niedziela, 9 października 2016

Rozdział XXXII

                Moje powieki ciążyły mi i zanim zdążyłem cokolwiek zobaczyć to obraz przed moimi oczami rozmazywał się, a ja przysypiałem. Czułem się otumaniony lekami, które niewątpliwie mi podano. Nie od razu rozpoznałem miejsce, w którym się znajdowałem, ale nie dało się nie odczuć specyficznego zapachu szpitala.
                Słyszałem szmery, kroki ludzi wchodzących do pokoju, polecenia lekarza i jego słowa skierowane do mnie, które zlepiały się w jedność, więc nie dane było mi zrozumieć, co on do mnie mówi.
                Po pewnym czasie ciągłego bycia pomiędzy stanem snu a jawy ostatecznie poczułem siłę, aby się obudzić, otworzyć oczy i z przerażeniem odkryć, że dalej żyję. Moje pierwsze trzeźwe myśli oplatała gorycz niezadowolenia, bo nawet samobójstwo mi się nie udało. Zezłościłem się na siebie, że wybrałem ten sposób. Jakbym skoczył do lodowatej toni to nikt nie miałby dodatkowych minut na to, aby mnie znaleźć i uratować, więc spokojnie mógłbym utonąć. Ale mimo wszystko wybrałem ten sposób, który nie był wystarczający, bo ktoś, do diabła, znalazł mnie w tym pieprzonym lesie.
                Słyszałem pikanie maszyny, do której byłem podpięty i to wprawiało mnie w jeszcze większy szał. Ten jednostajny dźwięk świadczył, że moje serce działa tak jak należy… Parsknąłem niezbyt przyjemnym śmiechem, który zrodził się tylko w mojej głowie, bo tak naprawdę z mojego gardła wydobyło się ciche charczenie. Po co mi było bijące serce, kiedy te duchowe, które ma o wiele większą wartość, zostało wyrwane, rozerwane na kawałki i zostałem pusty w środku, bez żadnych pozytywnych uczuć? Bez przyjaźni, miłości, rodziny, a miejsce tego zastąpiły kłamstwa, obłuda i psychiczny ból, z którym nie wiedziałem jak mam sobie poradzić.
                Drzwi otworzyły się i przez nie wszedł starszy mężczyzna w lekarskim fartuchy.
                – Dzień dobry, Teodorze. Jestem twoim lekarzem, nazywam się… – zaczął, ale ja postanowiłem mu przerwać.
                – Nie musi pan nic mówić, bo mnie to nie obchodzi – wycharczałem cicho, a z każdym kolejnym słowem mój głos zaczynał pobrzmiewać normalniej.
                Mężczyzna spojrzał na mnie uważniej. Skupił na mnie swój wzrok, a ja poruszyłem się niespokojnie, choć moje ciało było jeszcze nieco niekompatybilne z moim umysłem, a dodatkowo byłem osłabiony i czułem zmęczenie.
                – Jednak muszę przeprowadzić podstawowe badania, sprawdzić czy wszystko jest dobrze…
                – Myśli pan, że jakby było dobrze to leżałbym w lesie z poprzecinanymi żyłami? – prychnąłem, patrząc na niego z nieszczerym rozbawieniem. Miałem paskudną ochotę na kłótnię, aby mężczyzna stracił panowanie nad sobą i żeby wrzeszczał, a wtedy ja nie zostałbym uznany za wariata i też mógłbym wrzeszczeć ile sił w płucach, krzyczeć na niego i w końcu rozpłakać się pod pretekstem, że lekarz był dla mnie zbyt niemiły. Chciałem wyładować to, co czułem i co ściskało mnie w środku, chcąc wydostać się na zewnątrz.
                – Ja zajmuję się twoją fizyczną częścią, psychiczną zajmą się inni specjaliści – odparł spokojnie, a następnie zaczął mnie wypytywać, badać i sprawdzać wszelkie parametry, zapisując je na jakiejś stercie kartek.
                – Niech tu nikt nie wchodzi – burknąłem, gdy mężczyzna odwrócił się ku wyjściu.
                – Obawiam się, że prędzej czy później będziesz musiał porozmawiać ze swoją mamą i przyjaciółmi. Aktualnie znajdują się na korytarzu i muszę poinformować ich o twoim stanie – powiedział, znów uważnie mnie obserwując.
                – Ale niech pan ich tu nie wpuszcza – poprosiłem, starając się, aby mój głos brzmiał pewnie.
                – Dobrze – westchnął. – Najpierw porozmawiasz z psychiatrą. Ale Teodorze… – zagadnął, a ja uniosłem na niego spojrzenie.
                – Tak?
                – Nie uciekaj już, chłopcze – powiedział, a zanim odpowiedziałem, mężczyzna wyszedł z pomieszczenia.
                Jasne, że uciekałem. Miałem dość goniącego mnie życia, które gdy tylko mnie dopadało, dawało mi popalić. Zamiast dalej stawić czoła problemom, po prostu wybrałem prostszą drogę.
                Ale jakim prawem ten lekarz polecał mi, co mam robić? Skąd ta pewność, że to słuszna droga, aby zostać tu i dawać się gnoić życiu. Miałem nadstawiać policzek i mieć nadzieję, że nikt w niego nie uderzy? Przecież wystarczająco długo byłem marionetką przerzucaną, wyzywaną, a nawet bitą. A wszystko, co mnie otaczało, w dzień mojej próby samobójczej okazało się obłudą. Nawet nie miałem zielonego pojęcia ile tajemnic kryje się wokół mnie, jak wiele nie wiem o ludziach, których darzyłem zaufaniem i miłością. I to zraniło mnie doszczętnie, więc nie było już sensu, abym drążył dalej to wszystko, łatwiej było się zabić. A teraz mam znów żyć? Jak? Z kim u boku?
                Wychodzi na to, że teraz musiałem podjąć jeszcze cięższą walkę, a nikt inny nie mógł mi pomóc. Moim zadaniem okazało się udowodnienie sobie samemu w zupełnej samotności, że warto żyć. Nie byłem pewien czy uda mi się wzbudzić w sobie to pragnienie, ale skoro dostałem kolejną szansę, postanowiłem ją wykorzystać. Choć na myśl o tym wszystkim, co miało miejsce, kuło mnie w sercu, to i tak miałem nadzieję, że jakoś uda mi się zechcieć żyć.

***

                Poczułem głaskanie po włosach, a delikatne palce przerzucały moje loki w różne strony. Podniosłem powieki i z zdezorientowaniem spojrzałem na kobietę, która siedziała obok mojego łóżka na stołku.
                – Co ty tu robisz?! – krzyknąłem, odsuwając się od niej. Pani psycholog patrzyła na mnie, a jej wzrok był miękki i ciepły, że poczułem się głupio ze swoimi słowami. Spuściłem wzrok i przygładziłem dłonią kołdrę, czekając na odpowiedź.
                – Twoja mama chciała wejść jako pierwsza, ale w końcu obie stwierdziłyśmy, że lepiej będzie jak to ja z tobą porozmawiam – oznajmiła spokojnym głosem.
                – Jak to moja matka? O czym niby mamy rozmawiać? – burknąłem, podnosząc wzrok.
                – Pamiętasz jak stwierdziliśmy, że jestem twoim sojusznikiem? – spytała.
                – Pamiętam, ale co to ma… – zacząłem, ale kobieta już mi przerwała.
                – Twoja mama też jest twoim sojusznikiem, Teo – powiedziała, a ja parsknąłem śmiechem. Śmiałem się chłodno, aż rozbolał mnie brzuch, a w oczach pojawiły się łzy rozbawienia.
                – Ten żart jest lepszy od mojego życia – mruknąłem chamsko, ale pani Lucy siedziała niezrażona moim zachowaniem i dalej patrzyła na mnie tak potulnie, czekając, aż będzie mogła kontynuować.
                – Wiem, że tego nie odczuwasz i mam świadomość, że tego nie zauważyłeś. Anna ma świadomość, że nigdy nie była dobrą matką. Szczególnie, że twój ojciec raz zachowywał się jak idealny mąż, a za drugim razem potrafił twoją mamę uderzyć. Ona nigdy nie chciała ci tego pokazać i nie chciała abyś cierpiał – zapewniała mnie, a ja nie mogłem jej uwierzyć. Nie znałbym własnej matki? Nie zauważyłbym tego, że mój ojciec już wcześniej był tyranem?
                – Co?
                – Nie bił jej często, a ona go za bardzo kochała, aby odejść. Chciała, abyś wychowywał się w pełnej rodzinie i żebyś miał wszystko, czego potrzebujesz.
                – Jakoś miłością mnie nie uraczyła – burknąłem, ale czekałem na dalszą część historii. Jeszcze nie w głowie było mi zastanawianie się nad tym, ile było w niej prawdy.
                – Moja mama jej mówiła, że powinna od Roberta odejść. Irma też jej doradzała, ale twoja mama za bardzo wierzyła w męża. A potem wszystko się pogorszyło, a ona nie wiedziała co robić. Anna ma świadomość, że pewnie nie będziesz w stanie jej wybaczyć tego, że tak długo wybierała trwanie u boku kogoś takiego i nie potrafiła zawalczyć, aby tobie nie działa się krzywda. Dopiero niedawno zdecydowała się na pozew rozwodowy, ale to aktualnie jest nieważne – powiedziała.
                – Kolejne osoby, które wiedziały i nic z tym nie robiły? I jak to się niby miało dziać, że ja niczego nie zauważałem? – zapytałem słabo, czując nacisk coraz to nowszych wiadomości, które znowu mnie stłamsiły.
                – Wtedy zazwyczaj zajmowała się tobą Irma, a Robert nigdy nie pobił twojej mamy tak… – urwała, patrząc na mnie sugestywnie.
                – Tak jak mnie – dokończyłem, wzdychając. – Dlaczego pozew rozwodowy teraz jest nieważny? – rzuciłem, patrząc usilnie na panią Lucy i czekając, aż ta cokolwiek odpowie. Chciałem mieć całkowitą pewność, że w tej sprawie nie kłamie, bo nie rozumiałem tych słów. Skoro matka zdecydowała się odejść od tego człowieka, to niby jak mogło to nie być ważne. W końcu ona uwolniłaby się od niego i o ile to, co powiedziała pani Lucy, było prawdą, możliwe, że w końcu zachowywałaby się jak matka. Miałaby okazję okazać mi prawdziwą, rodzicielską miłość i spróbować się ze mną dogadać, aby stare rany poszły w niepamięć.
                – Twój ojciec nie żyje.
                To było specyficzne uczucie. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem czegoś takiego. Moje serce na chwilę zamarło, aby zacząć bić ze zdwojoną siłą, jakby ze szczęścia. Miałem wrażenie, że niewidzialne więzy puściły i w końcu byłem wolny. Człowiek, który więził moją psychikę i którego głos nienawiści prześladował mnie, w końcu zniknął. Po prostu nie żył i nie obchodziło mnie, że to okrutne cieszyć się ze śmierci swojego rodzica. Spotkało go to, na co zasługiwał i przynajmniej miałem pewność, że on nie zawadzi mi w dochodzeniu do siebie i w nowym życiu.
                Chciałem zacząć nowe życie, a brak w nim jednego z najbardziej raniących elementów był dobrym początkiem.

***

                – To prawda? – spytałem, patrząc na matkę. Jej wzrok natomiast uciekał w lewą stronę, ku szafce nocnej, na której położyła siatkę z różnorodnymi owocami.
                Przytaknęła krótkim, słabo zauważalnym ruchem głowy. Pogładziła swoje włosy, poprawiając je nerwowym ruchem.
                – Dlaczego tyle czasu kłamałaś? – W moim głosie pobrzmiewał zarzut. Mogliśmy przejść przez to razem znacznie szybciej niżeli doprowadzać do tego, co miało miejsce.
                – Nie chciałam, abyś oskarżał mnie o niezapewnienie ci odpowiednich środków, gdybyśmy odeszli. Przecież wtedy byłoby ciężko, moja pensja nie starczyłaby na mnie i dorastającego chłopaka… A do tego musiałabym opłacić sprawy rozwodowe i nowe mieszkanie. Mimo wszystko kochałam twojego ojca, a on zawsze przepraszał. To nie zdarzało się często i nie odczuwałam tego jako czegoś złego – dodała, a ja pokręciłem głową w niedowierzaniu.
                – Chodziło ci o pieniądze? Naprawdę? Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak głupio brzmi twoje tłumaczenie – fuknąłem, ale po chwili zacząłem się śmiać. Wtedy dopiero moja matka spojrzała na mnie i zmarszczyła brwi, nie wiedząc o co mi chodzi.
                – Dlaczego się śmiejesz? – zapytała.
                – Cała rodzinka potrzebująca psychiatry. Cudownie – parsknąłem, podciągając kołdrę wyżej i zakrywając się nią.
                Na chwilę nastała cisza przerywana przez dźwięk aparatury. Wsłuchałem się w nią, starając uspokoić myśli, które znowu wywoływały sztorm w moim umyśle. A ja byłem tylko małą łódką pośrodku wielkiego oceanu tych myśli i nie wiedziałem jak się ratować, aby ponownie nie zacząć się topić. W tamtej chwili nie widziałem nikogo, kto by mógł mi pomóc, bo wszyscy dookoła okazali się kłamcami, a cała moja rzeczywistość wcale nie była rzeczywistością. A ten nowy świat, w którym przyszło mi żyć, przerażał mnie – to było niezwykłe jak parę tajemnic, oszczerstw i łgarstw zmieniło moje uczucia i punkt patrzenia na moje własne życie.
                Czy to nie tak, że to my jesteśmy panami swego losu? Czy to nie ja powinienem decydować o tym, co się dzieje u mnie?
                Cholera jasna, kolejne kłamstwo! Bujda wciskana nam od dziecka, bo wcale nikt nie ma władzy nad swoim życiem. Kontrolujemy je w połowie, a resztę dopowiada świat, który odkrywa często zupełnie nie te karty, które byśmy chcieli. I tak właśnie pięćdziesiąt procent niezależne ode mnie spowodowało, że leżałem w szpitalu po próbie samobójczej i nadzorowało mnie paru lekarzy, aby doprowadzić moją skorupę do funkcjonowania oraz spowodować, aby dusza jeszcze jakoś została zebrana w zgrabną kupkę.
                – Czy kiedyś mi wybaczysz? – Usłyszałem cichy szept matki, a jej głos załamał się przy ostatnim słowie. Byłem pewien, że ma łzy w oczach, a może nawet spłynęły już one po jej policzkach, a ona zmazała je dłonią.
                A co ja miałem jej odpowiedzieć?
                – Kiedyś – mruknąłem, przełykając gulę w gardle.
                Dziwna wydała mi się myśl, że obok mojego łóżka stoi moja matka, która właśnie próbuje być matką, a nie nosić tylko taki tytuł. W sumie całkiem dobrze poczułem się z takim odczuciem. To było nawet przyjemne.

***

                – Zacznijmy od początku? – ni to zapytał, ni stwierdził lekarz, zdejmując swoje okulary i odkładając je na notesik, w którym na początku sesji zakreślił moje imię oraz nazwisko.
                – Nie – odparłem szczerze.
                Mężczyzna spojrzał na mnie zaskoczony.
                – Nie? – powtórzył.
                – Po co mam cofać się do tyłu i żyć wspomnieniami? Czy nie jest pan po to, abym zaczął żyć do przodu? – zadałem proste pytania.
                Lekarz skinął głową, przyjmując mój tok rozumowania.
                – To jak wyobrażasz sobie swoją przyszłość?
                Uśmiechnąłem się lekko i zacząłem opowiadać o tym, co mogłoby się wydarzyć.
                Byłem świadomy, że czeka na mnie jeszcze milion trudnych rozmów, godziny płaczu i dalsze uczucie bezsilności. Ale rozumiałem, że muszę coś z tym zrobić i walczyć o siebie. Czy się boję? – to było jedno z pytań psychiatry i równie szczerze odparłem, że tak. Byłem przerażony na myśl o tym, że muszę wytłumaczyć sobie wszystko z Nikodemem, Natanem, Lily, a nawet wypadałoby porozmawiać z państwem Hopkins. Musiałem nadrobić zaległości w szkole, aby dążyć do wymarzonej kariery, którą sobie obrałem i którą próbował mi odebrać nieżyjący już ojciec.
                Ma być dobrze – powtarzałem sobie, gdy tylko nachodziły mnie kolejne wątpliwości, szczególnie wtedy, gdy dotykałem bandaży na rękach. Wtedy najczęściej mój mózg bez mojej woli podsycał się myślami, że może lepiej ze sobą skończyć, bo życie jest za trudne, a ja za słaby, ale te trzy słowa mówiłem na głos jak mantrę, starając sam sobie uwierzyć.
                Powoli, małymi krokami zaczynałem wracać do pełni sił. Grupa lekarzy, która poświęcała mi swój czas okazała się całkiem pomocna, a także odwiedziny pani Evans oraz matki napawały mnie uczuciem, że to się dzieje naprawdę, że teraz ma być dobrze.
                Im bliżej byłem do wyjścia ze szpitala, tym bardziej przerażało mnie to, co zobaczę na zewnątrz. Bo przecież ten cholerny świat nie zmienił się z powodu mojej próby samobójczej. Byłem świadomy, że śnieg dalej będzie zalegał na ulicach, a szarzy ludzie będą przemierzać ulice, chcąc jak najszybciej uciec z mrozu. Na zewnątrz wszystko będzie takie samo, a szczegół tkwił w tym, co ja miałem wewnątrz – ogromną nadzieję, na lepsze życie i na brak takich problemów, jakich dotychczas byłem uraczony.
                Matka przekazała mi informację, że mój (były?) chłopak chce ze mną się spotkać i tak samo grupa przyjaciół. Jednak ja nie chciałem widzieć ich w murach szpitala, bo to było dla mnie zbyt żenujące. Mieliby mnie odwiedzić w miejscu, w którym wylądowałem, bo sami się przyczynili? Oprócz podstawowej, ważnej rozmowy miałem im opowiadać o moich lekach, depresji, lękach i lekarzach? Ten świat należał tylko dla mnie i nie miałem po co dzielić się z nimi tymi odczuciami. Nie miałem zamiaru dać się zranić, nie chciałem tych ludzi widzieć na oczy i słyszeć ich jąkania, kiedy wyjaśnialiby te wszystkie tajemnice.
                A przede wszystkim nie chciałem, aby przypadkiem któreś z nich powiedziało mi, że mnie kocha. To byłoby dla mnie już szczególnie poniżające, że ktoś, kto dobił mnie psychicznie, darzyłby mnie najpiękniejszym uczuciem jakie istnieje na świecie. I nie chciałem zmierzyć się z tym, że ja nie potrafiłbym im na to wyznanie odpowiedzieć, bo na tę chwilę dopiero uczyłem się na nowo pozytywnych uczuć. Tak jak dzieci poznają smaki, ja starałem się uwierzyć w miłość, przyjaźń, szczerość i wszystko to, czego mi zabrakło wcześniej. A oni byli złymi wspomnieniami, z którymi zmierzyć się miałem po wyjściu ze szpitala.
                Ale w tamtej chwili musiałem odpoczywać, dużo rozmawiać z obcymi ludźmi jak i z matką oraz Lucy. To było moim priorytetem, więc nie zawracałem sobie głowy tym, że gdzieś tam jest chociażby Nikodem, w którym, jeśli zechcę, to będę musiał zakochać się na nowo i poznać go ponownie, bez tajemnic, które istniały wcześniej.
                Głęboki wdech, spojrzenie w lustro, prosto w swoje oczy, które otaczała kurtyna ciemnych rzęs.
                – Ma być dobrze – powiedziałem i uśmiechnąłem się lekko. Coraz lepiej mi szło.


***

Jak widać - żyję.
Miło mi, że są osoby, które czekają na kolejne rozdziały :) 
Pozdrawiam i do następnego, 
Malina

9 komentarzy:

  1. Odkąd przeczytałam, że wstawisz nowy rozdział w tym tygodniu wchodziłam na bloga parę razy dziennie. Tak jestem uzależniona od tego opowiadania.
    Dzięki Nikodemie, w przyszłości nazwę swojego synka Nikodem ♥
    Czytając ten tekst normlanie chłonęłam go jak gąbka wodę! Rzadko mi się tak zdarza, ale czytając ten rozdział naprawdę pragnęłam nigdy nie skończyć go czytać, i aby był jeszcze dłuższy :D
    I jeszcze małe pytanko - z jakiego filmu/serialu jest ten gif? Zaciekawił mnie bardzo >_>
    ~megg/MialoTakByc

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak jak napisałam pod rozdziałem - bardzo mi miło, że są takie osóbki czekające na dalszą część ♥
      Jeśli kiedykolwiek w przyszłości będę miała decydować o imieniu jakiegokolwiek chłopczyka, to bez wątpienia nazwę go Nikodem :)
      Niestety, wyszedł troszeczkę krótszy, ale to wina wyczerpania tego, co miało być w nim zawarte.
      Nie mam pojęcia, skąd pochodzi ten gif. Jedynie znalazłam stronkę, skąd go pobrałam, ale nie ma podpisu, z czego on pochodzi :/
      Dziękuję za komentarz!

      Usuń
  2. A miałam takie myśli, że Cię może kosmici porwali... Czy tak było i po prostu Cię oddali? xD
    Ponieważ zawsze walę szczerze, to tym razem też tak będzie xD Ten rozdział jest... dziwny. Znaczy, przede wszystkim jest krótki, ale poza tym też dziwny. Nie do końca rozumiem logikę Teo. W sensie, to bardzo dobrze, że odnalazł w sobie chęci i siłę do życia. To dobrze, że chce walczyć. Ale czy te pozytywne myśli nie pojawiły się zbyt szybko? W sensie, wielu niedoszłych samobójców podejmuje się swojej kolejnej próby jeszcze w szpitalu, gdy tylko ma do tego okazję, a od strony Teo nie było nawet takiego momentu apatii, kiedy chce się od tego wszystkiego odciąć - włącznie z nieudaną próbą samobójczą. Może on po prostu nie był na to gotowy? Nie wiem, ale czułam taką trochę niejasną sytuację w tym rozdziale.
    Poza tym Teo czeka teraz bardzo truuuudne życie. Przede wszystkim podobała mi się scena z matka, gdy mówi, że wybaczy jej "kiedyś". To miało bardzo dobry wydźwięk i wyszło naprawdę naturalnie. Niesamowite też było uczucie ulgi po śmierci ojca. Po prostu tak bardzo widać, jak ten ojciec go styrał.
    Ciekawe jak będzie z przyjaciółmi i Nikodemem. Prawdę mówiąc, trochę żałuję, że jeszcze się nie pojawili w tym rozdziale, bo jestem ciekawa, jak to się rozwinie, choć z drugiej strony rozumiem, że nie pasowaliby do klimatu tego rozdziału, który chyba miał być takim... oczyszczeniem? W każdym razie tak go odebrałam xD
    No cóż, wchodzisz w trudne tematy, ale liczę (w sumie to wiem xd), że podołasz.
    Trzymaj się cieplutko, dużo dużo wenki i nie znikaj już na tak długo :) No chyba, że to faktycznie wina kosmitów, wtedy po prostu następnym razem weź mnie ze sobą xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, stety lub niestety żadni kosmici mnie nie odwiedzili :D
      Odnośnie tego, że rozdział jest dziwny - starałam się wypełnić go nadzieją na lepsze jutro Teo. Nie nazwałabym jego myśli pozytywnymi - raczej po prostu jego próba była głupotą, co sobie powoli uświadamia, choć dopiero próbuje znaleźć sens życia. Nie określiłam przebiegu czasu, który pojawi się w następnym rozdziale i wtedy zauważysz, że trochę minęło zanim Teodor ukończył leczenie (przez co w ostatniej części jest dość weselej). Trzeba też mieć na względzie to, że piszę to z innego punktu widzenia czasowego, które jest zauważalne, ale zostanie wyjaśnione dopiero w epilogu :)
      Zdecydowanie przyjaciele i Nikodem zasługują na osobny rozdział (o ile nie dwa). Podczas leczenia Teo musiał skupić się na sobie i odbudowaniu swojej psychiki.
      Cieszę się, że we mnie wierzysz i mam nadzieję, że Cię nie zawiodę. Dziękuję!

      Usuń
  3. Nareszcie pojawił się rozdział i jest świetny jak zawsze :) Od dawien dawna wchodziłam tutaj codziennie, a w tym (a raczej zeszłym) tygodniu jeszcze częściej. Czekanie się opłaciło. Ciekawi mnie jak Teo rozwiąże sprawę z przyjaciółmi oraz jak potoczą się jego losy z matką. Swoją drogą dobrze idzie Ci wyżywanie się na bohaterach (co zauważyłam już na Twoim głównym blogu) :D Cieszę się, że nie uśmierciłaś go, tym samym kończąc bloga, bo i takie przypadki spotykałam. Liczę, że kolejny rozdział pojawi się trochę wcześniej i że będzie tak samo dobry albo i lepszy (co w Twoim przypadku trudne nie jest).
    Pozdrawiam i życzę weny ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, jeśli chodzi o to opowiadanie to nierozłącznym jego elementem jest czekanie za co bardzo przepraszam :(
      "Swoją drogą dobrze idzie Ci wyżywanie się na bohaterach" - O mamo, padłam! Zwykłe stwierdzenie faktu, ale naprawdę mnie to rozśmieszyło. Jednak przyznaję rację - lubię maltretować bohaterów.
      Następny rozdział... Nie potrafię przewidzieć, kiedy go dodam. Chciałabym nieco przyspieszyć publikację rozdziałów, ale pisać mogę tylko w weekendy, więc ciężko mi to unormować.
      Dziękuję bardzo!

      Usuń
  4. Łoo, to chyba będzie mój pierwszy komentarz tutaj. Sama w sumie nie wiem. Od dawna szukałam jakiegoś fajnego opowiadania o gejach i trafiłam tutaj. Za co jestem ci bardzo wdzięczna, że piszesz to. Masz bardzo dobry styl pisania. Historia nie dzieje się zbyt szybko i nie przynudza. A no i super, że nie jest ina cukierkowo słodka.
    Yah, nie mogę się już doczekać jak Teo spotka się z... skleroza :(
    Już nie mogę doczekać się kolejnej części. Życzę wieele weny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że zdecydowałaś się coś skomentować! :D
      Bardzo mi miło i dziękuję. A kolejny rozdział już został opublikowany c:

      Usuń
  5. Hej,
    Theodor powoli dochodzi do siebie po tym wszyskim, ma być dobrze i tego niech się trzyma... mam nadzieję, że Nikodem nie będzie kłamać...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy