nie potrafiłem jej kochać za to, że po prostu nią była.

***

                Pierwszy dzień lutego zwiastował miesięcznicę. Dokładnie miesiąc wcześniej o północy pocałowałem Nikodema, co zapoczątkowało nasz związek.
                Co prawda o naszym małym święcie przypomniał mi Nik, od którego wiadomość przeczytałem na rano, lecz została dostarczona chwilę po dwudziestej czwartej.

Od: Nikodem
„Cieszę się, że wtedy mnie pocałowałeś. Dobranoc i do zobaczenia w szkole.”

                Nie byłem pewien czy jestem złym chłopakiem, czy po prostu z braku doświadczenia w związkach nie pomyślałem o tym, żeby cokolwiek przygotować bądź zrobić. Nie miałem kiedy, bo ciągle zaprzątałem sobie głowę rodzicami – najpierw ojcem, a potem też i matką. I gdy szedłem do szkoły, intensywnie myślałem nad wyobrażeniem tego dnia – czy Nik będzie chciał go jakoś świętować? Zdawało mi się to nieco absurdem i w końcu doszedłem do wniosku, że nie ma sensu kupować cokolwiek, a najlepiej będzie spotkać z Nikodemem po szkole i spędzić razem czas.
                Prawdopodobnie nigdy tak radośnie nie wkraczałem w mury tego budynku jak przekroczyłem próg pierwszego lutego. Niestety, pierwsze lekcje były dla mnie katorgą i z radością przyjąłem dźwięk dzwonka oznajmiającego dłuższą przerwę.
                Plan lekcji Nikodema znałem lepiej niż swój własny, więc po chwili znalazłem się w tłumie ludzi, próbując znaleźć go gdzieś obok klasy, w której po przerwie powinien mieć lekcje. Złotej czupryny nigdzie nie było, jedynie Gab siedział w kącie ze znajomymi mi z widzenia osobami.
                – Gdzie… - zacząłem pytanie, ale blondyn przerwał mi, uśmiechając się promiennie.
                – W bibliotece – poinformował mnie, doskonale wiedząc o kogo chcę zapytać.
                – Dzięki – rzuciłem i odwróciłem się na pięcie, pędząc we wskazane przez Gabriela miejsce.
                Po sporej przeszkodzie złożonej ze schodów (Kto, do diabła, wymyślił, aby ten budynek był tak wysoki?), w końcu dotarłem do biblioteki. Małe, szkolne pomieszczenie skarbów tak często niedocenianych przez ludzi. Na początku nacieszyłem wzrok starymi okładkami rozpadających się książek. Lubiłem czytać właśnie takie książki, które lata świetności miały za sobą – mogłem wtedy myśleć, kto jeszcze miał ją w rękach, kogo jeszcze zachwyciła. To było moim zdaniem cudowne.
                Przywitałem się z bibliotekarką, która wcale nie była aż taka zła czy nawiedzona. Zdawała się być nawet sympatyczną kobietą, która często zajmowała się klasami, którym wypadało „okienko” – ja nie miałem jeszcze przyjemności mieć lekcji z panią bibliotekarką, ponieważ moi nauczyciele jak na złość nie chorowali ani nie zdarzały im się żadne przypadki nagłych nieobecności.
                Przeszedłem do dalszej części pomieszczenia i pomiędzy regałami w końcu znalazłem blondyna. Stał oparty o parapet, zaczytany w jakieś lekturze. Nieco zapatrzyłem się na niego, gdy w skupieniu śledził tekst i nieświadomy mojej obecności, przygryzł wargę i poprawił dłonią włosy.
                – Cześć – mruknąłem.
                Nik momentalnie podniósł wzrok na moją osobę, a ja poczułem coś na kształt dumy, gdy obdarzył mnie miękkim, ciepłym spojrzeniem.
                – Dzień dobry – odparł, zamykając książkę i podchodząc do mnie, aby cmoknąć mnie w policzek. Biblioteka była na tyle przyjemnym miejscem, że schowanie się między regały zmniejszało prawdopodobieństwo nakrycia nas na takich gestach.
                – Co czytasz? – zapytałem.
                – Lektura – odparł ogólnikowo. – Nic ciekawego. Jak tam u ciebie na lekcjach? Uważałeś na historii? – spytał, uśmiechając się nieco ironicznie.
                – Tak właśnie, na historii zawsze uważam – burknąłem, patrząc na niego z politowaniem. – A po lekcjach idziemy do ciebie?
                – Mhm – przytaknął i przysunął się do mnie na ułamek sekundy, aby cmoknąć mnie w usta. Nie byłem pewny, czy gdyby nie ruch powietrza to poczułbym jego wargi na swoich ustach, dlatego też odważnie, ponieważ znajdując się w miejscu publicznym, wychyliłem się i pocałowałem mojego chłopaka nieco dłużej.
                Odskoczyliśmy od siebie, gdy usłyszeliśmy kroki, a po chwili przy regale znalazła się bibliotekarka, mrucząca coś pod nosem.
                Nik obrzucił mnie rozbawionym spojrzeniem, gdy tylko zauważył, że rumieńce pojawiły się na moich policzkach.
                Potem rozbrzmiał dzwonek sygnalizujący koniec wolnego, przyjemnego czasu pomiędzy lekcjami. Musieliśmy udać się do swoich klas ze świadomością, że za parę godzin wyjdziemy z tego budynku i piątkowe popołudnie będzie należeć tylko do nas.

***

                – Jesteś głodny?
                Odłożyłem plecak, położyłem się leniwie na łóżku Nika i dopiero raczyłem odpowiedzieć.
                – Trochę. Zamówisz pizzę? – dopytałem.
                – Mhm. Tak będzie najłatwiej i najszybciej.
                Zamknąłem oczy, a ręce zaplotłem pod głową i z przyjemnością upajałem się chwilą, w której miałem pełną świadomość, że jest już weekend. Byłem naprawdę zmęczony po całym tygodniu nauki, wyczerpujących testów i wstawania rano.
                Dopiero moment przed całusem poczułem obecność obok siebie Nikodema. Otworzyłem oczy i przyjrzałem się z bliska jego twarzy, a wzrok dłużej zatrzymałem na jego oczach, które tak bardzo uwielbiałem.
                – Normalnie jak Śpiąca Królewna. Całujesz i się budzi – zaśmiał się blondyn.
                – Nie prawda – burknąłem.
                – Prawda.
                – Nn… - spróbowałem zaprotestować, bezskutecznie, gdy moje usta zostały zakneblowane pocałunkiem.
Parsknąłem śmiechem.
                – No dobra – powiedział, wstając. – To zamawiam tę pizzę. Jaką wybieramy?
               

                Godzinę potem byliśmy najedzeni i  jeszcze bardziej rozleniwieni niż wcześniej. Leżeliśmy na łóżku, ja na brzuchu, oparty na łokciach i patrzyłem nieco z góry na Nika, który odpoczywał na plecach.
                – To już więcej nie będziecie, hm, bawić się w modeling? – dopytałem, kontynuując temat zaczęty przez blondyna.
                – Gab chyba coś tam chce robić, ale ja z Fabianem i Damianem stwierdziliśmy, że plątanie się w to nie ma sensu, skoro nie wiążemy z tym przyszłości. Wiesz, w naszym miasteczku nas znają, bo tu wszelkie plotki łatwo się rozchodzą – powiedział, a ja przyznałem mu całkowitą rację. To było przekleństwo mniejszych miast, w których większość ludzi znała się chociażby z widzenia.
                Rację Nikodemowi przyznałem tylko w myślach, bo rozdzwonił się jego telefon. Carter posłał mi przepraszające spojrzenie i odebrał.
                Z rozmowy nie wywnioskowałem kto dzwoni, więc gdy Nik pożegnał się z rozmówcą, spojrzałem na niego zaciekawiony. Nasuwało mi się oczywiście pytanie, kto dzwonił, ale nie wypowiedziałem go na głos, aby nie wypaść na aż tak dociekliwego.
                – To był Fabian. Chciał, abym do niego wpadł – poinformował mnie Nik.
Niezbyt podobało mi się, że blondyn zadaje się z Fabianem, ale nic na to nie mogłem. A to co poczułem z pewnością podchodziło pod kiełkującą zazdrość. Nie żebym uważał bruneta za swojego konkurenta, jednak faktem było, że całował Nikodema – po pijaku czy na trzeźwo, ale całował, więc wolałem mieć oko na ich relacje, które były dla mnie nieco niezrozumiałe.
                Odgoniłem od siebie nieciekawe myśli, skupiając się na fakcie, że właśnie mija miesiąc odkąd jestem z Nikodemem. I może miesięcznicy nie spędziliśmy w typowy dla par sposób, ale ani on, ani ja nie wyglądaliśmy na niezadowolonych. Cieszyłem się, że mogę leżeć obok niego, czuć zapach jego perfum czy całować go, kiedy zechcę, bo Nik znajdował się na wyciągnięcie ręki. Ręki, na której znajdowała się bransoletka od niego. Pogładziłem metalową płytkę z wyrytym napisem, a potem spojrzałem na Nikodema.
                Zapewne czując mój wzrok na sobie, blondyn podniósł spojrzenie i wbił je we mnie, uśmiechając się lekko. Coś w głębi duszy podpowiadało mi, że to idealny moment, aby powiedzieć te dwa słowa, które czułem całym sobą, gdy na niego patrzyłem.
                I gdy już prawie zebrałem się na odwagę, już prawie otworzyłem usta, aby to z siebie wydusić, ktoś zapukał do drzwi.
                Odruchowo spojrzałem w tamtym kierunku, a nastrój pękł jak bańka mydlana. Cholera, ten moment zdawał się być tak idealny, a został przerwany.
                – Proszę – powiedział Nik, po tym jak podnieśliśmy się do pozycji siedzącej.
                – Dzień dobry – wydukałem, gdy w drzwiach stanęła mama Nika. Spojrzała na nas badawczo, a ja czułem, że znowu robię się czerwony jak dorodny burak. Drugi raz miałem przyjemność spotkać tę kobietę i drugi raz czułem się skrępowany jej obecnością.
                – Dzień dobry, Teodorze – odpowiedziała. – Chciałam wam powiedzieć, że wróciliśmy i za chwilę będzie obiad, ale widzę, że już jedliście.
                – Tak, mamo. Z pewnością nie chcemy obiadu – odparł za nas obojga Nik.
                – Dobrze. To wam nie przeszkadzam.
                Wyszła z pokoju, a ja wypuściłem, nie wiadomo kiedy, wstrzymywane powietrze.
                Nikodem spojrzał na mnie rozbawiony.
                – Moja mama cię naprawdę zawstydza – stwierdził, a ja nawet nie próbowałem się tłumaczyć, dlaczego moja twarz jest cała gorąca, bo speszenie z pewnością widoczne było nawet w moich oczach. Wychyliłem się tylko po pocałunek, aby sprawnie zmienić skupienie Nikodema na ustach, zamiast na moich zaczerwienionych policzkach.

***

W poniedziałek w końcu zebrałem się na odwagę, aby umówić się z byłym szefem mojego ojca na spotkanie. Miałem mieszane uczucia, gdy dowiedziałem się, że już we wtorek mogę z tym mężczyzną porozmawiać. Jednak okazało się, że sekretarka dobrze znała mojego ojca, więc usłyszawszy, że jestem jego synem, błyskawicznie znalazła wolny termin.
                A ja bałem się. Naprawdę bałem się i nie wiedziałem co powiedzieć temu mężczyźnie. „Przepraszam, zwolnił pan mojego ojca za złe wyrażanie się o homoseksualistach. Wie pan, jestem jego synem-gejem, więc przyjmie pan go z powrotem?”. Nie miałem zielonego pojęcia co mu powiedzieć i jak przekonać go, aby ojciec wrócił na swoje stanowisko.
                Całą noc spędziłem na bezowocnym gdybaniu, co może się zdarzyć. Do głowy przyszły mi nawet najgorsze scenariusze, w których mogę dostać propozycję „zapracowania” na przyjęcie ojca. Miałem wielką nadzieję, że są to jednak tylko moje głupie myśli, które nie urzeczywistnią się w żadnym stopniu.
                Aby pojawić się na spotkaniu, musiałem dojechać do sąsiedniego, o wiele większego miasta. Nie stanowiło to dla mnie problemu, ponieważ dotarłem na miejsce pociągiem i miałem jeszcze półtorej godziny na namyślenie się jak przekonać tego faceta. Jednak im bliżej byłem swego celu, tym bardziej się stresowałem. A patrząc na zegarek i widząc upływające sekundy oraz minuty, czułem jak mój żołądek wiąże się w supełek.
                Pochodziłem trochę po pobliskiej galerii handlowej, a następnie byłem skazany na pojawienie się na spotkaniu z byłym pracodawcą ojca.
                – Dzień dobry – zacząłem, stojąc przed biurkiem kobiety, która zdawała się być sekretarką.
                – Dzień dobry. Słucham?
                – Teodor Nelson. Byłem umówiony z panem…
                – …Murrayem, oczywiście. Tym korytarzem, ostatnie drzwi na lewo – powiedziała, wskazując mi drogę. – Trzymam za ciebie kciuki, chłopcze. Robert to naprawdę sympatyczny mężczyzna, dobrze by było jakby wrócił tutaj – dodała, a ja starałem się nie zrobić grymasu na jej słowa. Mój ojciec sympatycznym człowiekiem? Może dla niej tak, szkoda tylko, że zabrakło mu sympatii dla własnego syna.
                Udałem się zgodnie ze wskazówkami kobiety, a moje serce przyspieszyło rytm. Dłonie zaczęły mi się pocić, ale starałem się ich nagminnie nie wycierać w spodnie.
                Zapukałem do drzwi, a gdy usłyszałem „Proszę”, nacisnąłem klamkę i wszedłem do środka.
                Pierwsze co ujrzałem to średniej wielkości gabinet, urządzony w całkiem neutralny, choć przyjemny sposób. Potem spojrzałem na mężczyznę siedzącego za biurkiem i miałem wrażenie, że nie mam pojęcia jak się z nim przywitać. Przecież go znałem!
                – Ed? – mruknąłem pod nosem, nie dowierzając. Oczywiste było, że to zdrobnienie pochodziło od jego imienia – Edward, aczkolwiek nigdy bym nie pomyślał, że to właśnie ten Ed okaże się szefem mojego ojca. Przez myśli przewijały mi się tony pytań, ale przede wszystkim zastanawiałem się ile on ma, do diabła, lat i co on w takim razie robił na imprezie Nikodema.
                Mężczyzna podniósł wzrok, pewnie zdziwiony ciszą z mojej strony. W pierwszej chwili widać było u niego dekoncentracje i próbę skupienia się na mojej osobie, a potem spojrzał na mnie zdziwiony.
                – Jak usłyszałem, że Teodor Nelson chce się ze mną spotkać to zdawało mi się, że już kogoś o takich personaliach spotkałem. No i proszę – skomentował.
                – A ja niezbyt spodziewał się… no ciebie tutaj – dokończyłem ślamazarnie.
                – Usiądź – polecił mi. Usiadłem dokładnie naprzeciwko niego. – I przejdźmy do sprawy, bo domyślam się o czym chciałeś ze mną mówić.
                – Chciałem mówić o ojcu – zacząłem zdecydowanie, pełen dość sztucznej i wątpliwej determinacji. – Proszę o to, aby mógł wrócić do pracy. Jestem jego synem, jestem gejem i ojcu trudno to zaakceptować, a tamtego dnia był po kłótni ze mną  - próbowałem tłumaczyć zachowanie ojca. Nie wierzyłem, że moje usprawiedliwienia na coś się zdadzą, bo sam nie wierzyłem we własne słowa.
                Edward przyglądał mi się uważnie i widać było, że się waha.
                – Jednak nie dość, że śmierdział alkoholem to jeszcze wykazał się wielką nietolerancją. Myślałem, że jest świadomy, że ja jestem gejem, a jak okazało się, jakoś ta informacja twojego ojca ominęła. Robert z pewnością nie może pracować na swoim poprzednim stanowisku, gdzie jedynym jego zwierzchnikiem będzie homoseksualista. Gdyby nie fakt, że znam cię, a nawet miałem okazję cię pocałować, to nie byłbym tak skory do przyjęcia tego faceta z powrotem do pracy – westchnął, uśmiechając się do mnie.
                – Czyli ojciec może wrócić? – zapytałem, patrząc na niego z nadzieją.
                – Tak, ale na niższe stanowisko z mniejszą pensją. Jednak to będzie jego jedyna szansa – dodał, a ja mu przytaknąłem. – Był dobrym pracownikiem, ale nie mogę tolerować takiego zachowania.
                – Dziękuję. Naprawdę dziękuję – powiedziałem. – Nie spodziewałem się, że się zgodzisz.
                Zaśmiałem się, a cały stres w końcu znalazł ujście ze mnie.
                – Nie ma za co, Teo. Choć w tym momencie czuję się strasznie staro – zamarudził.
                – Em, no trochę dziwna sytuacja…
                W tym momencie do gabinetu, nie czekając na zapraszające słowa, wpadł facet, którego, o ironio!, także kojarzyłem. Przewinął się u boku Eda i podczas imprezy u mojego chłopaka, i na urodzinach Gabriela. Starałem się nie okazywać szoku, ale miałem wrażenie, że za chwilę będę musiał zbierać szczękę z podłogi.
                – Ed, w tych dokumentach są same błędy – fuknął, zanim mnie zauważył. – O, przepraszam – dodał, a w jego głosie zabrzmiał dziwny akcent, który zdawał mi się być z lekka francuski.
                – Teo poznaj Marcela, mojego partnera – przedstawił mi mężczyznę. – Marcel to jest Teodor.
                – Miło mi poznać – mruknąłem jako pierwszy, przy czym kiwnąłem głową.
                – Mi również. Jednak zastanawia mnie, skąd to spotkanie? – zapytał, patrząc na mnie dość podejrzliwie.
                Edward pośpieszył z wyjaśnieniami.
                – Okazało się, że to syn Roberta Nelsona. Poprosił, aby ojciec mógł tu jeszcze pracować…
                – A ty pewnie się zgodziłeś? – wszedł mu w słowo.
                – Ostatnia szansa.
                Marceli westchnął, a ja uznałem, że najwyższy czas się zbierać. Zerknąłem na godzinę i znając rozkład pociągów, oszacowałem, że zdążę na najbliższy, o ile się pospieszę.
                – Muszę już wracać – zwróciłem się do Murraya. – Dziękuję za pozytywne rozpatrzenie mojej prośby.
                – Proszę bardzo, Teodorze. Do zobaczenia w mniej formalnym miejscu – dodał, a ja pożegnałem się z nimi i wyszedłem z gabinetu.
                Pierwsze co zrobiłem to napisałem wiadomość do matki o udanej próbie przekonania byłego-teraźniejszego szefa ojca. Miałem wrażenie, że dobrze zrobiłem, prosząc go o jeszcze jedną szansę dla niego. Jednak gdy tylko pomyślałem o tym człowieku – jego krzyku, wyzwiskach, ta pewność malała. On zasługiwał na to, abym ja się dla niego starał? Czy matka na to zasługiwała?
                Nie wiedziałem. Nie znałem odpowiedzi na te pytania, ale byłem świadomy, że robię to dla swoich rodziców – matki oraz ojca, którzy nie powinni nosić tego miana, ale noszą i nic z tym nie byłem w stanie zrobić. Musiałem ich zaakceptować i kochać tak, jak ja chciałbym być akceptowany i kochany tak, jak ja chciałbym być akceptowany i kochany. Musiałem żyć nadzieją, że kiedyś mi się to wróci. Że kiedyś rodzice powiedzą do mnie „Synku, rozumiemy cię. Wróć do domu, tęsknimy”.
                Nie chciałem nawet myśleć jak żałosne są moje marzenia. Przecież to było niemożliwe. Ci ludzie się mnie wyparli, a ja dalej miałem jakąś chorą nadzieję, że jednak coś zmieni się na lepsze.
                Dlaczego ja żyłem durną nadzieją? Dlaczego nie mogłem pogodzić się z aktualnym stanem? Dlaczego to wszystko bolało? Dlaczego poszedłem do pracodawcy mojego ojca i spełniłem tym samym prośbę matki? Dlaczego im pomagałem?
                Dlaczego pojawiło się w moim życiu tyle pytań? Dlaczego nie ma na nie odpowiedzi?
                Spojrzałem zza okno pociągu, który jechał z średnią prędkością, jednak wystarczającą, aby móc zabić człowieka. Nie rozumiałem wyboru takiej śmierci. Nie, definitywnie nie chciałem zginąć, rzucając się pod pociąg. Taki sposób był dla mnie zbyt makabryczny i nie chciałem robić ze swojego ciała miazgi.
                Dlaczego myślałem o śmierci?








***

Cześć!
Mam nadzieję, że mimo mojej głupoty znajdą się jeszcze tutaj czytelnicy ;-; W każdym razie chciałabym przeprosić za nieobecność, ale nie byłam w stanie nic napisać. Wiem, że nie powinno być tak, że rozdział pojawia się raz na miesiąc, ale i psychicznie, i fizycznie jestem wykończona. Nie chciałam pisać tekstu, który byłby jeszcze bardziej depresyjny, bo chyba nikt nie zdzierżyłby wisielczego klimatu.
Chyba za często użyłam słówka "nie". Ups.
Bądź co bądź już jestem i wezmę się za siebie, a w szczególności znajdę czas, siłę i wenę na pisanie c:
Do następnego!
Malina

15 komentarzy:

  1. Jejuuu.. Jak długo czekałam na kolejny wpis! :3 świetnie piszesz i nigdy nie przestawaj. Weny życzę i pozdrawiam :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, jestem okropna jeśli chodzi o regularność wstawiania rozdziałów ;-;
      Hah, nie mam zamiaru przestawać c: Dziękuję!

      Usuń
  2. W ciagu prawie 4 godzin przeczytalem cale to opowiadanie. I chce wiecej. Teraz nie zasne. Czekalem na ich pocalunek i mialem isc spac zaraz po opisanym przez Ciebie momencie gdy ich wargi spotkaly sie pierwszy raz. Ale to jak piszesz. Jak to wszystko opisujesz jest niesamowity. Wylapalem kilka omylek gdzie lili mowila w meskiej osobie a Teo w zenskiejale to i tak nie odebralo przyjemnosci z tego opowiadania. TO było jedno z najlepszych opowiadan jakie czytalem w zyciu. Jestes niesamowita! Juz chce kolejny rozdzial. Potrzebuje tego. Moj chlopak spi a ja nie moge zasnac kiedy on jest te 15km ode mnie. Blagam pisz czesciej bo robisz to zajebiscie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurczę, to takie miłe i to bardzo c: Sama wiem jak zarywam nocki dla opowiadań, a teraz mój tekst... Jej, to aż dziwne.
      Ach, pewnie tak bardzo przestawiłam się na pisanie w męskiej osobie, że musiałam przez przypadek nawet Lily tak przestawić. Jak znajdę te błędy to poprawię!
      Dziękuję bardzo ;)
      A co do częstości pisania - z tym jest nieco trudniej i to już naprawdę nie zależy ode mnie. Wena, czas, siła... Postaram się, ale nie wiem jak to wyjdzie :/

      Usuń
  3. Tacy rodzice to musi być koszmar. D:
    Szkoda, że ten rozdział był taki... angstowy. A właśnie! Czy masz zamiar napisać z nimi jakieś *ekhm* namiętniejsze sceny? *lennyface* A zresztą, nieważne. Powiem Ci, że dopiero teraz zauważyła, że dodałaś nowy wpis i zaraz mi się jakoś lepiej zrobiło :>
    Bo widzisz, teraz nie muszę martwić się czy wstanę do szkoły, bo muszę siedzieć przez jakiś czas w domu. ;-; Trzeba być mną, żeby przy treningu kopnąć w szafkę... Takim sposobem pierwszy raz w życiu nakładali mi szwy o.O
    Jednak jest pewien plus - mogę czytać tyle opowiadań ile dusza zapragnie, hehe.
    Eh, znowu odeszłam od tematu opowiadania. Cóż, wydaje mi się, że Teo źle zrobił pomagając ojcu. Robert jest po prostu idiotą. No błagam, jaki dojrzały facet się tak zachowuje? Bycie nietolerancyjnym to jedno, ale pokazywanie tego na każdym kroku i szkodzenie w ten sposób sobie samemu to już inna sprawą.
    Tak swoją drogą, napisałam dzisiaj 2 strony prologu w wordzie i śmiałam się z własnego tekstu xd Może kiedyś to gdzieś dodam, ale chyba lepiej oszczędzić tego ludziom :')

    Z góry przepraszam za literówki w komentrazu (znając moje umiejętności pisania na telefonie to pewnie jakieś są) i życzę oceaaaaaanu weny ;>
    /Adelaide

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój nieciekawy humor odbił się nieco na wydarzeniach w opowiadaniu :/ Nic na to nie poradzę niestety. Albo będę pisać tak, albo nie będę pisać wcale. A pisać muszę, bo gdzieś muszę umieszczać swoje myśli.
      A owszem, mam zaplanowaną taką scenę. O ile nie stchórzę...
      Auć, to współczuję :/ Jak kto woli, ale ja chyba wolałabym jednak chodzić do szkoły.
      Osobiście też uważam, że nie powinien tam iść, aczkolwiek Teoś ma inną psychikę i uważa inaczej. No cóż, ale coś z tego musi wyniknąć ;)
      Moim zdaniem jeśli ktoś chce coś pisać - droga wolna. Przecież ja też nie piszę idealnie, ale patrząc na moje początki... O borze... Nie ma co się śmiać tylko wystarczy pisać c:
      Dziękuję bardzo za komentarz! :D

      Usuń
  4. Jeju! Kocham ten blog, po pierwszym rozdziale stał się moim ulubionym! Czytam go powoli by nacieszyć oko dobrym stylem pisania! Nikodem i Teo to taka słodka para! Tak mi się nasuwa na myśl (oczywiście nie chce zaburzać Twojego planu bloga) gdyba to tak Nikodem zechciał; by zrobić nagą sesje Teo? To było by urocze po tym jak on się buraczy. Jeszcze raz, kocham to opowiadanie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, jak miło! Co prawda mogłabym mieć obiekcje co do dobrego stylu pisania, ale miło, że tak uważasz :)
      O Boże, Teo chyba spaliłby się ze wstydu! Kolor jego twarzy byłby intensywniejszy od koloru dojrzałego pomidora :D Ciekawy pomysł, ale chcę wyplenić temat modelingu, ponieważ jest to dla mnie niewypał, że się za niego zabrałam :/
      Dziękuję bardzo!

      Usuń
  5. W końcu rozdział ;) trochę za bardzo depresyjny ale i tak się cieszę, że mogłam go przeczytać. Życzę tobie kochana weny, czasu i spokoju <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sama czuję, że trochę przesadziłam, ale nie miałam jak zmienić go na mniej depresyjny :/ Mój nieciekawy humor odbił się na opowiadaniu, nad czym ubolewam.
      Dziękuję c:

      Usuń
  6. PRZEPRASZAM ZA ZNIKNIĘCIE.
    Nie wiem, jak to się stało, ale kompletnie zapomniałam o Twoim blogu. Jest mi strasznie głupio z tego powodu, ponieważ Twój blog z pewnością zasługuje na pamięć. Od razu przejdę do komentowania rozdziału.
    Nie wiem, czy trafnie zauważylam, lecz odbieram wrażenie, że Twój styl pisania odrobinę się zmienił - podczas czytania wydał się płynniejszy i oczywiście lepszy. Dawno nie czytali mi się czegoś tak dobrze. Masz wspaniały styl pisania i gebialnie dobierasz słowa. Jeden błąd wpadł mi w oko, był on w momencie rozmowy Nikodema i Teosia, gdzie Teo powiedział 'Nieprawda'. Napisałaś to oddzielnie, a wydaje mi się, ze powinno być łącznnie, choć równie dobrze mogę się mylić.
    Rozdział bardzo mi się podobał. Zadziwia mnie zachowanie Teodora,chłopak ma naprawdę dobre serce. Niepokoi mnie fakt, że myśli o śmierci. Liczę na interwencję ze strony Nikodema. Chyba przydałaby im się kolejna dłuższa rozmowa.
    Udany był ten rozdział, super się czytalo i super fabuła ;) Przepraszam, że tak krótko, ale jestem na telefonie, a poczulam nagłą potrzebę skomentowania Twojego dzieła. Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najważniejsze jest to, że wracasz tutaj i tak miło komentujesz c:
      Cały czas pracuję nad swoim stylem pisania i ciągle uczę się pisać, więc z pewnością da się zauważyć jakieś różnice. Choć chciałabym, aby to opowiadanie komponowało się rozdziałami to nie jestem w stanie tak zrobić, bo każdy rozdział to mały krok do przodu :)
      Co do "nieprawdy" - racja! Muszę znaleźć ten błąd i go poprawić.
      Wiadomo, nie mogę zdradzić jak zakończy się akcja z myślami Teo, ale zapewniam, że nie jest to bezcelowe pisanie.
      Dziękuję bardzo! Możesz nie wierzyć, ale naprawdę cieszę się, że skomentowałaś! :D

      Usuń
  7. PRZEPRASZAM ZA ZNIKNIĘCIE.
    Nie wiem, jak to się stało, ale kompletnie zapomniałam o Twoim blogu. Jest mi strasznie głupio z tego powodu, ponieważ Twój blog z pewnością zasługuje na pamięć. Od razu przejdę do komentowania rozdziału.
    Nie wiem, czy trafnie zauważylam, lecz odbieram wrażenie, że Twój styl pisania odrobinę się zmienił - podczas czytania wydał się płynniejszy i oczywiście lepszy. Dawno nie czytali mi się czegoś tak dobrze. Masz wspaniały styl pisania i gebialnie dobierasz słowa. Jeden błąd wpadł mi w oko, był on w momencie rozmowy Nikodema i Teosia, gdzie Teo powiedział 'Nieprawda'. Napisałaś to oddzielnie, a wydaje mi się, ze powinno być łącznnie, choć równie dobrze mogę się mylić.
    Rozdział bardzo mi się podobał. Zadziwia mnie zachowanie Teodora,chłopak ma naprawdę dobre serce. Niepokoi mnie fakt, że myśli o śmierci. Liczę na interwencję ze strony Nikodema. Chyba przydałaby im się kolejna dłuższa rozmowa.
    Udany był ten rozdział, super się czytalo i super fabuła ;) Przepraszam, że tak krótko, ale jestem na telefonie, a poczulam nagłą potrzebę skomentowania Twojego dzieła. Pozdrawiam ciepło :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Hej,
    och sami znajomi, choć wcale nie musiał iść, jego ojcieć nie znosi informacji, czy jak to nazwać, że syn jest gejem, sle szefa to tak??? agrh....
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy