środa, 15 czerwca 2016

Rozdział XXX

                Miałem nadzieję, że cały zły scenariusz zrodził się tylko w mojej głowie i tam pozostał. Marzyłem, aby to wszystko okazało się marą senną, po której tak naprawdę obudzę się zlany potem ze strachu w ramionach Nikodema.
                Jednak tak nie było, bo to wczoraj wydarzyło się naprawdę.
                Nie mogłem dalej wyjść z szoku. Cały bieg zdarzeń wydawał mi się jakby odcięty z mojego życia, niepasujący do niego, wręcz nierealne – tak jakbym grał główną rolę w dziwnym filmie, w którym pojawił się nagły zwrot akcji, a ja jako aktor zgubiłem się, czekając bezradnie na dobrodusznego scenarzystę, który powie mi, co mam robić.
                Dalej odczuwałem strach. Tak bardzo bałem się tego, co miało nadejść. Nic nie zwiastowało, aby kolejne wydarzenia miały mieć choć jakikolwiek pozytywny wydźwięk. Wiedziałem, że w tym miasteczku już na stałe będę posiadał łatkę homoseksualisty bądź pedała – i do tej zacnej części roweru będę porównywany, od niej wyzywany, ale… Czy to wszystko ja wytrzymam? To pytanie notorycznie przewijało się w moich myślach i nijak miałem pojęcie jak na nie odpowiedzieć. Byłem na skraju swojej cierpliwości, cienkiej granicy tolerancji życia. Cokolwiek mogło być w stanie złamać ją i mnie. Stałbym się tak doszczętnie pięknie złamanym, kompletnie zniszczonym.
                Zmrużyłem oczy, wgapiając się w ekran telefonu. Brak odzewu ze strony Nikodema bolał, a nawet Gabriel nie zamierzał fatygować się rozmową ze mną. Jakże urocze to było z ich strony – zaśmiałem się gorzko w myślach. A przecież oni wiedzieli. Mieli świadomość odnośnie czegoś, co powinienem wiedzieć i ja, a nie byli w stanie mnie łaskawie o tym poinformować i to był kolejny powód do strachu, bo czym mogła być ta tajemnica?
                Jedyne powiadomienie w moim telefonie zwiastowało wiadomość z numeru, który znałem na pamięć pomimo próby usunięcia go ze swojego życia. I w sumie jej też – mojej wspaniałej matki, który napisała tylko jedno słowo: „zadzwoń”.
                Nie dodała nic więcej, a ja i tak czułem się zobligowany, aby wypełnić jej żądanie. Nacisnąłem zieloną słuchawkę i liczyłem sygnały. Miałem szczerą nadzieję, że ona nie odbierze, a ja powiem: „Trudno, próbowałem” i wstanę z łóżka, przestając myśleć o kobiecie, która dała mi życie.
                Ku mojemu niezadowoleniu, matka odebrała telefon.
                – Halo? Teodor? – ciche mruknięcie dobiegło ze słuchawki.
                – Tak. Kazałaś mi zadzwonić – odparłem suchym tonem.
                – Możemy się spotkać? – zapytała, a ja na chwilę zaniemówiłem. Słyszałem w słuchawce jej oddech, samemu wypuszczając ze świstem powietrze.
                – Po co? – burknąłem, mierzwiąc swoje włosy na wszelkie strony świata i próbując rozczesać je palcami.
                – To nie jest rozmowa na telefon, Teodorze.
                – O której? – burknąłem ponownie, zaciskając usta w wąską kreskę.
                – Do osiemnastej nie powinno być ojca. Przyjdź, proszę.
                Zaraz po jej ostatnich słowach rozłączyłem się.

***

                Szedłem przez park i modliłem się w duchu, aby nie spotkać nikogo znajomego. Nie miałem zamiaru użerać się z głupimi komentarzami, nieprzychylnymi spojrzeniami czy nawet troskliwymi pytaniami. Wszystko było mi takie… obojętne. Nie obchodziło mnie już to, co się dzieje wokół mnie, a skupiłem się na tym jak źle się z tym wszystkim czuję. Jak bardzo boli mnie cała ta sytuacja, jak napawa mnie strach i wkradają się do mojego umysłu wcześniej ukryte lęki.
                Najwidoczniej Bóg nie mógł mi odpuścić nawet spotkania znajomych twarzy w parku, bo gdy skręciłem w uliczkę, na ławce rozpoznałem piątkę licealistów, których kojarzyłem. Na mój widok rozmowy ucichły, a ja rozejrzałem się panicznie za inną drogą, lecz jedyne, co mogłem zrobić, to odwrócić się na pięcie i wrócić tam, skąd przyszedłem.
                Uniosłem dumnie głowę i ruszyłem pewniejszym krokiem, a będąc blisko nich, usłyszałem pytanie zadane przez chłopaka:
                – To jest ten pedał?
                Jakaś dziewczyna przytaknęła, a kolejny przedstawiciel samców alfa zarechotał głośno i skomentował mój wygląd.
                Odwróciłem od nich wzrok i przyspieszyłem, aby jak najszybciej oddalić się od ognia ich spojrzeń, które paliły, czułem je na sobie. Ci ludzie patrzyli na mnie jak na dziwadło, a u niektórych pojawiło się nawet obrzydzenie. Tak bardzo nie chciałem być w centrum uwagi, pragnąłem odsunąć od siebie wszelkie zainteresowanie…
                Przygryzłem drżącą wargę i starałem się uspokoić całe ciało. Próbowałem się pocieszyć, że nie będzie tak źle, ludzie przyzwyczają się do mnie, ale wcale nie uspokajał mnie fakt, że na horyzoncie zauważyłem dach mojego byłego domu.

***

                Zadzwoniłem do drzwi, czując się specyficznie, kolejny raz stojąc przed nimi jako gość i czekając, aby ktoś je przede mną otworzył. Było to surrealistyczne uczucie, które zapewne będzie wracać za każdym razem, gdy będzie mi dane przekroczyć próg budynku, w którym spędziłem sporą część swojego życia.
                Nie czekałem długo, bo już po chwili stanęła przede mną moja matka. Nie patrzyła na mnie z obrzydzeniem, nie wyczytałem na jej twarzy niezadowolenia. Była taka nijaka w swojej posturze i przybrana w kamienną maskę, która nie oddawała żadnych uczuć, jedynie obojętność w stosunku do mnie.
                – Dzień dobry – powiedziałem, przyglądając jej się uważnie. Wizualnie byłem do niej naprawdę podobny, widać było, że odziedziczyłem po niej część genów. Źle zainwestowanych genów, parsknął smętnie głosik w mojej głowie.
                – Dzień dobry – odparła. – Wejdź.
                Przepuściła mnie w drzwiach, zamykając je za mną.
                – Do kuchni? – zapytałem.
                – Tak.
                Przechodząc korytarzem, miałem wrażenie, że to wczoraj przyznałem się do bycia gejem, bo tak naprawdę w tym budynku nic się nie zmieniło. Wazon z kwiatami stał na niskiej komodzie przed lustrem w przedpokoju, te same białe zasłony w oknach i czajnik stojący zawsze na lewym górnym palniku.
                Usiadłem na krześle, położyłem ręce na stole i nie wiedziałem co robić. Na chwilę wbiłem spojrzenie w blat, a potem podniosłem je na matkę, która akurat drobną dłonią ozdobioną w obrączkę chwyciła czajnik.
                – Herbaty?
                – Poproszę.  
                Kolejne czynności wykonywała w zupełnej ciszy, którą przerywały odgłosy lejącej się, a potem gotującej, wody, wsypywanej kawy do filiżanki i otwierania opakowania herbaty, aby wrzucić torebkę do drugiego naczynia.
                Wytarła dłonie w spodnie, a potem popatrzyła na mnie. Milczeliśmy i żadne z nas nie wiedziało jak zacząć rozmowę, a może po prostu nikomu w tamtym momencie nie przyszło to na myśl.
                Woda zagotowała się, więc matka nalała jej do filiżanki i kubka. Postawiła herbatę przede mną, a jej dłoń nieco zadrżała, rozlewając gorący napój na blat stołu.
                – Och, przepraszam – wymamrotała.
                – To nic – odparłem, wstając i przynosząc ścierkę wiszącą obok zlewu, aby zetrzeć plamę.
                Matka usiadła i napiła się kawy. Po kuchni zaczął powoli rozchodzić się zapach świeżo parzonego płynu, więc wziąłem głębszy oddech. Tak jak nie lubiłem pić kawy, tak uwielbiałem jej zapach.
                – I jak tam w szkole? – Usłyszałem i ze zdumienia podniosłem jedną brew.
                – Z nauką radzę sobie bardzo dobrze – odpowiedziałem. – A wy jak sobie radzicie?
                – Ojciec nadal pracuje, więc nie jest źle – powiedziała, a ja z przyzwyczajenia przytaknąłem ruchem głowy. – Jednak pewnie wiesz, dlaczego chciałam z tobą porozmawiać, prawda?
                – Nie wątpię, że chodzi o zdjęcie – parsknąłem, i aby zająć czymś dłonie, chwyciłem kubek.
                – Tak. Ojciec dostał je drogą elektroniczną w pracy. To naprawdę twój chłopak?
                – Naprawdę – przytaknąłem. – Rozczarowana?
                Spojrzałem na nią spode łba. Nie spodziewałem się żadnych pozytywnych reakcji z jej strony, a już tym bardziej nie liczyłem na nic ze strony ojca.
                – Jak długo jesteście razem? – zadała kolejne pytanie, moje omijając.
                – A po co ci to wiedzieć? – burknąłem.
                – Jesteś moim synem.
                – Więź krwi nic nie znaczy – powiedziałem, patrząc w jej oczy.
                Byłem wrogo do niej nastawiony, ale miałem do tego prawo. Tak przynajmniej sobie to tłumaczyłem, przyjmując obronną postawę przeciwko jej całkiem normalnym pytaniom.
                Bo w oczach matki zobaczyłem łzy. Mur, którym się otoczyłem, nieco zmalał na ten widok. Poczułem się tak głupio, atakując ją i z góry zakładając, że jedyne co usłyszę to wyrzuty. To nie miało sensu, aby udawała smutek, który w tamtej chwili widziałem w jej postawie, twarzy i przede wszystkim oczach. A przecież gdyby chciała mi cokolwiek wygarnąć już dawno powiedziałaby swoje i wyrzuciłaby mnie z domu…
                Ale dlaczego? Skąd ta zmiana? Czy nie znałem własnej matki?
                – Półtora miesiąca.
                – Kochasz go?
                – Tak.
                Spuściła wzrok na swoje dłonie, zaciskając usta w wąską kreskę.
                – Wiesz, że ojciec nigdy tego nie zaakceptuje… – zaczęła.
                – Wiem – przerwałem jej. – Dał mi to do zrozumienia i myślałem, że ty także podzielasz jego zdanie.
                – Jesteś moim synem – powtórzyła.
                – Jestem – przytaknąłem, a ona spojrzała na mnie zdziwiona. Ten wzrok nie był przyjemny, bo wiedziałem, że przed chwilą pod wpływem emocji powiedziałem głupstwo, ale teraz miałem okazję to naprawić. – Zawsze będę. Nawet wtedy, gdy wy nie będziecie chcieli mnie znać.
                – A czy… Czy jesteś teraz szczęśliwy?
                – Nie – wypaliłem. – Nie wiem.
                Gdy tylko wypowiedziałem te słowa, drzwi wejściowe trzasnęły. Podskoczyłem wystraszony, widząc ojca w drzwiach kuchni.
                – Co ten pedał tu robi? – zapytał i oczywiste było, że był to zwyczajny, pijacki bełkot.
                – Miało go tu nie był – warknąłem, cały się napinając.
                Matka spojrzała przerażona raz na niego, raz na mnie.
                – Ty miałeś mi się na oczy nie pokazywać – wymamrotał, patrząc na mnie z nienawiścią. Miałem wrażenie, że z jego oczu widać tylko tą nienawiść i obrzydzenie, w sumie nie byłem pewien czym. Mną? Jego synem? Naprawdę?
                Ojciec zbliżył się do mnie dość szybkim i pewnym krokiem jak na kogoś, kto wypił zdecydowanie za dużo. Rozejrzałem się po kuchni, ale siedziałem w kącie pomieszczenia i nie miałem możliwości do ucieczki.
                Wstałem i zaraz niespodziewanie otrzymałem cios w brzuch. Zamrugałem, bo pole widzenia zasłoniły mi łzy bólu. Ten mężczyzna był postawny i silny, a jego uderzenie bardzo zabolało. Tak jak kolejne, które otrzymałem po przechyleniu się i objęciu za brzuch. Kopnął mnie w piszczel, a ja nie miałem siły stać.
                Upadłem, przy okazji uderzając głową o kant stołu.
                Jedyne co pamiętałem to krzyki matki. Jej wrzask przy pierwszym uderzeniu i głośny płacz.
                – Robert, zostaw go! – Rozbrzmiał przytłumiony krzyk matki, gdy moje oczy samoistnie zamknęły się i umysł zapadł w mrok, nie rejestrując dalszych zdarzeń.

***

                Poczułem głaskanie po głowie. Wokół słyszałem odgłosy miasta i też głos kobiety, – matki? – który mówił kojące słowa, uspokajał mnie, choć sam w swoim brzmieniu był nerwowy.
Chyba mi się wydawało, że otworzyłem oczy i zobaczyłem nad sobą właśnie matkę.
                – Będzie dobrze – powtarzała jak mantrę, a ja dalej nie walczyłem z powiekami i chęcią zaśnięcia. Jednakże po chwili walki pozwoliłem sobie na udanie się w objęcia Morfeusza.

***

                Gdy naprawdę otworzyłem oczy, ujrzałem znajomy sufit, który w ostatnich miesiącach widywałem codziennie. Znajdowałem się w Hopkinsów, – Dlaczego, do cholery, nie w szpitalu? – ale zanim pomyślałem o czymkolwiek, skrzywiłem się na ból, który rozszedł się po moim ciele.
Odsunąłem kołdrę i podniosłem bluzkę, aby spojrzeć czy widać już jakiekolwiek ślady. Westchnąłem, widząc ogromne zasinienie na skórze, które dopiero powstawało i przybierało barwę galaktyki.
Powoli usiadłem na łóżku, lecz w mojej głowie i tak panowała karuzela. Zamknąłem oczy i otworzyłem je, próbując się skupić na pomieszczeniu. Rozejrzałem się i dojrzałem tabletki oraz szklankę wody na szafce nocnej i podziękowałem w duchu osobie, która to tu zostawiła.
Przeczytałem pobieżnie opakowanie medykamentów i zażyłem dwie tabletki. Położyłem się ponownie, czekając aż ból nieco ustanie.
Usłyszałem trzask drzwi wejściowych i jakieś głosy, lecz nie byłem w stanie zidentyfikować kto i o czym mówi.
Z czystej ciekawości spełzłem z łóżka i wolnym krokiem doszedłem do drzwi, uchylając je i wytężając słuch.
– Pojebało cię?! – krzyknął Natan, którego pełen zdenerwowania głos rozpoznałem od razu.
– Cicho bądźcie! – powiedziała Lily.
– Zamknij się – odwarknął na nią Nikodem. – Teraz my mamy do pogadania, a ty nie masz co się do tego wtrącać.
– On jest moim przyjacielem i też mam prawo coś na ten temat powiedzieć! – oburzyła się.
– A on jest moim chłopakiem, do cholery! – odpyskował do niej Nik. Zmarszczyłem brwi – czy tu naprawdę chodziło o mnie?
– Lily – zaczął Natan. – Może na tę chwilę idź do siebie, hm? Muszę mu wytłumaczyć, dlaczego nie może wyśpiewać wszystkiego Teodorowi.
– Ale…
– Idź, proszę. – Miałem wrażenie, że to wcale nie jest prośba i zapewne się nie myliłem.
Usłyszałem kroki i skrzypienie drzwi, świadczące o tym, że moja przyjaciółka naprawdę dała im się przegonić. Zaniepokoiło mnie to, ale postanowiłem trwać w swoim miejscu, nie chcąc zostać zauważonym.
– Czy ty nie rozumiesz, że on musi wiedzieć? – zapytał Nikodem.
– Musi, nie musi! Po co, do kurwy nędzy, chcesz wyciągać brudy sprzed dwóch lat?! – uniósł się Nat.
Sprzed dwóch lat?
– Uspokój się – warknął Carter. – On musi wiedzieć chociażby ze względu na ostatnie zdjęcie.
– To zdjęcie jest wyłączenie twoją winą! – oskarżył go Natan, a ja zdziwiłem się jeszcze bardziej. – Ja pierdole, chciałeś abym trzymał się z daleka? Okej, załatwione! Nawet odsunąłem się od Teo, abyście mogli spokojnie gruchać, ale nie zgadzam się, abyś znów wyciągał tę sprawę na wierzch!
O co tu chodziło?
– Moją winą? Pojebało cię? To nie ja je wstawiłem!
– Nie ty tylko twój były!
– I mógłbym to wytłumaczyć Teodorowi, dlaczego Fabian to dodał. Zrozum, że trzymanie wszystkiego w tajemnicy nie ma sensu… – wymamrotał Nikodem.
Fabian jest byłym chłopakiem Nikodema?
– Kurwa, Carter, i co chcesz mu powiedzieć? Jak chcesz mu to powiedzieć? – parsknął.
– Normalnie. Opowiedzieć wszystko od początku, a nie udawać, że nic nie wiem!
– Hej, Teo, wiem, że twój ojciec cię ostatnio pobił i w sumie to nieciekawie u ciebie, ale dojebię ci jeszcze bardziej. Fabian jest moim byłym, nienawidzi cię, bo dalej mnie kocha i to on dodał to zdjęcie, bo chciał ci zrobić z życia jeszcze większe piekło. Wszyscy o tym wiedzieliśmy, ale nikt nic nie robił. Ach, a dlaczego były? Bo na jednej imprezie przeleciał twojego przyjaciela, tak, Natana, bo on chciał sprawdzić swoją orientację – przedrzeźniał Nikodema.
Natan zastanawiał się, czy nie jest gejem?
– Zapewne tego musiałby się dowiedzieć – przytaknął Nik.
– Po cholerę? – warknął Natan.
– Powinien wiedzieć, że potem wszystko się skumulowało i… – urwał, a na chwilę zapanowała cisza.
– I próbowałeś się zabić, wiem – dokończył za niego Davies. – Ta wiedza nie jest mu potrzebna. To są brudy, do których nie powinniśmy wracać…
To było czynnikiem zapalnym do próby samobójczej Nikodema?
– Ale Fabian nie przestanie być skurwielem po tym wszystkim!
– To trzeba było mu nie dawać dupy po rozstaniu, bo było się za słabym, aby odmawiać!
– Nie. Waż. Się. Tak. Więcej. Mówić – wysyczał Nikodem, a po chwili usłyszałem charakterystyczny odgłos uderzenia i stolika, który prawdopodobnie Natan kopnął bądź w jakiś sposób przesunął.
Czyli to jest ta tajemnica?
Zsunąłem się po ścianie, siadając, schowałem twarz w dłoniach i starałem się unormować oddech. Serce łomotało w mojej klatce piersiowej z ogromną siłą.
Słyszałem, że kłócą się dalej, ale nie miałem siły skupić się na tej rozmowie. Moje życie runęło jak domek z kart, bo nagle okazało się, że wszystko opierało się na jednej wielkiej tajemnicy i ciągłych kłamstwach.
Miałem dziwne uczucie jakby ziemia pod moimi stopami naprawdę się zapadła, a ja trafiłbym prosto do piekła, które sporządzili mi najbliżsi.
Czy ja miałem wokół siebie kogokolwiek, kto był ze mną szczery? Dopuściłem tych ludzi do swojego serca, a oni wszyscy postanowili mnie zranić.
                Ojciec mnie nienawidził. Matka nie mogła przemóc się do mojego homoseksualizmu. Mój chłopak wraz z przyjaciółmi ukrywał wiele aspektów swojego życia. 
                Teraz wszystko nabrało sensu – cała historia Cartera, jego pytania odnośnie Natana i Fabian, który za każdym razem taksował mnie swoim wzrokiem, który gdyby zabijał to padłbym martwy już przy pierwszym spotkaniu.
                A w tamtej chwili? Czułem się w środku pusty, wypruty z wszystkich pozytywnych uczuć i emocji, tak jakbym nie pamiętał co to uśmiech i nie potrafił się śmiać. Ból, który odczuwałem był niezmiernie dziwny. Tak, jakby ktoś wyrwał mi serce, postrzępił na drobne kawałki duszę i zniszczył mnie całkowicie. To było naprawdę dziwne.
                Starałem się oddychać, ale miałem wrażenie jakbym topił się, a moją wodą stał się tlen. Nie mogłem uspokoić chaotycznych myśli, które wybrzmiewały mi w głowie.
                Nie miałem siły walczyć dalej z życiem, które wiodło mnie do kolejnych porażek, nieporozumień i zawodzeń. Miałem dość, po prostu dość i nie chciałem żyć, bo to było dla mnie tylko dalsze dręczenie siebie.
                – Oni wszyscy – wymamrotałem pod nosem. Łzy samoistnie popłynęły po policzkach, a ból w klatce piersiowej nie ustępował, a wręcz przyćmiewał ból fizyczny, który w tamtej chwili pragnąłem czuć.
                Wstałem i w jednej chwili postanowiłem, może irracjonalnie, po prostu wyjść. Najciszej jak potrafiłem, udałem się do przedpokoju. Ubrałem kurtkę i założyłem buty. Następnie otworzyłem szafkę, w której wujek trzymał najpotrzebniejsze narzędzia. Chwyciłem za scyzoryk, chowając go do kieszeni spodni.
                Otworzyłem drzwi, które nieco zaskrzypiały. Przystanąłem na moment, ale w gwarze kłótni nikt nic nie usłyszał, więc domknąłem je szybko za sobą.
Wziąłem haust zimnego, lutowego powietrza. Wiedziałem dokąd iść i byłem pewien, co chcę tam zrobić.
Udałem się w stronę lasu, będąc pewnym swojego postanowienia.
                Mijając kościół, zawahałem się czy nie wejść na chwilę. Przystanąłem, patrząc na drewniane wrota Domu Bożego. Ostatecznie popchnąłem je i wszedłem do środka, klękając w najdalszej ławce.
                Co mi pozostało po mojej wierze? Jedynie nadzieja, że Bóg mnie zrozumie i przyjmie u siebie. Liczyłem na to, że on czeka na mnie i myślałem, że to jest mój czas, aby do niego odejść. W końcu skoro na ziemi znajdowało się moje piekło to tam u Niego powinienem odnaleźć niebo, prawda?
                Dotarcie na miejsce zajęło mi znacznie dłużej niż zazwyczaj. Szedłem wolniej, ponieważ dalej czułem ból po uderzeniach ojca i trudniej było mi się skupić na drodze. Postanowiłem, aby ten spacer był wyjątkowy – podziwiałem każdy budynek, każde drzewo i wszystko wokół, bo wiedziałem, że widzę to po raz ostatni.
                 Usiadłem pod jednym z drzew i rozejrzałem się po lesie. Doszedłem do tego samego miejsca,  w którym po raz pierwszy spotkałem się z Nikodemem. Tutaj go poznałem i wtedy zabrał mi żyletkę, choć moje myśli nie były na tyle poważne, na ile były w tej chwili. Siedząc i wdychając zimowy, leśny zapach, byłem pewny, że nikt mnie nie znajdzie, a jak znajdzie to będzie już za późno.
                Zacząłem powoli żałować, że nie zostawiłem listu. Drobnej pamiątki po sobie, w której mógłbym wyrzucić wszystko, co myślę. Jednak co miałbym tam napisać? Jak bardzo ich nienawidzę za spieprzenie mi życia? Czy to, że tak bardzo mnie zranili, a ja ich dalej kocham? Że jestem świadomy tej wielkiej tajemnicy, że boli mnie brak kontaktu z rodzicami? Nie potrafiłbym odejść z myślą, że matka przeczyta jak bardzo chciałbym tworzyć normalną rodzinę wraz z nią i ojcem. Nie mógłbym jej tego zrobić, szczególnie po ostatnim spotkaniu. Jednak cząstka mnie dalej jej nienawidziła za to, że pozwoliła doprowadzić mnie do takiego stanu, w którym się znalazłem.
                Wziąłem telefon do ręki i wszedłem w listę kontaktów. Przeglądałem puste nazwy, za którymi kryły się numery do osób tak istotnych w moim życiu. Kto zasługiwał na moje ostatnie słowo? Na drobne pożegnanie?
                Żegnajcie.
                Taka wiadomość zdawała mi się być dziecinna, ale z drugiej strony miałem wrażenie, że powinienem to napisać. Wysłałem ją do pięciu osób. Matka, Nikodem, Lily, Natan, Gabriel – uznałem, że oni powinni ją otrzymać. Nie chciałem mieszać w moje samobójstwo Laury, wujostwa czy pani Lucy, o której także pomyślałem. Zostawiłem ich w spokoju, wystarczyła myśl, że będą zmuszeni przyjść na mój pogrzeb.
                Wyciągnąłem scyzoryk z kieszeni. Podwinąłem rękawy.
                Łzy zasłoniły mi pole widzenia, a gdy popłynęły, wbiłem ostre narzędzie w moją skórę i pociągnąłem go dalej. Zabolało i to bardzo, ale mimo to przełożyłem scyzoryk do drugiej ręki i naciąłem tym razem prawy nadgarstek. Co prawda nieco płycej, ale… Udało mi się zrobić kolejne nacięcie.
                Krew miała naprawdę ładny, intensywny kolor kontraktujący z ziemią i szarością świata.

                Pięknie mnie złamali.





***

Hej!
Oto rozdział, za który zabierałam się niemiłosiernie długo. Pisałam go kilkukrotnie, bo za każdym razem nie umieszczałam tam wszystkiego, co chciałam opisać. I w końcu mam przeświadczenie, że ta wersja jest najlepsza ze wszystkich. 
Dlaczego mnie nie było? Przepraszam za tę przerwę, ale nie potrafię logicznie wytłumaczyć tego, co się działo u mnie, nie podając poszczególnych wydarzeń z mojego życia. Działo się źle i bardzo nieciekawie, więc trudno było mi usiąść i pisać coś tak smutnego. 
Czy po tym rozdziale nastąpi epilog z tak wyczekiwanego przez Teodora Nieba? Chętnie przeczytam, co sądzicie na ten temat. 
Jeszcze raz przepraszam za nieobecność, 
Malina

17 komentarzy:

  1. Ja wale. Prawie codziennie wchodziłam na bloga, sprawdzając czy jest nowy rozdział. Dzisiaj prawie go wyłączyłam, bo myślałam, że nie ma nic nowego! Przeoczyłabym taki rozdział. ;_;
    To nic, że tak długo Cię nie było. Mam nadzieję, że jest już u Ciebie lepiej. <3
    I co do rozdziału... czuję dziwną pustkę. Jejku, mam nadzieję, że Teo będzie TAM szczęśliwy. Bo nie wierzę w to, że udałoby się go odratować.
    Od początku podejrzewałam, że Fabian okaże się byłym Nikodema. Jeszcze myślałam, że chcieli specjalnie spieprzyć Teodorowi życie, że Nik specjalnie się z nim spotykał, ale to by było całkowite kurestwo. :') Przykro mi, że tak się ta historia skończyła, ale przecież każda musi mieć swoje zakończenie.
    Liczę na to, że epilog jednak będzie i będziesz miała wystarczająco weny i chęci, by go napisać.
    Buziaczki :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nadzieja umiera ostatnia... Jestem, żyję. Przepraszam, że tak znikam, ale jednak nie mogę się częściej pojawiać.
      Taka wersja zdarzeń byłaby już całkowicie tragiczna.
      Na tę chwilę nie wypowiem się odnośnie reszty komentarza - oczywiście nie mam zamiaru spoilerować.
      Dziękuję bardzo za komentarz! ;)

      Usuń
  2. Szkoda, że to już koniec. Pięknie opisałaś uczucia Teo. Czekam na epilog!
    Ciekawa jestem czy Nikodem znalazł go i jak zareagował. Chcialabym zobaczyć tę sytuację z punktu widzenia Niko.
    Pozdrawiam i liczę, że jeszcze się tu do nas odezwiesz Autorko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy oby na pewno to koniec? :)
      Oczywiście, że będę się odzywać i przede wszystkim muszę wszystko wyjaśnić do końca z opowiadaniem!
      Dziękuję za komentarz!

      Usuń
  3. Rozdział mnie naprawdę zaskoczył. Nie spodziewałam się, że już w tym rozdziale Teodor podejmie próbę samobójczą! Do tego ta tajemnica Nikodema. Wszystko niespodziewane, tak że nie można się tego domyślić samemu :) Za to dziękuję Autorce >^<
    Powiem szczerze, przywiązałam się bardzo z głównym bohaterem i nie chcę, aby on umarł! Jeśli jednak, Autorko, chcesz zakończyć to opowiadanie, bo np. Nie masz czasu lub takie zakończenie Ci pasuje, ja nie będę zła ^^ *mimo iż jeden z moich ulubionych bohaterów może umrzeć... Błagam, nie zamieniaj się w Bartla Silvera i nie uśmiercaj w prawie każdym opowiadaniu bohaterów ;____; Kochałam Cię Błażej <3 Ciebie też kochałam Marcel...*
    ~megg
    PS. <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że pojawił się tutaj punkt zaskoczenia. Chciałam, aby to opowiadanie chociaż w minimalnej części było zaskoczeniem...
      Cała fabuła została przeze mnie wymyślona od początku do końca zanim zabrałam się za pisanie, więc nie wchodzi w grę zakończenie tekstu z powodu braku czasu. Jednak nie zdradzam czy epilog nastąpi, czy będzie to 31 rozdział.
      Och, w Bartka to bym chętnie się zamieniła. Podziwiam jego talent i także ubolewałam nad śmiercią Błażeja, bo liczyłam, że Bartek wgłębi się w jego życie. Ale powiem szczerze, z Marcelem mnie zaskoczyłaś - jaki Marcel, gdzie? :o
      Dziękuję! :D

      Usuń
    2. A tfu! To ja już Marka z Marcelem mylę! Przepraszam, chodziło mi o Marka z BE XD
      ~megg

      Usuń
    3. Haha, myślałam, że już coś nie tak ze mną, ale jakoś nie byłam w stanie przypomnieć sobie, kiedy niby umiera Marcel z Ósmego Cudu... No tak, Marek. Też mi jest go strasznie szkoda!

      Usuń
  4. Licze że odratują Teo, że w końcu mu się ułoży z Nikiem. Cholernie będzie mnie noleć jeśli on umrze, zżyłam się z tymi bohaterami jak jeszcze nigdy. Płacze czytając ten rozdział. Proszę odratuj Teo, odratuj życie tego dobrego człowieka. Odratuj fo by Nik mógł pokazać mu jak bardzo jest jego,światem. Proszę noe uśmiercaj go. Rozdział jest wspaniały, mam nadzieje że w twoim życiu wszystko się ułoży

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jednak ktoś zakłada tutaj optymistyczną wersję.
      Ja już wiem, co będzie dalej i kusi mnie, aby zdradzić Wam już teraz to... Ale tak nie mogę, muszę to opisać i jestem ciekawa Waszych reakcji :)
      Dziękuję.

      Usuń
  5. A mogłabyś powiedzieć, za ile dodasz następną notkę? Tak w przybliżeniu. Bo ja umieram z ciekawości co się dalej wydarzy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mam zielonego pojęcia. Chciałabym teraz podać przybliżoną datę, ale naprawdę nie wiem. Postaram się opublikować to w 1 połowie lipca i mam nadzieję, że mi się to uda.

      Usuń
  6. Czy tylko ja wchodzę na blog codziennie w nadziei na nowy rozdział xd
    ~megg

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już kolejny post mam gotowy i teraz muszę go sprawdzić, więc jak wszystko będzie dobrze to wstawię go nawet w ciągu najbliższych dwóch dni, tj. albo w środę, albo w czwartek :)

      Usuń
    2. <3
      ~megg

      Usuń
  7. Hej,
    miała pmmod pewnego czasu takie podejrzenia, że Fabian jest byłym, czemu nic nie robili wiedząc? o nie, o nie, chciałabym aby go znaleźli...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy