sobota, 31 grudnia 2016

Rozdział XXXIV

                W czwartek nie potrafiłem już znaleźć wymówki, aby ponownie uciec przed odpowiedzialnością obowiązku szkolnego, do którego musiałem wrócić. Wiedziałem, że to się stanie – rozmawiałem o tym już w szpitalu i prawdopodobnie przerobiłem większość możliwych scen, które mogłyby się odegrać po moim powrocie. Dlatego też matka kategorycznie zabroniła mi pozostania w domu i tego poranka wręcz wypchnęła do szkoły. Co prawda mogłem pójść na wagary i szwendać się po mieście, ale rozumiałem, że nie miało to najmniejszego sensu. Prędzej czy później musiałem stawić temu czoła, a choć tamten moment zaliczałem do „prędzej” to zostało mi tylko pogodzenie się z tym i po prostu przetrwanie lekcji.
                Nie spodziewałem się, że będę aż tak zestresowany. Czy się bałem? Ja byłem totalnie przerażony, naciskając klamkę i pociągając do siebie olbrzymie drzwi liceum, które zaskrzypiały cicho. Przekroczyłem próg szkoły jak jakiś skazaniec i miałem wrażenie, że zaraz ktoś rzuci się na mnie, próbując mi coś zrobić. Moja wyobraźnia płatała mi figle, bo tak naprawdę nic się nie zdarzyło. Najzwyczajniej w świecie dwadzieścia minut przed dzwonkiem szkoła zionęła pustką. Po lewej stronie dalej wisiała gablotka ze zmianami planu oraz ogłoszeniami. Zerknąłem na nią, a następnie żwawym krokiem ruszyłem w stronę pracowni chemicznej.
To było takie… zwyczajne. I choć minąłem parę osób, a niektóre z nich taksowały mnie wzrokiem, a potem odwracały się do siebie i szeptały to byłem na to przygotowany. Przecież sam też tak robiłem, gdy pojawiała się jakaś sensacja! Nie dało się całkowicie olewać tematu, którym zapewne żyła cała szkoła – a teraz tą sensacją byłem ja.
Usiadłem na podłodze i założyłem słuchawki, odcinając się od świata zewnętrznego. Zupełnie odpłynąłem i dopiero szturchnięcie w ramię przywróciło mnie na ziemię.
Spojrzałem na dziewczynę siedzącą obok mnie i uśmiechnąłem się do niej. Wzrok Glorii na chwilę utkwił w ściąganych przeze mnie słuchawkach, ale szybko spojrzała ponownie na mnie, witając się ze mną.
– Cześć. Dobrze cię widzieć, Teo – rzuciła, a ja czułem, że naprawdę tak myśli.
Odpowiedziałem jej podobną formułką i jakby nigdy nic zacząłem rozmawiać o chemii.
Odetchnąłem z ulgą, bo pierwsze spotkanie miałem za sobą, a kolejne też nie były takie złe. Sara rzuciła mi się w ramiona, a Nina odciągnęła ją, zanim blondynka zadusiłaby mnie tym przytulasem. Reszta mojej klasy wydawała się zainteresowana moim przybyciem, a część nawet całkiem obojętna w stosunku do mnie, co mi zupełnie nie przeszkadzało. Zwyczajnie cieszyłem się, że na samym początku nie usłyszałem żadnych nieprzychylnych słów i wykiełkowała we mnie nadzieja, że może już nic takiego mnie nie spotka. Niestety, ale kwestią czasu okazało się wyprowadzenie mnie z tej złudnej nadziei.

***

                – Ostatnio przerobiliśmy bardzo ważne tematy – zaczęła pani Morgan, moja wychowawczyni i nauczycielka chemii w jednym. Przesunęła wzrokiem po klasie i miałem wrażenie, że to na mnie jej spojrzenie zatrzymało się chwilę dłużej: – Rozwiążemy jeszcze parę zadań i za tydzień będzie z tego kartkówka – dodała.
                Klasa jęknęła zgodnym chórem, lecz nikt nie śmiał narzekać na zapowiedzianą pracę. Przecież zawsze mogło być gorzej i mogliśmy pisać ją w tej chwili.
                Co chwilę patrzyłem na zegarek, a gdy czas lekcji zbliżał się ku końcowi i padło rozwiązanie zadania dziewiątego, nauczycielka powiedziała:
                – Koniec, możecie się spakować i wyjść. Teodorze, zostań na chwilkę.
                Kiwnąłem głową i schowałem rzeczy do plecaka, czekając aż reszta klasy opuści salę.
                – Tak, pani profesor? – zapytałem.
                – Wiesz, że twoja mama kontaktowała się z nami, tak? – zaczęła, a ja przytaknąłem ruchem głowy, chociaż tak naprawdę matka nic o tym nie wspominała. – Teodorze, wszyscy nauczyciele zostali poinformowani o twojej sytuacji i oczywiście masz czas, aby nadrobić materiał.
                – Mhm – mruknąłem. Nauczycielka kontynuowała:
– Nie chciałam cię stawiać dzisiaj przed krępującą sytuacją, abyś siedział cicho, podczas gdy inni pisaliby kartkówkę. Rozumiesz, większość uczniów pewnie zaczęłaby myśleć o powodzie twojej nieobecności. Jak będziesz gotowy pisać zaległe prace to przyjdź na jakiejkolwiek lekcji, dobrze? Jakbyś nie był w stanie nauczyć się na następny tydzień tego materiału to dam ci do napisania w tym czasie coś zaległego… – zaproponowała, a ja uśmiechnąłem się lekko.
                – Będę gotowy z bieżącego materiału, pani profesor. I oczywiście w najbliższym czasie będę się zgłaszał do napisania zaległych prac, większość materiału już nadrobiłem – odpowiedziałem.
                – Dobrze. – Kiwnęła głową i odwzajemniła uśmiech, który rozpogodził jej naturalnie dość ponurą minę. – Pani dyrektor kazała też przekazać, że jakbyś spotkał się z jakimkolwiek przejawem nietolerancji czy to ze strony ucznia, czy nauczyciela możesz przyjść od razu do niej.
                – Będę pamiętał – zapewniłem, chociaż wcale nie miałem zamiaru biegać do gabinetu dyrektorskiego i skarżyć się. – Dziękuję. – W tej chwili rozbrzmiał dzwonek informujący o tym, że minęła połowa przerwy.
                – Możesz iść, Teodorze.
                – Do widzenia – rzuciłem i chwyciłem za plecak, wychodząc z sali.

***

                Trzy pierwsze lekcje minęły mi bez większych trudności. Od nowa przyzwyczajałem się do codzienności szkolnej, od której miałem całkiem długą przerwę i chyba szło mi całkiem nieźle. Uważnie słuchałem nauczycieli i starałem się trzymać moje myśli w ryzach, aby nie odpływać – nie każda lekcja mnie interesowała, ale byłem świadomy, że przy mojej nieobecności wszelkie informacje są na wagę złota.
                Wyszedłem z klasy na samej górze i mozolnym krokiem, idąc za tłumem, schodziłem na pierwsze piętro w stronę sali geograficznej. Na drugim piętrze skręciłem w prawo, aby ułatwić sobie drogę do klasy i wtedy właśnie, przechodząc obok jakiejś grupki, poczułem jak lecę przed siebie po zahaczeniu nogą o czyjś but. Jęknąłem tylko i upadłem z głośnym hukiem, którzy przez szkolny gwar został zatuszowany. Skrzywiłem się, gdy zabolały mnie kolana i zapiekły dłonie, którymi przejechałem po podłodze.  
                Grupka obok mnie zarechotała i wśród ich śmiechów ktoś krzyknął do tego chłopaka, który podstawił mi nogę:
                – Należy się pedałowi!
                W momencie, gdy się podnosiłem, starając się ignorować sytuację, pojawił się Natan.
                Ostatni raz, gdy go słyszałem, była to jego kłótnia z Nikodemem. I poczułem się źle, a wszystkie wspomnienia uderzyły we mnie ogromną falą, że nie zarejestrowałem faktu jak Davies uderza z pięści prosto w twarz bruneta, który podstawił mi nogę. Starał się też kopnąć tego drugiego, który chwilę wcześniej krzyknął, że mi się należało, ale jeden z nich przytrzymał. Uderzony chłopak oddał Natanowi, a ja czułem się tak nierealnie. Z opóźnieniem dochodziła do mnie ta sytuacja. Ludzie otoczyli grupę w kółku, niektórzy coś krzyczeli, inni patrzyli zaskoczeni na rozwój sytuacji. Nie wiedziałem, co robić, bo przecież byłem bezradny.
                – Kurwa, zostawcie go! – ktoś warknął i przepchnął mnie, aby dostać się do Natana.
I wtedy czas w ogóle inaczej zaczął płynąć. Nikodem próbował odczepić od Daviesa chłopaka, który starał się go przytrzymać i wtedy na horyzoncie pojawiły się dwie nauczycielki.
A ja miałem dosyć. Słyszałem wszystkie te krzyki, widziałem Natana i Nikodema, widziałem krew lejącą się z łuku brwiowego mojego (byłego?) przyjaciela, a gdy się odwróciłem, napotkałem wzrok Fabiana, który uśmiechał się półgębkiem, jakby był zadowolony z całej tej sytuacji.
Spojrzałem jeszcze na całą tę akcję, którą próbowało uspokoić coraz większe grono pedagogiczne. Nie miałem siły się w to mieszać i chociaż byłem pewien, że Nik spojrzał na mnie to ja nie złapałem z nim kontaktu wzrokowego. Odwróciłem się i zacząłem szybkim krokiem, z mocno bijącym sercem, uciekać.
Ten budynek mnie dusił. Czułem się stłamszony na tak małej przestrzeni z ludźmi, którzy wiedzieli. Z ludźmi, którzy mnie zranili. Z ludźmi, którzy mnie nienawidzili.
                Byłem blisko drzwi i miałem chwytać klamkę, gdy usłyszałem swoje imię. Natan stał za mną, cały zdyszany i dopiero wtedy uświadomiłem sobie jak szybko biegłem.
                – Nie daj im wygrać, Teo – powiedział.
                Przygryzłem wargę, a Nat poprawił zgniecione chusteczki, które trzymał przy rozwalonym łuku brwiowym.
                – Muszę stąd wyjść – wymamrotałem.
                – To wszystko minie, jeśli zostaniesz i wytrwasz – zapewnił mnie, a ja skrzywiłem się na jego słowa.
                – I mam ci zaufać, bo co? Jakoś nie wydaje mi się, abym kiedyś przestał być ich ulubionym obiektem do wyśmiewania – rzuciłem, patrząc na niego butnie.
                – Jeśli zobaczą, że dajesz sobie z tym radę to przestaną tak się zachowywać – próbował mnie dalej przekonać.
                – Tylko, że ja sobie nie daję rady – odparłem.
                W sumie byłem egoistą. Skupiałem się wtedy tak bardzo na sobie, nie myśląc, że nie jestem jedyny w tej sytuacji. Nie przyszło mi do głowy, że Nikodem po tym wszystkim także wrócił do szkoły. Nie wiedziałem nic odnośnie tego, jak wobec niego zachowywali się ludzie i czy on daje sobie radę. Czy też miał takie sytuacje? Czy go to bolało? Do tych wszystkich uczuć doszła w tym momencie złość, bo nie pomyślałem o tym, że wcale nie jestem taki wyjątkowy. Owszem, przyszedłem do szkoły jako wyoutowany człowiek, ale Nikodem też to przeżył. I może był po drugiej stronie barykady, bo ludzie wiedzieli, że to ja po tym wszystkim próbowałem się zabić, ale i tak wszystko wywodziło się z jednego, prostego punktu zaczepienia – homoseksualizmu.
                Nikodem został w tej szkole, ale ja nie miałem na to sił i nie chciałem tego. Więc nie zważając na dalsze słowa Natana, otworzyłem drzwi i wyszedłem. Nawet nie rzuciłem prostego „dziękuję” w jego kierunku. Wcale nie musiał się rzucać na tych chłopaków, skoro nie miał szansy im podskoczyć. Nie zrobiliby mi nic więcej oprócz publicznego ośmieszania mojej osoby. Zresztą niezbyt mnie to interesowało – zdecydowałem, że chcę się przenieść do jakiejś szkoły w większym mieście, które znajdowało się paręnaście kilometrów od tego miasteczka.
                Wyszedłem na dwór i odetchnąłem świeżym, wiosennym powietrzem. Czułem potrzebę rozmowy, ale nie chciałem widzieć się z żadnym z lekarzy. Zadzwoniłem więc do pani Evans i już po chwili kierowałem się w stronę jej gabinetu.

***

                Otworzyła drzwi i bez słowa wpuściła mnie do środka. Dopiero gdy usiadłem, zapytała:
                – Ktoś wie, że tu jesteś?
                Skrzywiłem się, uświadamiając sobie jaką głupotę w tej chwili zrobiłem. Zaprzeczyłem ruchem głowy, a kobieta ściągnęła swoje brwi i spojrzała na mnie nieco zła.
                – Muszę zadzwonić do twojej mamy – poinformowała mnie. – Pewnie cię szukają. Wiesz dobrze, że nie możesz teraz tak znikać.
                Poczekałem aż pani Evans powie matce, że jestem bezpieczny i dopiero wtedy podjąłem temat:
– Ile jeszcze będę musiał czekać aż mi zaufacie?
– Nie wszystko wróciło jeszcze do normy, Teo. Dopiero wchodzisz ponownie w codzienność i wnioskuję, że pierwszy dzień powrotu nie był dla ciebie najlepszy, hm? – zapytała i szybko dodała: – Chcesz herbaty?
– Poproszę – mruknąłem i westchnąłem, przez chwilę rozkoszując się ciszą.
Gdy stanął przede mną kubek z ciepłą, parującą herbatą, zacząłem opowiadać. A pani Evans siedziała i słuchała, co jakiś czas dopytywała. To ona najlepiej mnie rozumiała i nie wiedziałem czy powodem był po prostu jej zawód, czy cokolwiek innego. Ale przyjemnie było mieć poczucie, że przede mną jest osoba, która przeżywa mój problem i chętnie mi z nim pomoże. Tak było od samego początku, gdy zawiązaliśmy współpracę, i tak było w tamtej chwili, gdy skończyłem mówić, a kobieta profesjonalnie starała się mi wszystko wytłumaczyć. I właśnie dzięki takim rozmowom rozumiałem coraz więcej.
Patrząc tak na moją panią psycholog i kiwając co jakiś czas głową, poczułem niezmierną wdzięczność, że ona tak naprawdę sama z siebie angażuje się w to wszystko. Wcale nie musiała zgadzać się na prośbę matki, gdy ojciec jeszcze żył i wcale nie musiała poświęcać mi czasu. A jednak to robiła i po raz milionowy wytłumaczyła mi kolejny drobiazg. A ja zbierałem każdą drobnostkę i starałem się je poukładać w mojej głowie.
Jak wyszedłem z gabinetu, wiedziałem, że dzisiejszy dzień jest odpowiedni na spotkanie rodziny Hopkinsów.

***

Kolejny raz tego dnia zostałem mocno przytulony. Wtuliłem nos w ramię cioci i usłyszałem pociągnięcie nosem – nie byłem pewien czy to wina kataru, czy wzruszenia, ale siła uścisku przekonywała mnie o tej drugiej opcji.
– Cieszę się, że w końcu do nas przyszedłeś – powiedziała, puszczając mnie.
Spojrzałem na ciocię, która patrzyła na mnie mokrymi oczami, a jej wzrok był taki łagodny i pogodny, że zrobiło mi się głupio, a przy okazji ciepło na sercu.
Stałem skrępowany, a Irma otrzepała moje ramiona z niewidzialnego kurzu, przedłużając ciszę pomiędzy nami.
– Rozmawialiśmy z twoimi lekarzami i panią Evans, a oni polecili nam, abyśmy czekali na twój pierwszy ruch – poinformowała mnie, a ja spojrzałem na nią zdziwiony.
– Naprawdę? – dopytałem, nie dowierzając. – Ja nie wiedziałem…
– Och, oczywiście, Teo. – Uśmiechnęła się szeroko. – Nie miałeś jak wiedzieć. Pierwsze spotkanie miało wyjść neutralnie, z twojej inicjatywy. Ściągnij buty i chodź do salonu. Chcesz ciasta? Upiekłam wczoraj – zaczęła paplać, a ja nieco odpłynąłem myślami.
– Nie, dziękuję – odparłem automatycznie.
– Lily wróci za niedługo, Laura nieco później, bo ma trening. Chcesz mi pomóc w gotowaniu obiadu czy wolisz oglądać telewizję? – zapytała, a ja uśmiechnąłem się lekko.
– To co gotujemy?
Dawno nie widziałem cioci tak bardzo szczęśliwej i nie spodziewałem się, że ja mogę być tego powodem.

***

                – Cześć, mamuś! – Usłyszeliśmy okrzyk Lily, po tym jak mocno trzasnęła drzwiami.
                Ciocia przemyła dłonie i wyszła do przedpokoju. Rozejrzałem się po kuchni, zdejmując ubrudzony sosem pomidorowym fartuch. Westchnąłem cicho, słysząc szepty Irmy i jej córki. Wiedziałem, o czym mówią i znów poczułem się jak uczeń przed swoim pierwszym dniem szkoły. Taki cały zestresowany, niepewny tego, co wydarzy się za chwilę.
                Gdy chciałem się ruszyć z miejsca, w progu pomieszczenia pojawiła się Lily. Otaksowała mnie swoimi oliwkowymi oczami i skinęła głową, witając się ze mną.
                – Cześć, Lily – zacząłem, przeczesując niesforne kosmyki wchodzące mi do oczu. – Możemy pogadać?
                – Musimy – odpowiedziała. – Chodź do mojego pokoju.
                Odwróciła się, ale i tak w ostatnim momencie zauważyłem jak na jej ustach pojawił się uśmiech. 
                Musieliśmy sobie wiele wyjaśnić i jeszcze więcej wybaczyć, ale oboje wiedzieliśmy, że ta rozmowa będzie dobrym, nowym początkiem naszej przyjaźni.

***

                Zacisnąłem powieki i szybko zasłoniłem je ręką, gdy światło błysnęło mi po oczach.
                – Mamo, mówiłem, że już więcej się nie pokażę w tej szkole – warknąłem, dalej oślepiony jasnością panującą w moim pokoju.
                – Pierdolisz. – Usłyszałem.
                Zamrugałem szybciej i usiadłem, próbując zlokalizować oraz ujrzeć osobę stojącą przy moich drzwiach. Słuch mnie jednak nie mylił, bo byłem pewien, że w jednym pomieszczeniu znalazłem się z Gabrielem.
                – Co ty tu robisz?! – krzyknąłem.
                – Twoja mama poprosiła, abym przekonał cię, że jednak nie warto zmieniać szkołę – oznajmił.
                – I że niby jak chcesz tego dowieść? – sarknąłem.
                – Teo, uciekanie nie ma sensu. W nowej szkole znajdzie się osoba, która ma znajomego w twojej starej budzie i co wtedy? To będzie się ciągnęło za tobą, a oderwanie się od tego nie zapewni ci nawet przeniesienie na drugi koniec kraju – powiedział stanowczo i nigdy nie spodziewałem się po nim takiego zdecydowania.
                Przez chwilę ciszy stoczyliśmy bitwę na spojrzenia, którą przegrałem. Odwróciłem wzrok na zmierzwioną kołdrę i pogładziłem ją, zastanawiając się nad słowami Gabriela.
                – W nowej szkole byłoby łatwiej… – zacząłem.
                – Wierzysz, że będzie ci łatwiej bez nikogo znajomego wokół siebie?
                – To wszystko jest dalej popierdolone – oznajmiłem, wracając do pozycji leżącej. Poduszka wydała szeleszczący odgłos, gdy się na nią rzuciłem. – Samemu w nowej szkole byłoby źle, ale równie niedobrze jest w momencie, gdy widzę was na korytarzach.
                – Mimo wszystko jesteśmy po twojej stronie, Teo – odpowiedział. – Jak bardzo byś nas nie chciał odepchnąć po tym, czego się dowiedziałeś to dla nas zostaniesz przyjacielem.
                – Dlaczego ty nic nie powiedziałeś? Nikodem, Lily, Natan… Ich wytłumaczenie znam bądź domyślam się. A ty? Co z tobą, Gab?
                – Ja czasami za bardzo jestem wpatrzony w Fabiana – odparł, a ja nie wiedziałem jak zinterpretować jego słowa. – Tak naprawdę poznałem go dopiero po tej zdradzie, gdy zalał się w trupa. I jakoś tak się stało, że go polubiłem, a potem trafiłem do jednej klasy z Nikodemem. Tak staliśmy się dziwną ekipą i ciężko było mi pogodzić rolę przyjaciela Nika oraz Fabiana, a potem dołączyłeś ty. Trochę się pogubiłem, zważając na to, że to Fabiana polubiłem nieco bardziej.
                – On o tym wie?
                – Coś ty – zaśmiał się. Nie brzmiało to jednak radośnie. – On dalej myśli o Nikodemie. Dlatego też wyszła ta akcja ze zdjęciami.
                – Za dużo informacji jak na jeden poranek – oznajmiłem, zamykając oczy. Poczułem jak blondyn dźga mnie pod żebra i syknąłem, łapiąc się za bolący bok. – Oszalałeś?
                – Wstawaj – powiedział.
                – W ogóle nie powinieneś czekać aż się do ciebie odezwę? – zapytałem, starając się odciągnąć go od głównego tematu.
                – Powinienem, ale beze mnie nie miałby kto cię zaprowadzić przed drzwi naszej cudownej szkoły.
                – Kto powiedział, że zmieniłem zdanie?
                – Teo, Teo – mruknął jak nauczyciel karcący niesfornego ucznia. – Łaskawie rusz się i przestań próbować szukać skrótów. Jeśli dzisiaj będzie źle to odczepię się, dobra? – zapytał przymilnie, ale równocześnie ściągnął ze mnie kołdrę.
                – Gabriel! – warknąłem.
                Blondyn stał przede mną z oczekującą miną, trzymając moją pierzynę. Ścisnąłem usta w wąską kreskę i ostatecznie zwlokłem się z łóżka, odkrywając, że jest dopiero siódma. Chłopak musiał idealnie wykalkulować ile zajmie mu przekonywanie mnie do wstania i w sumie dziękowałem mu za to w myślach, wracając do domu. Ten dzień był zwyczajny i nic odbiegającego od normy nie miało miejsca, a jeśli ludzie mnie wyzywali to tylko za moimi plecami, po cichu, więc nie reagowałem na to.
                Dopiero wtedy, krocząc dobrze mi znaną drogą w stronę budynku, który ponownie mogłem nazywać domem, odczułem, że moje życie się normuje. Wszystko przybiera codzienny blask i przestaje odbiegać od normy, którą znakowałoby się zwykłe życie nastolatka.
                Uśmiechnąłem się lekko, musząc zatrzymać przed przejściem dla pieszych i czekając aż cały rząd aut przejedzie. Analizowałem to wszystko i nie mogłem uwierzyć, że tak przyziemna chwila może wywołać u mnie radość oraz dziwne ciepłe uczucie na sercu, ale tak było. Bo w końcu poczułem spokój – wiedziałem wszystko i zamknął się za mną rozdział, który punkt kulminacyjny miał piętnastego lutego. Spokój, którego pragnąłem od niemalże roku. Ten zakrywający wszelką nadzieję, której już nie potrzebowałem – nie liczyłem na lepsze jutro, bo to jutro nadeszło.
                A najzabawniejsze było to, że zrozumiałem to, przechodząc przez pasy na drugą stronę ulicy. Tak istotną rzecz zauważyłem dopiero w jednej z bardziej trywialnych czynności, które wykonuje niemalże każdy człowiek paręnaście razy dziennie. Ale liczyło się to, że w końcu to poczułem, zauważyłem i to nadało nowy rytm mojemu życiu.
                Nie musiałem już powtarzać, że ma być dobrze. W tej chwili czułem, że już jest dobrze.



***

Szczęśliwego Nowego Roku! Mam nadzieję, że spełnicie w nim swoje marzenia, będziecie zdrowi i szczęśliwi. Aby nadchodzący rok był lepszy od swojego poprzednika :)
Mam dla Was także informację - na mojej liście odnośnie fabuły zostało bardzo mało punktów, które muszę wpleść do tekstu, więc następny post będzie albo ostatnim rozdziałem+epilog, albo po prostu epilogiem. I to będzie na tyle, jeśli chodzi o "Pięknie złamanego"... 
Jeszcze raz wszystkiego dobrego! Mam nadzieję, że ten rozdział umili choć jednej osobie ostatni wieczór tego roku :)
Malina

7 komentarzy:

  1. Uszczęśliwiłaś mój początek roku.Bardzo lubię twoje opowiadania i mam nadzieję,że To nie koniec twoich opowiadań ^^
    Życzę Ci wszystkiego najlepszego w Nowym roku ;3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W takim razie cieszę się bardzo :)
      Po tym opowiadaniu chcę wrócić do bloga z miniaturkami HP i może coś pisać do szufladki, a potem to publikować... Mam dużo pomysłów, ale mało czasu na realizację ich.
      Dziękuję!

      Usuń
  2. Wybacz, że dopiero po czasie, ale jestem strasznie leniwa ;/ Niemniej jednak, skoro napisałaś, że to już końcówka, uznałam, że wypada się odezwać. Jak wcześniej nie komentowałam, to wcale nie znaczyło, że nie czytałam. Byłam na bieżąco, no ale.. leń właśnie xD
    Powiem Ci, że tak pierwsza rzecz, na którą zwracałam uwagę, gdy czytałam te ostatnie rozdziały, to naprawdę znaczna poprawa. Nie wiem, czy pamiętasz, ale to ja Ci tam gdzieś na początku narzekałam i jakieś błędy wytykałam xD Fajnie jest widzieć, że są autorzy, którzy cały czas chcą się rozwijać, a nie tylko osiadają na laurach. Stanowczo należysz do tej pierwszej grupy :)
    Prawdę mówiąc, jestem trochę w szoku, że już kończysz, bo naprawdę sporo wątków mogłabyś jeszcze rozwinąć. Choć rozumiem, że opowiadanie od początku miało jakiś określony cel, szczególnie biorąc pod uwagę tytuł.
    Trochę mi brakowało Edwina. Edwina? Dobrze pamiętam imię? xD Pytanie, czy Ty go pamietasz :P Bo w sumie oni byli całkiem bliskimi ziomkami (jeju, mam szczerą nadzieję, że nie mylę Twojego opowiadania z jakimś innym, ale jestem na 90% pewna, że to było u Ciebie xd), po prostu kumplami, no ale byłam ciekawa, co powie po tej próbie i wgl.
    Dobrze, że Teo wszystko się układa. Powoli, zbliża w dobrym kierunku. Jego odkrycie podczas przechodzenia przez pasy było taką prostotą samą w sobie, pokazującą czystość życia, bardzo mi się to spodobało! Choć dla mnie przejście przez ulicę to skomplikowany proces >.<
    Jestem ciekawa, czy poruszysz temat Nikodema. A jeśli tak, to w jakim kierunku to pójdzie.
    No i choć Fabian okazał się szmaciarzem, to... Nat x Fab forever, sorki. Po prostu tak bardzo ich czuję razem. Nawet Nat mógłby na niego jakoś pozytywnie wpłynąć serio. To by było słodkie ♥
    Szkoda, że kolejne dobre opowiadanie się kończy.
    Widziałam, że napisałaś, że skupisz się na HP i pisaniu do szuflady, na co (bardzo przepraszam) muszę narzekać! FF do HP mnie nie interesują, choć bardzo lubię, al preferuję postacie autorskie! I szkoda, zebyś marnowała talent na pisanie do szuflady. Mam nadzieję, że przemyślisz sprawę i jeszcze stworzysz jakąś nową historię na bloga, czasowo w miarę szybko xD
    Wspominałaś też, że chcesz poprawić to opowiadanie, ujednolicić imiona, dopasować do miejsca akcji itd. Nadala planujesz to robić? :)
    Życzę Ci wszystkiego dobrego! Dużo weny weny weny i czasu czasu czasu, żebyś publikowała lol xd
    Buźka :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Leń czy nie to i tak strasznie się cieszę, że napisałaś, bo zważając na to, że opowiadanie się kończy, to jestem łasa na komentarze.
      Zdecydowanie lubię się rozwijać i w sumie odnośnie pisania wychodzi mi to samoistnie. Praktyka czyni mistrza i liczę, że będzie ze mną coraz lepiej, chociaż to tylko moje drobne, niegroźne hobby.
      Główny temat się kończy, ale to nie znaczy, że w dodatkach nie mogę pociągnąć jakiegoś wątku. Co prawda mam na niego pomysł (a nawet był zamierzony od samego początku), ale nie chcę też obiecywać, że jednak to napiszę.
      Tak, dobrze pamiętasz i wstyd się przyznać, ale... zapomniałam o nim! Nie wiem dlaczego umknął mi on w wątku szkoły. Głupio się do tego przyznawać, ale może to i dobrze, bo w takim razie nieco to przedłuży epilog :>
      Niestety ta para pozostanie niespełnionym wyobrażeniem. Może jakbym pisała lepsze sceny seksu to opisałabym tę zdradę, ale ponieważ nie potrafię to ich wątek jest zakończony. Chociaż odnośnie dodatków to właśnie Fabian miałby być jednym z głównych bohaterów (w ogóle za dużo paplam, ale i tak napiszę to w następnym poście, więc...).
      Jako szufladę miałam na myśli stworzenie czegoś, aby móc potem zacząć publikować i żeby nikt nie musiał czekać trzy miesiące na kolejny post! Spokojnie, coś stworzę! Tylko mam tyle pomysłów, że nie wiem co wybrać.
      Tak, planuję, ale chyba poświęcę temu czas dopiero w wakacje.
      Dziękuję bardzo! A czas się przyda, dzień mógłby się wydłużyć o parę godzin ;)

      Usuń
  3. Złapałam jakiś wstręt do pisania komentarzy i nie mogę z siebie prawie nic wykrzesać. A teraz będę po nocach pisać.
    W tym opowiadaniu wstawiasz realne elementy dotyczące życia. W innych nie byłoby nawet wspomniane o tym, że z psychologiem przygotowywał się na powrót do szkoły. Ale ja mówię ogółem. U Ciebie widać ten realizm, i czuć.
    Co tu mogę jeszcze napisać...
    Bardzo fajnie, że tutaj Teodor, tj. Osoba, która próbowała popełnić samobójstwo, nie wpada prosto w ramiona swojej miłości po obudzeniu się. Ta niepewność co do uczucia w stosunku do Nikodema jest czymś rzadkim wśród tego typu opowiadań. Zawsze rzucali się sobie w ramiona.
    Trzymaj się, może pod następnym rozdziałem/epilogiem coś mądrzejszego napiszę.
    ~megg/MialoTakByc

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, że tak późno odpisuję!
      Cieszę się za każdym razem jak ktoś wspomina, że w tym opowiadaniu widać realizm. Od początku chciałam, aby to opowiadanie było w miarę normalne, życiowe, więc naprawdę cieszy mnie to, że jest to zauważalne :)
      I w sumie rzucenie się sobie w ramiona raczej byłoby całkowitym zaprzeczeniem tego realizmu.
      Dziękuję bardzo za komentarz!

      Usuń
  4. Hej,
    w końcu Thoe wrócił do szkoły, mam nadzieję, że da szansę Nikodemowi, a Gabriel coś czuje do Fabiana...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy