środa, 13 lipca 2016

Rozdział XXXI

                To wszystko zaszło za daleko. Byłem pewien, że źle zrobiłem, czekając na zgodę Daviesa. Teodor powinien o wszystkim wiedzieć od samego początku naszej znajomości, ale winę za to ponosił Natan. Skąd miałem wiedzieć, że oni nie są razem i Teo nic nie wie? A potem było za późno na wyjaśnienia i szczere rozmowy.
                Widziałem jak Teo marnieje w oczach i choć w moim towarzystwie na jego twarzy gościł uśmiech to i tak nie było dobrze. Z resztą sam wiedziałem jak łatwo jest zbudować wokół siebie mur i oddzielić się od swoich prawdziwych uczuć, które zżerają człowieka od środka aż staje się tak zniszczony, że postanawia ze sobą skończyć. Wiedziałem, bo sam to przeżyłem.
                Śmiało mogłem mówić o ironii życia, gdy mój chłopak okazał się w takiej samej sytuacji jak ja dwa lata wcześniej. I żałosne było to, że nawet ja nie potrafiłem mu pomóc, doradzić i podnieść na duchu.
                Od dłuższego czasu w domu Hopkinsów wrzeszczeliśmy na siebie wzajemnie z Natanem, syczeliśmy sobie w twarz aż ostatecznie uderzyłem go, bo padło o parę słów za dużo. W moich oczach to on zawsze był szmatą i nie miał prawa wytykać mi moich błędów, skoro sam popełnił ich parę w swoim życiu.
                Wypominanie sobie wzajemnie zdarzeń sprzed dwóch lat wcale nie było przyjemne. Najchętniej zapomniałbym o wszystkim i stworzył sobie nowy początek, ale gdy miałem ku temu możliwość – wystraszyłem się. Nie wyobrażałem sobie udania się do szkoły, gdzie nie znam nikogo, szczególnie, że gdy zaczynałem szkołę średnią wcale nie byłem tak pewny siebie, a moja samoocena ryła o dno, psychika dalej była zniszczona niedoszłą próbą… Potrzebowałem znajomych twarzy, a jak na złość do jednej klasy trafiłem z Fabianem. Stworzyliśmy niezdrową relację, której fundamentami był stary związek i gdyby nie Teo, to trwałoby dalej.
                To wszystko zdawało się być takie pokręcone, nienormalne, niedorzeczne… Nasza czwórka nie powinna utrzymywać kontaktu, ja i Fabian powinniśmy dawno się od siebie odgrodzić, a moje życie po próbie powinno wyglądać inaczej.
                Ale wtedy nie poznałbym Teodora. Oczywiście nigdy nie można być pewnym, że dana relacja jest tą na zawsze, ale ja go pokochałem. Czułem to, naprawdę. Pierwszy raz dzięki Teodorowi wyplątałem się z przywiązania do Fabiana, od tego toksycznego związku.
                – Teo zniknął! – wrzasnęła Lily, skupiając na sobie naszą uwagę.
                – Co? – rzuciłem, nie rozumiejąc.
                – Teodora nie ma w pokoju – szepnęła i widać było, że jest przerażona.
                Moje serce także załomotało w klatce piersiowej mocniej niż normalnie. Jak Teo mógł zniknąć? Skoro się obudził – czy słyszał naszą kłótnię, a jeśli tak to ile z niej się dowiedział?
                – On wie – rzucił Davies.
                – Tylko jeśli wie… – zacząłem, ale nie skończyłem. Nie byłem w stanie wyobrazić sobie tej wizji.
                – Przecież to go tylko dobiło…
                Odruchowo musnąłem palcami po bliznach, które zostawiła moja próba. Byłem pewien, że Teo po tym wszystkim postanowi podjąć swoją…
                – Szukajcie go gdziekolwiek, ja biegnę w stronę lasu. On tam musi być! Piszcie do mnie na bieżąco – dodałem, zakładając w pośpiechu kurtkę i buty.
                – Do lasu? – jęknęła Lily.
                Kiwnąłem głową na znak potwierdzenia, rzuciłem w eter słowa pożegnania i wybiegłem. Miałem nadzieję, że go znajdę i zdążę. Miałem ogromną nadzieję.

***

                Pocieszające było to, że codzienne ćwiczenia pozwalały mi bez większej zadyszki biec, aby prawdopodobnie ratować życie mojego chłopaka. Bałem się ujrzeć go całego we krwi czy martwego, choć tę wizję od razu od siebie odrzucałem. Jakże egoistycznie to by nie brzmiało, ale w tamtej chwili martwiłem się także o siebie, bo byłbym winny tego, że Teodor znalazł się na skraju życia i śmierci. Co miałbym powiedzieć jego matce po tym jak lekarz oznajmiłby jej, że pomoc nadeszła za późno? W jakie słowa miałbym ubrać żal, który by mnie dusił? Jak miałbym spojrzeć w oczy Lily, która by cierpiała, bo śmierć przyjaciela dotknęłaby także i ją? Przecież dziewczyna Daviesa nie była niczemu winna. Tak samo Teo nie powinien umrzeć, bo on jedynie chciał być szczęśliwy…
                Spojrzałem na kościół. Szatyn wspominał czasami, że wierzy w Boga. Przez myśl przemknęło mi, że mógłbym go znaleźć tam, klęczącego i modlącego się do Niego. Odetchnąłbym z ulgą, że nic mu nie jest…
                Rozejrzałem się po wnętrzu kościoła, lecz ławki były prawie puste. Przy brzegu jednej z nich klęczał ksiądz, który spojrzał na mnie, gdy drzwi Domu Bożego otwarły się z hukiem.
                Nie ma go – pomyślałem z rozpaczą. – Nie ma go.
                Usłyszałem dźwięk przychodzącej wiadomości i szybko wyciągnąłem komórkę. Krótki SMS od Teo wyjaśnił mi, gdzie mam go szukać. „Żegnajcie” – jedno słowo, ale wiedziałem, że muszę biec w stronę lasu. Jeśli tam bym go nie znalazł to szanse na ujrzenie go żywego graniczyło z cudem.
                Bez słowa wytłumaczenia, mimo zdziwienia kapłana, odwróciłem się i ruszyłem w dalszą podróż. Las nie znajdował się daleko, ale jeśli Teodor wyszedł odpowiednio wcześniej… Jeśli ten SMS przyszedł z opóźnieniem, chociażby z powodu problemów z zasięgiem… Niewiele czasu trzeba, aby pozbawić się życia.
                W końcu często ułamki sekund decydują o tym, czy człowiek zostanie tu i walczy dalej, czy odchodzi na zawsze. Czas potrafi skomplikować tyle spraw… Ile to się słyszy, że gdyby pomoc przybyła parę minut szybciej to dana osoba przeżyłaby? Sekundy, minuty, godziny – czas dla nas, ludzi, jest bezlitosny.
                Mój oddech stał się przyspieszony i nieregularny, było mi strasznie ciepło od biegania, ale nie zważałem na żadne niedogodności. Musiałem znaleźć się w lesie, dokładnie w tym samym miejscu, gdzie poznałem Teodora.
                Mój telefon zadzwonił i zaczął wibrować w kieszeni spodni, ale nie miałem czasu na rozmowy. Byłem święcie przekonany, że osoba po drugiej stronie słuchawki dostała wiadomość od Teo i dzwoniła do mnie spanikowana – kto to mógł być? Lily? Gabriel? Nie miałem czasu, musiałem znaleźć się wśród tych pieprzonych drzew i odetchnąć z ulgą, że to jest miejsce, które Teodor wybrał na swoją śmierć. Nie chciałem myśleć, że mogłoby być inaczej.
                W końcu zauważyłem leżącą pod drzewem postać, a im bliżej byłem tym więcej szczegółów zauważałem. To był Teo, a z jego ramion lała się krew, która powoli spływała w dół na ziemię.
                W moich oczach pojawiły się łzy, ale to nie był czas na płacz. Muszę mu pomóc – powtarzałem w myślach. – Przecież on z pewnością żyje.
                Wyciągnąłem komórkę i odetchnąłem z ulgą, mając zasięg. Wykręciłem numer alarmowy, a następnie odpowiadałem na spokojne pytania kobiety. Jej spokój przelewał się na mnie i zgodnie z jej poleceniami opatrzyłem jego rany. Następnie zaproponowałem, że wezmę Teodora na ręce i wyniosę go przed wjazd do lasu, aby ratownicy mieli łatwiejszy dojazd – karetka nie miałaby szans dojechać we wskazane przeze mnie miejsce, a równie dobrze medycy mogli zabłądzić. Zimą ta trasa wydawała się zupełnie nieuczęszczana.
                Teo był taki chudy, a gdy go podniosłem to miałem wrażenie, że waży tyle co nic. Jego głowa spoczęła na moim ramieniu, a ja trzymałem go mocno, dbając, aby nadgarstki były odpowiednio obwiązane moją porwaną koszulką.
                Następne minuty zlały się w jedność – niecierpliwe czekanie, łzy, krew, słowa wypływające z moich ust i nareszcie karetka, która zabrała Teodora do najbliższego szpitala.
                Stałem, patrząc jak niebieskie, migoczące światło oddala się ode mnie.
                Spojrzałem na swoje dłonie. Miałem na nich krew swojego chłopaka. Czy ja naprawdę byłem winny próby samobójczej kogoś, kogo pokochałem?
                Wytarłem dłonie w spodnie, zostawiając na nich czerwone ślady. Następnie ponownie chwyciłem za telefon i wybrałem numer do Natana Daviesa.
                – Halo? – odezwał się nerwowy głos po drugiej stronie.
                – Znalazłem go – powiedziałem.
                – Gdzie jesteście?! – wykrzyknął.
                – Ja stoję przy wejściu do lasu, a Teodora zabrali do szpitala… – wydukałem, uświadamiając sobie coraz bardziej czego właśnie byłem świadkiem.
                Odpowiedziała mi cisza. Davies się rozłączył, a ja usiadłem na ziemi. Podciągnąłem kolana pod klatkę i zmierzwiłem włosy, ale zapach krwi za bardzo mnie obrzydzał. Możliwe, że ubzdurałem to sobie, ale czułem, że śmierdzę czerwoną posoką. Musiałem zmyć to z siebie, pozbyć się tego ubrania…
                Dlatego też najpierw udałem się do domu. Dopiero po chwili odetchnięcia postanowiłem pojechać do szpitala.

***

                W środku znalazłem Natana, Lily i panią Nelson. Wszyscy siedzieli jak na szpilkach, czekając na jakiekolwiek wieści.
                – Co z nim? – zapytałem, mimo że byłem świadomy prawdopodobnego braku wiadomości.
                – Nie wiemy – odparła przyjaciółka Teodora.
                Usiadłem obok niej na plastikowym krzesełku. Pozostało mi czekać w ciszy na słowa lekarza. Chciałem już zobaczyć Teo, przytulić go, pocałować. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że może to być niemożliwe, jeśli udałoby mu się stracić odpowiednią ilość krwi. W moich myślach Teodor musiał żyć i nie było innej opcji. Nie wyobrażałem sobie stracić go… Mógł mnie po tym wszystkim posłać do diabła, ale liczyło się dla mnie to, aby przeżył. Pragnąłem, aby jego klatka znów poruszała się przy regularnych oddechach, brwi ściągały się, gdy dłonie przewracałyby kolejne strony powieści,  której historię bystro śledziłyby jego oczy.
                Po prostu chciałem, aby żył. Tylko tyle. Aż tyle?

***

                Chyba zasnąłem albo wybudziłem się z dziwnego otępienia, gdy Lily obok mnie niespokojnie zakręciła się na krześle. Podniosłem wzrok i ujrzałem zmierzającego w naszą stronę lekarza.
                Mama Teodora wstała, a ja zrobiłem to zaraz po niej i zrównałem się z nią.
                – Dobry wieczór. Są państwo rodziną Teodora Nelsona? – zapytał mężczyzna. Siwe włosy zdobiły jego głowę, a zaokrąglony brzuch odznaczał się w jego lekarskim ubraniu.
                – Jestem jego matką – odparła pani Anna. Lekarz spojrzał na mnie. – Och, oni niech także słuchają. I tak powtórzyłabym im wszelkie wiadomości.
                Widziałem niezadowolenie na twarzy medyka, lecz z pewnością wolał już bardziej nie denerwować i tak roztrzęsionej kobiety.
                – Dobrze. Odnośnie stanu Teodora… – Westchnął. – Chłopak stracił dużo krwi, pojawiły się też komplikacje przy tamowaniu krwotoku.
                – Ale żyje, prawda? – przerwałem mu brutalnie.
                – Carter! – warknęła na mnie Lily, ale spojrzałem na nią chłodnym wzrokiem.
                – Nie jest pan z rodziny, więc mógłby pan mi nie przerywać, bo przecież do tego dążę – odparł lekarz. – Aktualnie nie można odwiedzić Teodora, ale jego stan jest stabilny. I tak, to oznacza, że żyje.
                Żyje – to słowo pobrzmiewało mi w uszach przez najbliższe minuty, a nawet zduszony okrzyk pani Nelson nie wybudził mnie z transu. Uśmiechnąłem się lekko, rozglądając po trójce osób, których ta wiadomość także poruszyła. Wszyscy wyglądali na szczęśliwych i odetchnęli z ulgą.
                Rozbrzmiał dzwonek mojego telefonu oznajmiający wiadomość tekstową.
                „Co z Teo?” – brzmiał krótki SMS od Gabriela.
                „Żyje” – odpisałem i schowałem komórkę do kieszeni.
                Westchnąłem cicho z ulgą, tak jakby dopiero do mnie to docierało. Ogromny kamień spadł mi z serca, usiadłem z powrotem na krzesełku i zamknąłem oczy, myśląc o tym, co teraz nas czeka. Nie byłem pewny, czy Teodor  będzie chciał mnie jeszcze kiedykolwiek widzieć, ale to w tamtej chwili nie było ważne. Liczyły się słowa lekarza i to, że zdążyłem odciągnąć go od największego błędu.
                – Halo? Lucy? Teodor miał próbę – mówiła pani Nelson, a ja próbowałem skojarzyć z kim rozmawia. Jednak mój chłopak nie wspominał o żadnej Lucy i wiedziałem, że nie ma tak na imię pani Hopkins. – Mhm… Będzie pewnie potrzebował twojej pomocy... Tak… Trzeba będzie mu powiedzieć… Wiem… Ja rozumiem, ale… – kontynuowała, ale z jej dalszej rozmowy niewiele rozumiałem oprócz przytakiwań i tego, że ona także musi coś synowi wytłumaczyć. Miałem nadzieję, że Teodor dzięki temu będzie miał po swojej stronie chociaż matkę, bo nie miałem nadziei, że jego ojciec przestanie być tak ohydnym homofobem.
                – Może znajdę tu gdzieś kawę. Ktoś z was chce? Pani Nelson? – zapytał Davies.
                – Poczekaj, Natanie – odparła kobieta. – Nie ma sensu, abyśmy tu wszyscy siedzieli. Lily, idź do domu i zabierz Nata, wyjaśnicie sytuację Irmie i Adamowi, dobrze? – zapytała.
                – Ale wolałabym tu zostać – upierała się Hopkins.
                – I tak nas stąd za chwile wyrzucą, a sam lekarz powiedział, że z odwiedzin nici.
                – Sądzę, że to dobry pomysł. Wrócicie tu rano… – zacząłem, ale dziewczyna mi przerwała.
                – A ty tu zostaniesz, bo co? Wszyscy go kochamy i martwimy się o niego – burknęła.
                – Lily, naprawdę chodźmy. Nic tutaj nie pomożemy – mruknął Davies i pierwszy raz przyznałem mu rację.
                – Ale…
                – Lily.
                – No dobra – wywróciła oczami. – Będziemy z samego rana, pani Nelson. Niech ktoś pisze, jeśli pojawią się jeszcze jakieś informacje. Do widzenia.
                – Właśnie, Carter jakby coś to pisz – rzucił Davies, patrząc na mnie niezbyt chętnie. – Do widzenia.
                – Dobranoc – odparliśmy razem z panią Nelson.
                Ta noc zapowiadała się być pełna niecierpliwego oczekiwania, ale także dziwnego spokoju, który wypełniał mnie na myśl, że nie jest tak źle. W końcu Teodor przeżył, a teraz zostało czekanie aż się wybudzi…

***

                Niecałą godzinę później w szpitalu zawrzało. Dwie pielęgniarki wybiegły przed budynek, a lekarz pognał za nimi. Ze strzępków rozmów zrozumiałem, że miał miejsce niemalże śmiertelny wypadek samochodowy i właśnie przywieziono najpoważniej ranną ofiarę.
                Obserwowałem działanie personelu medycznego i ich pewne ruchy, gdy przed nimi toczyła się walka o życie jakiegoś mężczyzny. Działali sprawnie, zgranie i widać było u nich zacięcie, by uratować kolejne życie, które przewija się przez ten szpital.
                Pani Nelson także utkwiła wzrok w grupkę ludzi.
                – Wiadomo kto to? – zapytała lekarz.
                – Brak dokumentów, wysokie stężenie alkoholu we krwi. Potrzebna jest natychmiastowa operacja – poinformował ratownik.
                – Dobrze. Na salę operacyjną – zakomenderował lekarz.
                I wtedy mama Teodora wstała, a ja spojrzałem na nią zaskoczony. Wyglądała jakby zobaczyła ducha, pobladła jeszcze bardziej przez co na jej twarzy podwójnie widać było zmęczenie.
                – Pani Nelson?
                – O Boże, Robert! – wykrzyknęła, biegnąc w kierunku lekarzy, którzy przewozili ofiarę wypadku na salę operacyjną.
                – Proszę się odsunąć – powiedziała pielęgniarka.
                Druga z pracownic szpitala chwyciła mamę Teodora i została z nią przed drzwiami na oddział.
                – Spokojnie, proszę pani. Jest to pani bliski? Pani jest z rodziny? – zapytała, zapewne przyzwyczajona do takich sytuacji, rozpaczy i ciężkich przypadków.
                – T–tak – wyjąkała pani Nelson. – T–to mój mąż – powiedziała i od razu zaniosła się płaczem.
                – Podam pani środki uspokajające, dobrze? Jak mąż się nazywa? – kontynuowała pielęgniarka.
                Przez chwilę patrzyłem jak kobieta podaje obiecane leki matce Teo, a potem, gdy ta nieco ochłonęła, wypełniają dokumenty. Następnie przeszedłem w zadumę – przecież jeszcze chwilę temu ten mężczyzna był w stanie zabić swojego syna, a sytuacja tak diametralnie się zmieniła…
                Czyżby to była prawda, że złe czyny skutkują powrotem jako cierpienie? Możliwe, że te wszelkie buddyjskie pojęcia jak karma miały jakiś sens. W każdym razie ojciec Teodora bardzo szybko przekonał się na własnej skórze, że nie warto krzywdzić innych, bo bardzo szybko to do niego wróciło.
                Spojrzałem jeszcze raz na rodzicielkę mojego chłopaka i wtedy przypomniałem sobie słowa Daviesa. Chcąc nie chcąc postanowiłem ich poinformować o zaistniałej sytuacji, a przy okazji napisać do Gabriela z porcją dokładniejszych informacji, bo to jego telefon zignorowałem, gdy szukałem Teodora, a na poprzednie pytanie odpowiedziałem bardzo ogólnikowo.
                – Proszę pana? – Usłyszałem obok siebie i spojrzałem na tę samą pielęgniarkę, która chwilę temu rozmawiała z panią Nelson. – Taksówka będzie za chwilę. Pani Nelson poszła na sekundę do łazienki i kazała mi to panu przekazać. Nie ma sensu siedzieć tutaj całą noc, jakby coś poważnego miało miejsce to będziemy dzwonić – zapewniła mnie, a ja spojrzałem na nią z powątpieniem.
                – Pani Nelson zgodziła się wrócić do domu? – zapytałem.
                – Tak. Jest przemęczona i wystarczająco zdenerwowana. Naprawdę, nie ma po co tutaj tak bezczynnie siedzieć – przekonywała mnie dalej.
                – Dobrze – westchnąłem.
                Na korytarzu rozniosło się echo kroków matki Teodora, a potem ta przystanęła przy mnie.
                – Chodź, Nikodemie. Zapłacę za taksówkę – dodała.
                Nie miałem siły dyskutować i jedynie poddałem się jej decyzji.
                Zostałem odwieziony pod sam dom i po szybkim prysznicu, położyłem się do łóżka. Byłem zdenerwowany, przemęczony i zmartwiony, więc sen, który po chwili ogarnął moim ciałem, wcale nie należał do spokojnych.

***

                Rankiem pierwsze promienie słońca dały mi się we znaki, budząc mnie z niespokojnego snu. Byłem zlany potem, ale nie pamiętałem, co takiego śniło mi się taj nocy – może i lepiej, że tak się stało, bo mogły być to jedne z najgorszych koszmarów, jakich zaświadczyłem kiedykolwiek.
                Odruchowo sprawdziłem komórkę, ale nikt do mnie nie dzwonił ani nie pisał. Nie byłem pewny, czy jest to dobry znak.
                Jak najszybciej przygotowałem się do wyjścia i pół godziny później stałem przed drzwiami szpitala. Wziąłem głęboki wdech i popchnąłem je, wchodząc do środka.
                Udałem się korytarzem w stronę sali Teo, ale od razu uderzył we mnie nasilający odgłos szlochania. Z każdym krokiem ów głos nabierał na głośności aż w końcu zobaczyłem panią Nelson łkającą w ramię Lily.
                Moje serce zabiło szybciej ze strachu, a na twarzy przybrałem pytający wyraz twarzy. Davies spojrzał na mnie z grymasem i dopiero po chwili zauważyłem, że obok niego stoi Gabriel. Blondynek podszedł do mnie i pociągnął za ramię, oddalając mnie nieco od matki Teodora.
                – Gab? – zacząłem, zaniepokojony. – Co się stało Teodorowi?
                Blondyn westchnął, przewrócił oczami i ten moment trwał wieczność, w każdym razie tak ja to odczuwałem.
                – Nic mu nie jest, Nik. Tylko… – zaciął się.
                – Tylko? – pośpieszyłem go.
                – Jego ojciec nie żyje – odparł.
                – Och – wydukałem, dając upust zdenerwowaniu, które przyszło na myśl, że Teodorowi mogło coś grozić. – Operacja się nie udała?
                – Nie wiem dokładnie, bo przyszedłem chwilę przed tobą. Davis szepnął mi tylko słówko, a Lily ponoć już od parunastu minut uspokaja matkę Teo. Pielęgniarka miała przynieść coś na uspokojenie, ale gdzieś wsiąknęła – powiedział z niezadowoleniem.
                – Służba zdrowia – prychnąłem.
                Nie zmartwiła mnie informacja o śmierci niejakiego Roberta Nelsona. Miałem świadomość, że był to ojciec mojego chłopaka, ale nie czułem żadnej emocjonalnej więzi z takim skurwysynem jakim był ten facet. Jedno było pewne – to jego czyny zapoczątkowały stan Teodora, a moje wyznanie tylko przelało czarę goryczy. To ten mężczyzna stosował wobec mojego chłopaka przemoc psychiczną i fizyczną, więc nie miałem po co go żałować.
                Patrzyłem jak matka Teo płacze i zastanawiałem się nad jej przypadkiem. Nie słyszałem o niej nic dobrego, ona także wyrzekła się syna, a z opowiadań Teodora nie wywnioskowałem, aby wiódł szczęśliwe dzieciństwo pod jej pieczą. Jednak z jakiegoś powodu przywiozła go do Hopkinsów, przejmowała się jego stanem, a teraz płakała po swoim zmarłym mężu. Co kryła w sobie ta kobieta i co czuła względem męża oraz syna naprawdę? Zastanawiałem się, czy ona psychicznie da radę po takim rozpadzie rodziny? I jak zachowa się względem Teo oraz co mu powie, gdy się wybudzi?
                Z resztą po co martwiłem się matką Teodora czy jego nieżyjącym ojcem. Miałem większe zmartwienie – co mu powiem, gdy się wybudzi?

***

                – Dzień dobry. Państwo są z rodziny do Teodora Nelsona? – zapytał lekarz, podchodząc do naszej grupki.
                Spojrzałem na zegarek wiszący nad drzwiami do innego oddziału. Było już nieco po południu, a my bezczynnie siedzieliśmy i czekaliśmy na jakiekolwiek informacje. I w końcu podszedł do nas, inny niż poprzednio, mężczyzna w białym fartuchu. On był nieco młodszy, a jego włosy były czarne jak węgiel, natomiast twarz zdobił równo przycięty zarost. Miałem nadzieję, że ma on dla nas jakieś informacje.
                – Jestem jego matką. Proszę mówić przy wszystkich – poprosiła. Ten lekarz nie skrzywił się, a jedynie kiwnął głową na znak, że rozumie i zaczął mówić.
                – Wyniki Teodora są jak najbardziej w normie. Nie spodziewałem się, że tak szybko będziemy mogli go wybudzić. Wszystko jest dobrze i już za niedługo będzie już całkowicie kontaktował, ale zapewne jeszcze do jutra rana będzie otumaniony przez leki i więcej będzie spał niżeli rozmawiał – powiedział, a wszyscy westchnęliśmy z ulgą.
                – A można będzie go odwiedzić? – zapytała Lily, a wzrok lekarza od razu z pani Nelson przeniósł się na nią.
                – Możliwe, że wieczorem będzie taka możliwość. Wolałbym go jeszcze teraz nie przemęczać, szczególnie, że nie jest wybudzany po czymś zwyczajnym, ale po próbie samobójczej – wyjaśnił.
                Dziewczyna jedynie kiwnęła głową.
                – To tyle. Jeszcze jakieś pytania?
                – Nie, dziękujemy – odparła pani Nelson.
                Lekarz żwawym krokiem odszedł w stronę nieznanych mi oddziałów szpitala, a my milczeliśmy. To zaskakujące, że aż piątka osób nie potrafiła nic powiedzieć i jedynie w ciszy cieszyła się, że wszystko dobrze z bliską im osobą.
Nie mogłem się doczekać, aby zobaczyć go żywego i wymazać z pamięci obraz krwi na jego rękach. Wiedziałem, że nie będzie łatwo i byłem świadomy, co czeka nas – bliskich i jak prawdopodobnie będzie zachowywał się Teodor, ale i tak najważniejsze było to, że żył.  Teraz mogliśmy tylko my sprawić, aby on zechciał żyć, a gdy nabierze tej chęci nic już nie powinno go trudniejszego spotkać w drodze do spokoju, radości i szczęścia. Wtedy już całkowicie będzie musiało być dobrze.


***

Hejka!
Zdania były podzielone i w sumie zdziwiłam się, że parę osób straciło nadzieję, że odratuję Teodora. Choć on paskudnie pragnął śmierci to jednak nie mogłam go ot tak zostawić. 
Wyszło na to, że opowiadanie trwa dalej :) Ale nie chcę Was nim zanudzić, więc jesteśmy bliżej końca niżeli początku. Z resztą wszystko wyjdzie w praniu, bo mam jeszcze parę punktów, które muszą się tutaj pojawić. 
W ogóle co sądzicie o narracji oczami Nikodema? Lepsza niżeli depresyjne myśli Teo? 
Dziękuję za wszelkie komentarze pod tamtym rozdziałem - był on szczególny, mógł być ostatnim w tym opowiadaniu i bardzo miło mi z myślą, że jest trochę osób zżytych z losami bohaterów, którzy powstali w mojej wyobraźni. 
Do następnego, 
Malina 

24 komentarze:

  1. *zaklepuję sobie miejsce i wrócę jak będę miała wenę na porządny komentarz*
    ~megg

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak więc, w końcu wzięłam się w garść i postanowiłam napisać komentarz :)
      To cudowne, że Teoś żyje! Niesamowite, cudowne, urocze, super fajowe! Po prostu - prawie skakałam ze szczęścia!
      No i mamy kolejny niespodziewany zwrot akcji! Ojciec Teodora umiera. Kocham te zwroty akcji, po prostu :D
      Co do narracji - w końcu wiemy co siedzi w glowie Nikodema. Fajny z niego narrator, przyjemnie się to czyta. Jednak mam nadzieję, że następny rozdział z perspektywy Teosia >^<
      Nie chcę pocieszać itp, ale ciekawość dalszej fabuły po prostu pcha mnie do tego kultowego i znanego pytania w całym tym świecie opowiadań i fanfiction - kiedy można spodziewać się kolejnego rozdziału?
      ~megg

      Usuń
    2. *pośpieszać
      *głupia autokorekta*
      ~megg

      Usuń
    3. W sumie dobrze, że jako tako ta akcja mi wychodzi, bo byłoby słabo jakby całe opowiadanie było przewidywalne.
      Właśnie o to chodziło, aby odkryć trochę Nikodema, bo jednak jest po Teodorze najważniejszą postacią opowiadania.
      I tak, następny rozdział będzie już pisany oczami Teo.
      Uch, jestem fatalna w dotrzymywaniu terminów, byciu punktualną, więc nie potrafię wyznaczyć daty, kiedy coś napiszę. Muszę też sklecić jakiś tekst na bloga HP, bo mam pewien pomysł, który pewnie mnie teraz pochłonie... Nie obiecuję, ale postaram się, aby 7 sierpnia dodać rozdział.
      Dziękuję za komentarz! :D

      Usuń
  2. Nawet nie wiesz jak szybko przeszłam z poprzedniego rozdziału tutaj. W mojej głowie pokazało się "NIE, TO NIE MOŻE BYĆ TAK" i naprawdę poczułam ulgę widząc - a raczej czytając - że żyje.
    Mam nadzieję, że nowy rozdział pojawi się niedługo :)
    Pozdrawiam!
    Marcel

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo (tak bardzo, bardzo) mi milutko, że tworzę coś, co nie dość, że da się czytać to jeszcze wywołuje emocje u czytelnika ^-^
      Za nowy rozdział już się wzięłam, ale i tak więcej czasu poświęcam miniaturce na bloga HP, bo tam nic nie dodawałam od zdecydowanie dłuższego czasu niżeli tu.
      Dziękuję!

      Usuń
  3. Już się bałam, że uśmiercisz Teo T_T Ale teraz się cieszę, że żyje ^^ Co do narracji, bardzo podoba mi się narracja Nikodema i mam nadzieję, że parę rozdziałów z jego perspektywy jeszcze będzie :)
    Rozdział super! <3 Dużo weny życzę ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aż tak okrutna to nie jestem :D
      Rozdziały już nie będą prowadzone z jego narracji, ale możliwe, że w odległej przyszłości pojawią się tutaj dodatki, w których Nik będzie narratorem. Chociaż nigdy nic nie wiadomo, może w jakimś momencie wplączę myśli Nikodema...
      Dziękuję bardzo! :)

      Usuń
  4. Czy jutro można spodziewać się kolejnego rozdziału? Bo jadę na wakacje (zmusili mnie) i nie będę miała zbytnio dostępu do Internetu >_<
    ~megg

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybacz, że odpisuję dopiero teraz. Jednak nie, nie ma nowego rozdziału i naprawdę nie wiem kiedy go napiszę. Chciałabym go opublikować w sierpniu, ale coś nie idzie mi pisanie go...
      W każdym razie życzę Ci udanych wakacji! ;)

      Usuń
  5. Kiedy następny rozdzial? Nie mogę się doczekać, serio!
    Pozdrawiam,
    Marcel

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystkie podejścia do tego rozdziału kończyły się katastrofą, a ja nie chcę publikować czegoś, co nie spełnia wytyczonych przeze mnie norm. Jeśli uda mi się napisać coś, co mi się spodoba to opublikuję to. Mam nadzieję, że będzie to jeszcze w sierpniu. Przepraszam, że tak beznadziejnie wolno piszę cokolwiek :/

      Usuń
    2. Spokojnie, trzymam tylko kciuki, żebyś dokończyła opowiadanie :) Pozdrawiam i przesyłam dobre myśli :)
      Marcel

      Usuń
    3. Opowiadanie na pewno skończę - nie mam zielonego pojęcia kiedy, ale znajdę w sobie siły, aby napisać te ostatnie rozdziały!
      Jeszcze trochę cierpliwości...

      Usuń
  6. Teos żyje! *o* Juz myślałam,że to będzie koniec,ale nie z czego niezmiernie się cieszę. Życzę Ci weny i czekam cierpliwie na kolejne części ;3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Jednak nie byłam w stanie go uśmiercić :)
      Jeszcze trochę!

      Usuń
  7. Jak się trzymasz, Autorko?
    ~megg/MialoTakByc

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, że odpowiadam po takim czasie.
      Niestety ostatnio blog zszedł na bok i nie zajmowałam się nim, ale powoli wracam, staram się napisać ten rozdział, więc jeszcze trochę!

      Usuń
  8. To opowiadanie jest fantastyczne. Bardzo szybko i przyjemnie się czyta. Mam nadzieję, że niedługo pojawi sie kolejny rozdział. Bardzo bym chciała wiedzieć jak dalej potoczą sie losy bohaterów i co wyniknie z ostatnich wydarzeń oraz co będzie z Teo.
    Powodzenia w pisaniu i weny
    Asia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co prawda, napisałaś ten komentarz niezły czas temu, ale jeszcze trochę cierpliwości i nowy rozdział się pojawi!
      I obiecuję, że to opowiadanie zostanie dokończone i wszystkiego się dowiecie!
      Dziękuję.

      Usuń
  9. Czy wiadomo, czy nasza autorka w ogóle żyje? Jestem wierną fanką powieścidła i nie mogę się doczekać! c:
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żyję.
      Potrzebuję jeszcze trochę czasu, aby wydać kolejny rozdział, ale na pewno on się pojawi!

      Usuń
  10. Hej,
    rozdział bardzo mi się podobał, cieszę się bardzo, że narracja to Nikodem, w końcu też wiemy o jego emocjach, uczuciach, i jak wszystkie sytuacje na niego działały... bardzo się cieszę się, że Theo przeżył...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy